„Szkoła plugawców 2″ – Rozdziały 1-19

Rozdział 1 „Każdy koniec jest nowym początkiem”

1 października, Poniedziałek

Miasteczko akademickie, jak co roku w dniu rozpoczęcia nauki, oblegane było przez tłum studentów. Jak co roku również, nie mogło obejść się bez przepychanek, bo starsi studenci chcieli zademonstrować władzę jaką posiadali nad pierwszoroczniakami. Wszyscy znaleźli się tutaj z tego samego powodu, lecz była to młodzież różnorodna, o złożonych osobowościach, z morzem charakterów. Jedni stali wystraszeni i niepewni dorosłości, inni – ci starsi – wyluzowani, powracali do kumpli, flirtów, zakazanego seksu i świetnej, często przekraczającej wszelkie granice, zabawy.

Klaudia Kasprzyk – piękna, pewna siebie dziewczyna z pierwszego roku, rozglądała się z niepokojem w tłumie studentów, w poszukiwaniu obiektu swojej zemsty. Kiedy go wreszcie dostrzegła, uśmiechnęła się sama do siebie. Na pewno będzie to przyjemna wendetta.

Tuż za Klaudią stała Monika Piaskowska, studenta trzeciego roku i przewodnicząca żeńskiego stowarzyszenia „Różyczki”. Niezwykle popularna, uwielbiana przez wszystkich za swoją dobroć i chęć niesienia pomocy innym.
Monika trzymała za rękę Maćka Piotrowskiego, swojego chłopaka i wielką miłość. Widać było gołym okiem, że Monika i Maciek są sobie przeznaczeni i rozumieją się bez słów.

Obok Maćka, Karol Leśniewski, jego najlepszy przyjaciel, sypał dowcipami jak z rękawa, sprawiając, że wszyscy wokół wybuchali śmiechem. Karol był swoistym akademickim błaznem, lubianym przez każdego bez wyjątku. I kiedy wreszcie postanowił się ujawnić, jego orientacja nikomu nie przeszkadzała.

Na początek kolejki próbował dostać się właśnie Emil Kaliszewski. Nie musiał się specjalnie wysilać, bo gdy tylko się zjawił ludzie zaczęli się przed nim rozstępować jak Morze Czerwone. Wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. Czyżby król wrócił?
Patrząc na niego można było ulec pokusie stwierdzeniem, że był to chłopak idealny. Gęste blond włosy zdawały się tworzyć aureolę nad jego głową. Do tego naturalnie jasnobrązowy odcień skóry, błękitne jak najczystsze niebo oczy, budowa atlety czyniły z niego niemal ucieleśnienie współczesnego adonisa. Był urzekający pod każdym względem.
I nagle Emil dostrzegł spojrzenie pewnej studentki o kasztanowych włosach i oszałamiającym ciele. Dziewczyna nie spuszczała z niego wzroku, a on nie odrywał swojego spojrzenia od niej. Stali tak przez dłuższą chwilę, piorunując się wzrokiem, walcząc ze sobą, powodując jakby skok napięcia na całym kampusie.
Emil uśmiechnął się przebiegle. Była idealną pierwszą ofiarą.

***

Bezlitośnie ciężka torba wrzynała się Klaudii boleśnie w ramię. Dziewczyna jęknęła i zaciskając zęby, jeszcze raz zerknęła na dokumenty. Pokój siedemnaście A, Skrzydło zachodnie – głosiła kartka dołączona do listu gratulacyjnego. Poprawiając torbę ruszyła wąskim korytarzem, nie zwracając uwagi na koczujących na podłodze hippisów – buntowników.
Po drodze miała okazję przyjrzeć się innym lokatorom domu studenckiego. Do społeczeństwa akademickiego należeli ludzie różnorodni – młodzież kolorowa i głośna, z pasjami, własnym stylem i pomysłem na życie. Oprócz napotkanych po drodze pozujących na hippie palaczy trawki widziała muzyków, popisujących się grą na skrzypcach czy gitarze, jak również grupę rozchichotanych pomponiar. Skrzywiła się na widok różowego pokoju oblepionego plakatami zespołu One Direction. Popatrzyła na trzpiotki ze współczuciem i wnet postanowiła, że nigdy w życiu nie zostanie cheerleaderką. Wzdrygnęła się na myśl o pomponach i ruszyła dalej.
Pokój siedemnaście usytuowany był w małej wnęce na końcu holu, visa-vis okna wychodzącego na główny dziedziniec. Klaudia zrzuciła torbę na podłogę i roztarła obolałe ramię. Przy okazji zanotowała sobie, żeby kupić walizkę na kółkach. Przeszukała kieszenie dżinsów i wyciągnęła mały mosiężny klucz przypięty do zawieszki z emblematem szkoły.
– Ej laska! – Ktoś krzyknął. Nie musiała się odwracać, by mieć pewność, że wołano na nią. Przywykła do zaczepek. Dwa razy w ciągu roku odwiedzała zakład karny, gdzie zmuszała do samogwałtu więziennych strażników. Kiedyś jej to nawet pochlebiało, lecz teraz coraz bardziej raziły ją zaczepki jednotorowo myślących facetów.
Klaudia przekręciła klucz w zamku, podniosła torbę z ziemi i weszła do środka, zamykając za sobą drzwi.
Poczuła zapach stęchlizny i zostawiając bagaż pod drzwiami, szybko podbiegła do okna. Smród drażnił jej nozdrza, wyglądało na to, że nikt nie wietrzył pokoju od czerwca. Otworzyła na oścież okiennice i wychyliła się przez parapet, rozkoszując się świeżym powietrzem.
Było wyjątkowo ciepło, jak na początek października. Drzewa wciąż miały liście, wprawdzie już różnokolorowe, ale tworzące jakże piękny krajobraz. Słońce wisiało wysoko na niebie bez towarzystwa jakiejkolwiek chmury. Zapowiadał się piękny dzień, idealny na wieczorne ognisko. Na myśl o tym zacierała ręce z uciechy. Nie żeby lubiła swąd ogniska i pieczone kiełbaski, ale była to świetna sposobność do rozpoczęcia kontrataku. Nie miała wątpliwości, że Emil też tam będzie. To tam przybędzie mnóstwo naiwnych pierwszoroczniaczek, a skoro mówią, że Emil jest wierną kopią swojego brata, to chłopak nie przepuści takiej okazji. Był takim samym bezlitosnym samcem alfa, którego należało wyeliminować.
Przyglądając się chwilę stłoczonej na placu grupie studentów, mogła zaobserwować panujące tu zwyczaje. Nieopodal nieczynnej fontanny zebrała się niewielka grupa wzajemnej adoracji. Grupie przewodziła pewna para – Klaudia poznała to po sposobie w jaki wszyscy pozostali odnosili się do tej dwójki.
Dziewczyna, na oko starsza od niej, dość ładna, siedziała na kolanach pewnego bruneta, śmiejąc się w głos wraz z innymi z opowiadanych przez niego tekstów. Chłopak był bardzo przystojny, na co Klaudia poruszyła się nieznacznie. Nigdy nie była obojętna wobec interesujących facetów, lgnęła do nich jak rasowa samica.
Teraz jednak musiała skupić się na innym zadaniu, choć nie wykluczała, że Maciek może stać się w przyszłości przedmiotem jej zainteresowania. Zresztą oboje mogą się jej na coś przydać.
Przygryzła wargę, obmyślając sposób jak zbliżyć się do szkolnej elity, a potem odeszła od okna. Rozejrzała się po pokoju i westchnęła. W domu nie nawykła do luksusów, ale sądziła, że najlepszą uczelnię w kraju stać na lepszy wystrój.
Dwa łóżka, dwa biurka i dwie szafy. Wszystko w kolorze brunatnego drzewa. Na podłodze niezgrabnie położony puchaty dywan. Łyse ściany, niedbale pomalowane żółtą farbą. Żadnego obrazu, żadnej rośliny doniczkowej. Minimalizm, aż nadto.
Klaudia wybrała łóżko z brzegu. Postawiła na nim torbę i rozsunęła zamek błyskawiczny. Wzięła do rąk drewnianą ramkę ze zdjęciem i postawiła ją na etażerce. Usiadła na łóżko i spojrzała na uśmiechającą się do niej, dziesięcioletnią Lenę.
Rok temu to Lena była na jej miejscu. Miała przed sobą cztery lata nauki na prestiżowej uczelni, młodość i przyszłość. Wszystko to zostało brutalnie zniszczone przez Erika Kaliszewskiego.
Klaudię na uczelnię przywiodły inne priorytety. Miała w nosie naukę i egzaminy, a skończenie studiów nie było jej celem. Teraz musiała zbierać siły do misji, której się podjęła.
Nawet nie spostrzegła, kiedy otworzyły się drzwi. Dopiero gdy zatrzasnęły się z hukiem, gwałtownie poderwała się z łóżka, otarła łzy wierzchem dłoni i wyprostowała się jak struna.
– Cześć – powiedziała dziewczyna, kładąc swoją torbę na drugim, wolnym łóżku – Jestem Sabina.
– Klaudia – odpowiedziała, zastanawiając się, czy Sabina widziała jej łzy. Nigdy nie płakała przy ludziach, nawet przy mamie. Łzy były oznaką słabości, a ona była silna. Przynajmniej chciała za taką uchodzić.
– Pierwszy rok? – spytała Klaudia, starając się zagaić rozmowę, choć nie zależało jej na bliższym kontakcie z kimkolwiek z kampusu. Sabina pokiwała głową, wykładając ubrania z torby.
Po krótkiej chwili przyglądania się współlokatorce, przerażenie wypłynęło na twarz Kasprzyk. Z trudnością przełknęła ślinę i musiała prędko usiąść. Fizyczne podobieństwo Sabiny do Leny było ogromne i to ją tak bardzo poruszyło.
Proste, jasnobrązowe włosy, podkrążone oczy i pełne usta. Szczupła, niemal wychudzona sylwetka. I ta wypisana na twarzy nieśmiałość, będąca w stanie skruszyć każde serce.
Próbowała zapanować nad wzbieraną w sobie goryczą i ponownie podeszła do okna, by ochłonąć.

***

- Kocham cię – powiedziała Monika i pocałowała Maćka ponownie. Chłopak oparł się o ścianę tuż obok drzwi do pokoju swojej dziewczyny i obdarzył ją świdrującym spojrzeniem. Zadowolenie niezmiennie nie schodziło mu z twarzy.
– A ja ciebie – odpowiedział i tym razem to on ją pocałował. Kilkakrotnie. Ktoś z zewnątrz nie mógłby zrozumieć miłości Moniki i Maćka. Ale oni kochali się czystą, nieskażoną miłością. Tajemnicą sukcesu ich związku była szczerość – Monika i Maciek nie mieli przed sobą żadnych sekretów. Za bardzo sparzyli się na kłamstwach swoich przyjaciół w ubiegłym roku. Obiecali sobie, że nigdy nie wybiorą ścieżki, która przyniosła zgubę Paulinie i Erikowi.
– Widzimy się na ognisku – dodał chłopak, a potem pozwolił Monice wejść do pokoju.
Dziewczyna spostrzegła, że nie jest sama. Od kilku dni zastanawiała się kogo przydzielą jej władze uczelni, jako że jej poprzednia współlokatorka, Gośka, została już absolwentką. Miała nadzieję, że nowa współlokatorka okaże się równie miła. Ciężko byłoby mieszkać z kimś, z kim się nie dogadujesz, a w przepełnionym akademiku trudno było o translokację.
Przy biurku siedziała niska brunetka, notując coś zawzięcie w zeszycie. Monice rzuciły się w oczy tłuste włosy dziewczyny, gdzieniegdzie przylepione do krościatego czoła i głębokie, małe bruzdy na twarzy, zapewne po przebytej w dzieciństwie ospie wietrznej. Znała ją z widzenia, w ubiegłym roku chodziły na te same wykłady.
– Cześć, jestem Natalia – powiedziała dziewczyna, nie odrywając się od pisania. – Wybrałam już sobie łóżko, mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza.
– Nie, skądże, mam na imię Monika. – Piaskowska lekko odkaszlnęła i podeszła do drugiego łóżka. Póki co postanowiła się nie uprzedzać. Nie była Pauliną.

***

- To będzie szalony przedostatni rok! – Zaśmiał się Karol, stojąc na swoim łóżku.
– Żebyś wiedział. – Maciek usiadł na drugim łóżku i zdjął buty. – Mamy w tym roku mnóstwo świetnych przedmiotów. Genetyka trans…
– A ty jak zwykle o nauce. – Współlokator potrząsnął głową i włożył sobie do ust taśmę klejącą. W prawej dłoni trzymał nożyczki, a lewą przytrzymywał na ścianie plakat swojego ulubionego zespołu Nirvana, który tradycyjnie co roku wieszał nad swoim łóżkiem.
Maciek zaśmiał się, bo Karol zawsze reagował w ten sam sposób na temat jego uwielbienia do uczenia się. Sam był obibokiem do kwadratu, mistrzem wymigiwania się i ściągania. Sprawdzał się w tym doskonale.
– Poza tym czeka nas dużo pracy ze Strongiem – ciągnął Maciek – W ubiegłym roku wielu członków skończyło studia, więc tegoroczny nabór będzie fajną sprawą.
– Już nie mogę się doczekać kocenia świeżaków! – Karol klasnął w dłonie i zeskoczył z łóżka, udając karatekę. Obejrzał dokładnie swoje dzieło, po czym dodał:
– Zgotujemy kandydatom taki chrzest, o jakim ta szkoła jeszcze nie słyszała!
Maciek położył się na swoim łóżku i krzyżując ręce pod głową wbił wzrok w szary sufit. Nie podzielał entuzjazmu kumpla. Chrzesty i znęcanie się nad kandydatami do bractwa już dawno przestały go bawić, ale że był przewodniczącym musiał zapewnić członkom stowarzyszenia rozrywkę na najwyższym poziomie. Wcześniej tą kwestią zajmował się tym Erik, a Maciek czuł niewyobrażalną ulgę, że nie ma bezpośredniego udziału w torturowaniu świeżaków. Teraz, gdy był przewodniczącym mógł zadbać o to, by nikomu nie stała się krzywda, by nikt nie poczuł się urażony. Przecież nie o to chodziło. Strong było kiedyś innym stowarzyszeniem, gdzie członkiem mógł zostać ten, kto miał dobre oceny lub wygrał olimpiadę matematyczną. Wszystko się zmieniło wraz z dojściem do władzy Erika. Ale Erika już nie było.
– Widziałeś go? – spytał Maciek.
– Kogo? – Karol podniósł głowę znad torby, którą zdążył w połowie rozpakować.
– Emila.
– Oh…. Tak. – Karol zmarszczył brwi i przesuwając ubrania usiadł na łóżku. Z niepokojem spoglądał na przyjaciela. – Jest do niego cholernie podobny. Trochę mnie to przeraża.
– Taa – westchnął Maciek – Mnie też. – Wiedziałem, że są podobni. Erik wspominał o tym, ale nie sądziłem, że aż tak…
– Straszne. Jakby on wciąż tu był, chodził tymi samymi korytarzami, uczestniczył w zajęciach. Jakby nic się nie zmieniło, jakby on wciąż żył.
– Nie można zakładać, że Emil jest Erikiem – wtrącił Maciek – Może jest zupełnie inny, totalnym przeciwieństwem swojego brata.
– Myślisz, że jest jakiś powód tego, że zaczął tu studiować? Jakoś cholernie chora kontynuacja panowania Erika?
– Nie mam pojęcia – Maciek wzruszył ramionami. – Wiem jedno. – Przewrócił się na bok i podpierając głowę na dłoni spojrzał na swojego współlokatora. – Nie można skreślać chłopaka, tylko dlatego, że wygląda jakby skórę zdjęto z jego piekielnego braciszka.
– Sądzisz, że będzie chciał się z nami skontaktować? Musiał o nas słyszeć, znaliśmy się z Erikiem tyle lat…
– Nie wiem. Myślisz, że chciałby nas znać, po tym, jak potraktowaliśmy Erika? Na pewno nie ma pojęcia o całym złu, które wyrządził jego brat. Ale Erik z pewnością wspomniał mu o przyjaciołach, którzy się jego wyparli i odrzucili.
– Nie do wiary – Karol podniósł głos. – Ten sukinsyn nawet po śmierci ma swoich wyznawców, swoich kontynuatorów… Popapraniec zapewnił sobie życie wieczne.

***

- To będzie życie! – Jagoda postawiła na podłodze swoją walizkę na kółkach i rzuciła się na wybrane przez siebie łóżko. – Imprezy, chłopcy, elita!
– Taaak – zawtórowała jej kuzynka, Anka. – Słyszałam, że drugi rok zawsze jest najlepszy. A Emil jest cudowny, widziałaś? Można by pomyśleć, że Erik powrócił.
– I jest mój! – Jagoda, wysoka filigranował blondynka klasnęła z zadowoleniem w dłonie.
– A weź go sobie – zaśmiała się głośno Anka, brunetka o bujnych kształtach. – Miałam Erika. Zapewne niczym się nie różnią. I uwierz mi, – puściła oko do kuzynki – nie oszalejesz.

***

W wąskim korytarzu wisiało duże lustro. Emil nie przeszedł obok niego obojętnie, jak inni. Zatrzymał się, choć na chwilę, i uśmiechnął się do swojego odbicia z zadowoleniem.
Bujne blond włosy wyglądały jakby dopiero co wyszedł od fryzjera. Przystojna, opalona twarz z wyrazistymi kośćmi policzkowymi i podbródkiem, pełne czerwone usta, jakby stworzone do całowania. Pod cienkim materiałem koszulki wyraźnie odbijały się mocno zarysowane barki i mięśnie brzucha, które doprowadzał do perfekcji przez kilka ostatnich miesięcy.
Emil puścił perskie oko do swojego odbicia i ruszył dalej, przeklinając w myślach ciężką torbę. 25 B – odczytał z tabliczki na drzwiach, porównując numer z tym na dokumentach. Wiedział, że dobrze trafił.
Wyciągnął klucz, ale okazało się, że niepotrzebnie. Usłyszał, że w środku już ktoś jest, więc pchnął drzwi i po prostu wszedł. Rzuciły mu się w oczy dwie postacie – szybkim spojrzeniem obiegł pokój i dostrzegł, że ma dwóch współlokatorów. Niech to szlag! – przeklął w duchu. Dla Emila już dwoje to był tłok.
Z hukiem zrzucił swoją torbę z ramion i stanął wyprostowany przed dwoma chłopakami. Pierwszy z nich był nieco wyższy od niego, bardzo męski – szerokie barki i mocno zarysowana szczęka. W dodatku brunet, który – jak widać – nie lubił się golić.
Drugi stanowił przeciwieństwo tego pierwszego. Chudy, żeby nie powiedzieć mizerny; blady z okularami o tak grubych szkłach, że jego oczy wyglądały na komicznie duże. Poza tym wyglądał na cholernie zagubionego i niepewnego.
– Cześć. – Emil przywitał się i uścisnął dłoń najpierw z osiłkiem (- Jestem Igor.), a następnie z wapniakiem (- Daniel, miło mi.). Po chwili krótkiej rozmowy, usiadł na łóżku i wybrał numer ojca. Porozmawiał z nim krótko, a potem rozłączył się. Westchnął ciężko. Rodzice pokładali w nim ogromne nadzieje, chcieli drugiego Erika. Jaka szkoda, że nie dostrzegali jego, Emila.
Właśnie dlatego chciał być jak brat. Pragnął pokazać rodzicom, a przede wszystkim ojcu, że mogą mieć dwóch synów w jednym.
Dopiero po chwili dostrzegł, że Igor bacznie mu się przypatruje. Przyłapany na tym, pospiesznie odwrócił głowę, powracając do rozpakowywania walizki. Emil zmarszczył brwi. Nie znosił tego typu zachowań.
– Co jest? – spytał, obserwując jak jego współlokator starannie układa swoje specyfiki na poprawę rzeźby ciała w szafce przy łóżku. Igor spojrzał na niego i nabierając głęboko powietrza, powiedział:
– Sorry stary, wybacz mi moją obsceniczność, ale jesteś cholernie podobny do swojego brata.
– Znałeś Erika? – Emil nie odrywał wzroku od jego poczynań.
– Tak. Byliśmy w jednym bractwie, Strongach.
– Należysz do bractwa?
– Należałem. Zasady się zmieniły. Powtarzam pierwszy rok…. Ty dopiero zaczynasz?
– Tak. Inaczej nie mogłem.
– Też będziesz startował do bractwa?
– Nie wiem, spróbuję.
– Zapisy są w przyszłym tygodniu. Potem kandydatów czekają eliminacje. W tym roku są duże szanse na dostanie się, bo zwolniło się sporo miejsc. No i przewodniczący obniżył kryteria.
– Dzięki za info – Emil zdjął buty i położył się na łóżku. Przypomniała mu się dziewczyna, którą widział podczas studenckiej rejestracji. Śliczna twarz, długie włosy i jeszcze dłuższe nogi. O takiej lasce marzy każdy. Ale nie każdy może ją mieć. Emil był pewny powodzenia.
– A ty kolego startujesz do Strongów? – Z zadumy wyrwał go głos Igora. Współlokator spoglądał teraz na tego trzeciego. Jak mu tam było?
– Raczej nie – Daniel wychylił twarz znad książki Asertywność mas i poprawił na nosie okulary. – To nie moja bajka.
– A co jest twoją bajką? – Emil zapytał. Nagle istotne stało się dla niego to, co mają do powiedzenia frajerzy. Co siedzi w tych ich pełnych zbędnych informacji głowach, że są tacy jacy są?
– Myślałem o klubie szachowym lub kółku literackim – odpowiedział Daniel. Jego twarz nic nie zdradzała, zupełnie jakby wyzbył się wszelkich emocji.
Emil spojrzał na Igora, a Igor spojrzał na niego. Chłopcy szybko się zrozumieli i za chwilę obaj pokładali się ze śmiechu. Na twarzy Daniela pojawiła się konsternacja, a być może nawet upokorzenie. Tylko dlatego, że nie interesowało go jakieś stowarzyszenie dla tępaków, był gorszy? Nie rozumiał tego.
Kaliszewski zerwał się z łóżka, włożył buty, a następnie zwrócił się do Marciniaka:
– Chodź, trzeba zdobyć jakieś piwo na to ognisko.
– Jestem za. – Igor porzucił rozpakowywanie i wraz z Kaliszewskim wyszli z pokoju.
Daniel ze złością zatrzasnął książkę. Zeskoczył z posłania jak oparzony i ukląkł przy swojej etażerce. Otworzył drzwiczki i wyciągnął niewielką, granatową kosmetyczkę. Ręce trzęsły mu się tak bardzo, że zawartość pojemnika wysypała się na podłogę. Wśród kilku fiolek z tabletkami, maszynek do golenia i kremu na trądzik, znalazł to czego szukał.
Nie sprzątnął bałaganu. Wstał i zamknął drzwi do pokoju na zasuwę, by mieć pewność, że nikt mu nie przeszkodzi w tym, co zamierzał. Przyłapanie także nie wchodziło w grę.
Opierając się plecami o krawędź łóżka, usiadł na podłodze. Trzęsącymi się dłońmi odwinął żyletkę z papierka, który zmiął w kulkę i rzucił w kąt. Podwinął rękaw bluzki i naciskając palcem na skórę, zaczął szukać nienaruszonego miejsca lub takiego, które się już zagoiło. Nie lubił paprać się w świeżych ranach. Odnalazł takie miejsce na przedramieniu. Wyczuł palcem żyłę, by na nią nie trafić i przycisnął ostrze do skóry. W miejscu pojawiła się krew, a on poczuł zadowalający ból. Chwilę później pojawiła się ulga wraz z łzami, które wypłynęły na jego policzki. Daniel zacisnął zęby i jeszcze chwilę rozkoszował się tą chwilą.

Rozdział 2 „Poznaj mnie i moje demony”

Niewielki lasek, położony około pół kilometra od terenu miasteczka uniwersyteckiego, od ponad dwudziestu lat należał do władztwa uczelni. Kiedyś teren ten, z obszerną polaną i niewielkim borem porośniętym mieszanymi drzewami, stanowił własność prywatnego gospodarza. Dwadzieścia lat temu przeszedł pod dzierżawę uniwersytetu, by rok później stać się jego własnością. Każdy nowy rektor placówki miał własne pomysły na zagospodarowanie tego terenu – planowano zbudować tutaj basen, park linowy i teren obozu harcerskiego, ale z racji brakujących funduszy, plany te spełzły na niczym. Kilka lat temu podjęto decyzję, by teren ten przekształcić w miejsce rozrywki i rekreacji studentów, jednocześnie robiąc to niewielkim nakładem kosztów. Większy teren polany wylano betonem, gdzie postawiono kilkanaście drewnianych ławek i stołów, a wraz z nimi wybudowano pośrodku wielkie kamienne palenisko. Kilkanaście metrów dalej postawiono boisko do piłki nożnej.
Studenci nie spędzali tu czasu zbyt często, z racji tego, że na terenie kampusu także można było posiedzieć na świeżym powietrzu, a boisko uniwersyteckie nie było tak prowizoryczne. Za to miejsce to budziło się do życia wraz z organizowanymi tutaj kilka razy do roku imprezami nieodzownie związanymi z tradycją Uniwersytetu.
W tym roku grupa organizacyjna się postarała – było to widać gołym okiem. Powitalne ognisko zaplanowano na godzinę siedemnastą. O szesnastej czterdzieści, gdy słońce wciąż wisiało wysoko na niebie, Monika, Maciek i Karol zjawili się na miejscu.
Ognisko płonęło wesoło, przy akompaniamencie skocznej klubowej muzyki wydobywającej się z głośników przyniesionych tu ze szkoły. Młodzież zajmowała miejsca na ławkach, jak również rozkładali koce na trawie. Niedaleko przygotowano duży drewniany stół, na którym stały misy pełne jedzenia: kiełbas, jak również chipsów czy słodyczy. Oprócz jedzenia zadbano także o napoje, jak również o termosy z herbatą. Kilkanaście metrów dalej ktoś przygotował kije do pieczenia kiełbasek.
Cały teren otoczony był wbitymi w ziemię palami, z zawieszonymi lampami naftowymi, które już wkrótce miały rozbłysnąć.
– Świetna robota. – Maciek pochwalił pracę Moniki i pozostałych dziewczyn ze stowarzyszenia Różyczki.
– No ja myślę. – Blondynka zaśmiała się, dając chłopakowi kuksańca w bok. – W tym roku miałyśmy większe fundusze. Strasznie się cieszę, że tym razem przygotowanie przypadło nam w udziale.
– A co, – Maciek uniósł brwi i posłał jej łobuzerski uśmiech – zeszłoroczna impreza była kiepska?
– Była najlepsza! – Karol przybił Maćkowi piątkę i roześmiał się głośno na wspomnienie zeszłorocznego ogniska, kiedy to na skutek kilku beczek piwa rozanielona młodzież biegała nago po terenie kampusu, a co bardziej wyzwolone pary kopulowały w pobliskim lasku.
– Dajcie spokój. – Monika pokiwała na tych dwóch palcem i przybrała groźną minę. – Jak to dobrze, że w tym roku władze uczelni nie zgodziły się na alkohol.
– I myślisz, że kogoś to powstrzyma? – rzucił Karol. – Proszę, tu masz przykład. – Wskazał jej ręką grupę kilku chłopaków, taszczących ze sobą kratę piwa. Kilka metrów dalej inna grupa przemycała na ten teren reklamówki z pobrzękującymi w środku butelkami.
– Jak to dobrze, że nauczyciele tego nie widzą – westchnęła Monika. – Inaczej wyrzucono by nas wszystkich. – Przewróciła oczami.
Ogromnym plusem organizowanych na tym terenie ognisk, była nieobecność wykładowców, którzy w tej kwestii dali studentom wolną rękę. Za to pełno było ich na balach: Halloweenowym oraz Bożonarodzeniowym, oraz na Paradzie z okazji karnawału.
Trójka przyjaciół usiadła przy wolnym stole, rozmawiając teraz na temat tegorocznych naborów do stowarzyszeń.

***

Klaudia omiotła wzrokiem tańczące na trawie pary, a potem ludzi grzejących się przy ognisku, piekących kiełbaski, a także tych siedzących na ławkach, pogrążonych w głośnych rozmowach. Wetchnęła głęboko i zmrużyła oczy. Choć nigdy nie miała problemów z nawiązywaniem znajomości i zawsze była posiadaczką ogromnej liczby przyjaciół, to tutaj, jak na razie, czuła się outsiderem. Nie umknęło uwadze Klaudii, że każdy miał swoją grupę, do której należał.
Dostrzegła jednak samotnie siedzącą dziewczynę. Chudą, mizerną, z prostymi, jasnobrązowymi włosami, nawet ładną. Była to Sabina, jej współlokatorka.
Klaudia nie planowała nawiązywać z nią jakichkolwiek bliższych relacji. Właściwie postanowiła nie wychodzić poza sferę współlokatorstwa. Wolała zachować pozory tej wyniosłej, stojącej tuż przy elicie. Jednak, póki co, elita nie przyszła do Klaudii. Dziewczyna miała więc dwa wyjścia, albo stać na środku placu jak idiotka, kiedy wszyscy wokół bawią się i śmieją, a następnie usiąść gdzieś, gdzie i tak nikt jej nie chce, albo dosiąść się do Sabiny i zagaić rozmowę.
Chociaż opcja numer dwa nie była kusząca, to była i tak lepszym wyborem niż okropna opcja numer jeden.
– Cześć – powiedziała Kasprzyk i usiadła na podłużnej ławce, opierając łokcie na stole.
Dopiero teraz zobaczyła, że Sabina czyta książkę. Zmarszczyła brwi. Przyjść na imprezę i czytać książkę? Szalenie nieroztropne posunięcie. Popularni mogą wziąć cię za kujona, a co gorsza, uznać na starcie za odludka. Lepiej nie wychodzić w ten sposób przed szereg.
– Och, hej. – Sabina spojrzała na nią i zatrzasnęła książkę. Były to Bracia Karamazow Dostojewskiego. Schowała tom do swojej lnianej torby, powieszonej na oparciu ławki. Na torbie była naszywka Ratujmy planetę Ziemię.
Dało się zauważyć, jak wielką ulgę poczuła Sabina, że nie musi siedzieć sama. Czyli były w podobnej sytuacji.
– Jadłaś już? – Przeszło Klaudii przez gardło. Idiotka! – Wyzwała się w duchu za to durne pytanie, ale zwyczajnie nie wiedziała, jak zacząć rozmowę z kimś tak pozbawionym osobowości jak Sabina. Współlokatorka pokiwała przecząco głową, więc Klaudia podniosła się z ławki i wyciągnęła w jej stronę dłoń. – Więc chodź, upieczemy sobie jakieś podpłomyki.

***

- Myślisz, że wystarczy? – zapytał Igor Emila, gdy tylko udało im się upchnąć keg piwa Heineken pod jednym ze stołów.
– Na pewno nie. – Emil wyszczerzył w jego stronę swoje idealne białe zęby. – Ale zawsze można załatwić więcej.
Igor skrzywił się na wspomnienie ich jazdy do monopolowego na drugim końcu miasta, a potem taszczenie ciężkiej beczki w tę i z powrotem, i to w taki sposób, żeby nauczyciele ani opiekunowie nie zauważyli.
Marciniak otarł pot z czoła, ale nic nie powiedział na ten temat. Chłopcy otworzyli keg i nalali sobie piwo do plastikowych kubków. Stuknęli się nimi, a potem upili po łyku.
– No, browar już jest, więc czas rozejrzeć się za jakimiś panienkami – stwierdził Emil, biorąc kolejny łyk.
– Z ust mi to wyjąłeś. – Igor zarechotał.

***

Nie pamiętał czy zamknął drzwi od pokoju. Ale co tam! I tak nie ma nic cennego, co mogłoby stać się obiektem zainteresowania potencjalnego włamywacza. No chyba, że jego współlokatorzy zostawili na wierzchu coś wartościowego, ale o to będzie się martwić później. Zresztą dupki zasłużyli na to! Nie był zadowolony z fakty, że dostał takich lokatorów.. Może pozwolą mu na zmianę pokoju?
Potknął się przy wyjściu z budynku akademika, więc zwolnił kroku. Nie na rękę mu było wybicie wszystkich zębów.
Miał nadzieję, że przedramię już nie krwawi, nie chciał by ktokolwiek dowiedział się o tym, co robił sam w pokoju.
Kręciło mu się nieco w głowie, ale chłodne wieczorne powietrze orzeźwiało go.
Czy sprzątnął po sobie umywalkę, po tym jak szorował rękę z zaschniętej krwi? Kurczę, dlaczego ma taką kiepską pamięć? Znowu wziął za dużo Citalu. Wszystko możliwe. Już nie raz mu odbijało po lekach. Czuł się coraz bardziej nabuzowany, idąc w stronę zachodzącego słońca, przez błonia. W oddali widział płomień ogniska, słyszał muzykę i głosy. Po drodze mijał ludzi, ale byli tylko plamami na tle ciemniejącego nieba. Może dlatego, że zapomniał okularów.
Znów przyspieszył, mimowolnie uciskając przedramię. Zasyczał, gdy poczuł pieczenie, ale czuł się usatysfakcjonowany. Dzięki temu bólowi wiedział, że żyje.
Zaczęło mu się zbierać na wymioty, ale próbował opanować ten odruch. Był coraz bliżej, czuł już ciepło ognia. W powietrzu unosił się głos Rihanny, kiedy ktoś uderzył go ramieniem. Poczuł, że chwieje się, ale brnął dalej. Chciał poczuć się jednym z tych ludzi, poczuć, że należy tutaj. Potem kolejne uderzenia w ramię i kolejne kołysanie.
– Kurwa! – krzyknął przełykając wymiociny, które podchodziły mu do gardła. – Uważaj!
– Zamknij się. – Usłyszał za sobą głos, który przypominał echo. Ciepło ogniska było już tak blisko, że czuł smród dymu w nozdrzach, a jego czoło pokryły kropelki potu. Wtedy zahaczył o coś stopą. Coś małego i twardego potoczyło się dalej, a Daniel poczuł, że niebezpiecznie przechyla się głową w dół. Widział już tylko wesoło trzaskające złote iskry i czuł ostry zapach wymiocin, które wydostały się z jego ust.

***

- Skąd jesteś? – spytała Klaudia, starając się, by jej głos nie zabrzmiał obojętnie. Wzięła do ręki przygotowane pianki i nadziała jedną na drewniany kij. Sabina poszła jej śladem.
– Z małej wioski oddalonej stąd jakieś pięćdziesiąt kilometrów. To zabita dechami dziura, o której nie warto wspominać – powiedziała, wkładając końcówkę kija wraz z nabitą pianką do ognia.
– Ja też… – Głos Klaudii ugrzązł w gardle, gdy przypomniała sobie, że im mniej osób wie o jej pochodzeniu, tym lepiej. Nikt przecież nie może skojarzyć faktów i domyślić się co ją tu sprowadziło. Nie po to tyle się głowiła ze zmianą nazwiska, by teraz to wszystko zaprzepaścić.
Na szczęście nie musiała wymyślać wymijającej odpowiedzi, bo ktoś inny odwrócił uwagę Sabiny.
– A jemu co? – Dziewczyna wskazała palcem za Klaudię i aż odskoczyła znacznie do tyłu, nie przejmując się, że pieczony przez nią podpłomyk wpadł do ognia, skwiercząc niczym sflaczały balon. Klaudia odwróciła się za siebie i w pierwszej chwili dostrzegła jak grupka osób, grzejąca się przy ognisku i popijająca bezalkoholowe piwo, rozstępuje się niczym Morze Czerwone, by zrobić przejście chłopakowi o miedzianych włosach. Dopiero po chwili zorientowała się, że ludzie nie robią tego z dobrego wychowania, w żadnym wypadku. Chłopak ów, zdaje się, że kompletnie pijany, rozstawał ludzi po kątach, wywołując niechęć, pogardę i obrzydzenie.
– Pijany kretyn! – Ktoś krzyknął, a kilka osób wybuchnęło śmiechem. Klaudia podniosła głowę w poszukiwaniu źródła głosu i zmarszczyła brwi, gdy dostrzegła Emila. Kolejny punkt na liście nienawidzenia go.
– Cholera. – Tym razem ktoś jęknął. Odwróciła się gwałtownie za siebie i ze zgrozą spostrzegła, że ów nawalony jak stodoła chłopak przewrócił się, i że leży teraz twarzą do ziemi, dając znikome oznaki życia.
Rozejrzała się wokół, a widok tych wszystkich ludzi dla których rozgrywało się tu właśnie niezłe przedstawienie, przeraził ją znacznie bardziej niż chłopak o miedzianych włosach. Chwilę tak stała, czekając na jakąkolwiek reakcję. Kogokolwiek. Ale ludzka znieczulica była tutaj wyraźnie widoczna.
Klaudia odstawiła kij ze spaloną pianką i zwróciła się do Sabiny:
– Pomożesz mi?
Oczy współlokatorki przypominały spodki, a potem na jej twarz wypłynęła konsternacja.
– Czy… czy damy radę? – spytała, spoglądając nerwowo na leżącego chłopaka.
Klaudia zacisnęła usta. Czy wszyscy ludzie tutaj powariowali? Gdzie podziała się empatia i zwyczajna ludzka życzliwość?
– Poradzę sobie sama – syknęła i kucnęła przy chłopaku. Młodzież powróciła do swoich zajęć, choć i tak większość z nich nie spuszczała z niej oka.
– Poczekaj, pomogę ci. – Emil wyminął grupę hipsterów w tych ich oldschoolowych okularach i przykucnął przy nieprzytomnym Danielu.
– Obejdzie się – odparła zaciskając zęby, ale starała się, by jej głos nie zabrzmiał zbyt odpychająco.
– Tak? – Emil uniósł brwi – Niby jak taka filigranowa lalka jak ty jest w stanie dźwignąć dorosłego faceta?
– Po pierwsze nie nazywaj mnie lalką. A po drugie, spójrz na niego, on prawdopodobnie waży mniej ode mnie.
– Dobra, bierzemy tego pijaka. Im szybciej trafi do łóżka, tym lepiej.
Emil postawił Daniela do pionu i chwycił go pod ramię, gdy tymczasem Klaudia zarzuciła sobie na szyję drugą rękę chłopaka.
Nie myliła się. To chuchro mogło ważyć zaledwie sześćdziesiąt kilogramów. Ruszyli w stronę akademika, odprowadzani bacznymi spojrzeniami. Klaudia starała się nie zwracać uwagi na pokrytą wymiocinami koszulkę chłopaka i na odór, jaki wydzielała. Chłopak przebierał nogami, co ułatwiało im tę wędrówkę. Jego bełkot był jednak niezrozumiały.
Zarówno Emil, jak i Klaudia, nie powiedzieli ani słowa przez całą drogę do akademika. Dopiero w budynku, Klaudia słusznie zauważyła, że przecież nie wiedzą w którym pokoju mieszka chłopak.
– Niestety ja wiem – powiedział Emil, gdy ciągnęli chłopaka po schodach. – Tak się składa, że ten oto pijany w sztok osobnik to mój współlokator, Daniel.
– Na serio?
Emil przytaknął.
– To tutaj. – Wskazał na drzwi z numerem 25 B. Oparli chłopaka o ścianę, a Klaudia przytrzymała go, gdy Kaliszewski szukał klucza. Kiedy go znalazł i włożył do zamka, stwierdził, że drzwi musiały być już otwarte. Pchnął je lekko i ciemny pokój stanął przed nimi otworem.
– Sukinsyn – wysyczał Emil. – Tak się spruł, że kretyn zapomniał zamknąć drzwi. Przysięgam, jeśli mi coś zginęło, własnoręcznie ukatrupię drania.
– Hola, hola. – Klaudia mu przerwała. – Zanim całkowicie zatracisz się w zemście, może pomógłbyś mi odstawić drania do łóżka? Nie wiem ile jeszcze wytrzymam.
Emil zapalił światło w pokoju, a chwilę potem ponownie wziął Daniela na swój bark. Cała trójka weszła do pokoju, a Kaliszewski wskazał Klaudii łóżko Daniela. Dziewczyna spostrzegła, że pokój był praktycznie identyczny jak ten, który dzieliła z Sabiną. Z tym tylko, że ten tutaj był trzyosobowy. Na podłodze leżał ten sam brzydki dywan, a szare ściany były tak samo łyse, nie wliczając okropnego obrazu z nieudolnie namalowanymi słonecznikami i plakatu Nirvany. Poza tym na łóżkach leżały jeszcze nierozpakowane torby, a w powietrzu unosił się lekki zapach męskiej wody toaletowej.
– Połóżmy go – zawyrokował Emil, strącając na podłogę rzeczy z łóżka Daniela. Nachylili się możliwie jak najniżej i strącili chłopaka ze swoich ramion. Wołynko upadł na pościel jak szmaciana lalka. Klaudia zdjęła mu buty i wzięła się za koszulkę, ale Emil jej przeszkodził.
– Zostaw. Niech jutro zobaczy co nawyczyniał.
– Jak chcesz. – Wzruszyła ramionami i zostawiła chłopaka w tej jego koszulce z nadrukiem Forever keep me, praktycznie całkowicie zasłoniętym przez rzygowiny.
Przykryła Daniela kołdrą i wtedy odetchnęła.
– Dlaczego tak się przejmujesz? – Emil spojrzał na nią z wyraźnym zdziwieniem. – Dlaczego obchodzi cię jakiś obcy, pijany lamus? Nikt nie pofatygował się by mu pomóc.
– Ja to nie nikt. – Powiedziała miękko. – Pytanie brzmi: Dlaczego ty się przejmujesz? – Spojrzała na niego tak, że poczuł jak ktoś wwierca się w jego brzuch niewidzialną wiertarką. Przecież nie mógł jej powiedzieć, że pomógł jej tylko dlatego, że miał na nią ogromną ochotę. Że chciał ją przelecieć tu i teraz, ostro i szybko. I że chciałby to robić codziennie, od świtu do nocy.
– To mój współlokator. Proste – odpowiedział wymijająco i podszedł do dziewczyny tak blisko, że mógł policzyć piegi na jej zgrabnym nosie. Delikatna woń jej słodkich perfum pobudzała jego zmysły. Niewyczuwalnie napiął się, chłonąc jej zapach. Była piękna, cholernie piękna i seksowna. Do tego pewna siebie i kokieteryjna, co dało się zauważyć gołym okiem.
– Zapomniałem jak masz na imię.
– Nie przedstawiałam się. – Przygryzła wargę, a następnie skierowała się w stronę drzwi. W pewniej chwili zatrzymała się jednak i odwróciła do niego. – Klaudia. I dzięki za pomoc. – Wskazała głową na śpiącego Daniela. Posłała mu również szeroki uśmiech, nim zniknęła za drzwiami.
Emil przez chwilę stał stropiony, nasłuchując jej coraz słabszego kroku w korytarzu, a kiedy ucichł, on również wyszedł z pokoju. Nie od razu wrócił na ognisko. Skierował swoje kroki do łazienki. Musiał sobie ulżyć. Teraz.

Rozdział 3 „Wszyscy jesteśmy równi”

Klaudia w pośpiechu wracała na ognisko. Nie zdawała sobie sprawy, że praktycznie biegnie. Ale nie chciała, by Emil ją dogonił. Dała mu tej nocy zdecydowanie za dużo forów, być może za wiele sobie pomyślał. No ale cóż, w zasadzie nic nie mogła poradzić na to, że ją pociągał. Byłaby idiotką, gdyby nie dostrzegła tego, jak bardzo jest atrakcyjny. Lecz takie myślenie było jej słabością, a miała przecież zupełnie inne zadanie do wykonania. Miał cierpieć – tak przecież obiecała Lucynie. A żeby cierpiał, musi go najpierw w sobie rozkochać. A żeby z kolei do tego doszło, musi grać tę trudną do zdobycia. Z tego co mówiła jej Lucyna, Emil jest taki sam jak jego brat, a więc ten jej chłód przyciągnie go jak magnes. Emil to przecież zdobywca, typowy samiec. W razie gdyby Klaudia miała problemy z trzymaniem na wodzy swoich uczuć względem Kaliszewskiego, wie, że powinna zadzwonić do Lucyny. Nic tak nie motywowało jej do działania jak słowa o zemście i wizja samotnego, zimnego grobu Leny.
Klaudia odwróciła się nerwowo za siebie, słysząc kroki, ale to tylko jakieś podpite dziewczyny ciągnęły się za ręce.
Dotarła na miejsce i zauważyła, że impreza rozkręciła się na dobre. Wiele osób tańczyło; poza tym wszyscy byli uśmiechnięci, podchmieleni i zamiast mówić krzyczeli do siebie, żeby cokolwiek usłyszeć. Paliły się także wszystkie lampiony, z racji tego, że słońce miało niedługo zajść. Bladoróżowa łuna mieniła się na niebie przypominając cudowne chwile mijającego bezpowrotnie lata.
Klaudia spostrzegła samotną Sabinę przy jednym ze stołów i nic nie mogła poradzić na to, że poczuła ukłucie żalu. Jak taka zagubiona, pełna kompleksów dziewczyna poradzi sobie tutaj? Toż to uczelniany światek prędzej czy później pożre ją żywcem!
Była na nią zła, owszem, za to jej durne „poradzimy sobie?” kiedy człowiek potrzebował pomocy, ale nie była przecież okrutna. Przynajmniej nie dla kogoś, kto nic jej nie zrobił. Zresztą Sabina znała tutaj tylko ją. A ona znała tylko Sabinę. Nie, czekaj, wróć – znała przecież Emila. No i Daniela. Chociaż ten ostatni raczej odpada jeśli chodzi o zawieranie przyjaźni. Miała wątpliwości, czy nazajutrz będzie cokolwiek pamiętał. Tak się spić!
– Już jestem. – Klaudia dotknęła ramienia Sabiny, a ta podniosła w jej stronę głowę. Widać było, że poczuła namiastkę ulgi.
– Wszystko dobrze? – zapytała, podnosząc się z ławki i zrównując się z Klaudią.
– Powinno być. – Klaudia westchnęła i rozejrzała się po zgromadzonych. Musi coś zrobić, musi wmieszać się w tłum, bo w przeciwnym razie zginie w tłumie, a jej plan spali na panewce.
Zmrużyła lekko oczy rozglądając się uważnie po ludziach, aż w końcu jej wzrok zatrzymał się na pewnej trójce. Pamiętała ich z placu przed akademikiem. Stwierdziła wtedy, że muszą być popularni, skoro otaczał ich wianuszek studentów i wszyscy śmiali się z dowcipów tego najmniejszego. Poczuła lekkie zdenerwowanie, ale nie mogła zaprzeczyć, że oto właśnie nadarzała się świetna sposobność, by wkraść się w łaski szkolnej elity.
Słynna trójka – dziewczyna i dwóch chłopaków, siedziała sama przy drewnianym stole, a obok nich było jeszcze kilka wolnych miejsc.
– Chodź. – Klaudia pociągnęła Sabinę za rękę – Czas poznać parę osób.
– Co? – Oczy Sabiny zrobiły się wielkie jak spodki. Nagle zapragnęła, by nogi wrosły jej w ziemię, ale nim ogarnęła całą sytuację i przygotowała się do niej mentalnie, jej piękna współlokatorka już ciągnęła ją do grupy ludzi przy stoliku nieopodal.
– Cześć, jestem Klaudia. – Dziewczyna powiedziała rezolutnie, zastanawiając się przez chwilę, czy to strasznie niegrzeczne wtrącać się w czyjąś rozmowę. – A to moja współlokatorka Sabina – wskazała na skuloną za sobą szatynkę. – Możemy tutaj usiąść?
Poczuła na sobie trzy pary uważnych ślepi, a chwilę później cała trójka powstała z miejsc by uścisnąć dłonie dziewczynom.
– Monika.
– Maciek.
– Karol.
Zdziwienie było ogromne, ale jakże miłe. Nawet stremowana Sabina poczuła się swobodniej. Była naprawdę pozytywnie zaskoczona, jak uprzejmie zachowała się ta trójka. Poczuła ogromną ulgę siadając obok Klaudii naprzeciw wysokiego przystojniaka o włosach czarnych jak węgiel i drugiego, nieco niższego, o śniadej cerze, ale miłej twarzy. Natomiast obok Klaudii siedziała dziewczyna, dość przeciętnej urody (przy Klaudii każdy jest „dość przeciętny”), jednak było w niej coś tak pozytywnego i dystyngowanego, że Sabina od razu zapałała do niej sympatią.

***

- Nareszcie stary. – Igor klepnął Emila po ramieniu, a następnie wręczył mu kubek. – Strasznie nudno tu bez ciebie!
– Dzięki. – Emil wyszczerzył zęby i łapczywie wypił zawartość plastikowego naczynia.
– Co z tym kretynem? – Marciniak wskazał palcem na budynek akademika, mając na myśli ich współlokatora.
– Chyba go nie docenialiśmy. Kompletnie się nawalił.
– Ale jazda. – Igor zarechotał. – Widziałem jak ochoczo zgodziłeś się pomóc tej lasce. Jak jej na imię?
– Klaudia – odparł Emil, dopijając swoje piwo i napełniając kubek od nowa.
– Powiem ci, że laska pierwsza klasa. Długo cię nie było. Zaliczyłeś ją? – Igor uderzył go w bark.
– Nie. – Emil pokręcił głową wyraźnie stropiony. – To zimna suka. Ale jak każda, jest do złamania. – Przybił piątkę wyraźnie zadowolonemu kumplowi.
– Nie martw się stary! – Marciniak zarzucił muskularną rękę na kark współlokatora. – Tego kwiatu jest pół światu! Chodź, rozejrzyjmy się za jakimiś fajnymi dupeczkami!
– Znakomity pomysł.

***

Natalia siedziała na brzegu drewnianej ławki i zaciskała pięści tak mocno, że aż zbielały jej kostki. Spojrzała na Emila Kaliszewskiego, na tego seksownego, pewnego siebie drania i zamrugała szybko kilkakrotnie, by nie rozpłakać się na oczach wszystkich. Dlaczego te wszystkie dziewczyny były tak głupie i dały mu się mamić? Ta blondynka, z którą właśnie rozmawiał, musiała być strasznie pusta. Stała tam praktycznie roznegliżowana w tej swojej krótkiej sukience, robiąc maślane oczy do blondyna.
Rzygać jej się chciało, bo ta ich „rozmowa” przypominała bardziej grę wstępną niż konwersację dwojga studentów. Przez krótką chwilę walczyła z chęcią wykrzyczenia w ich stronę, by dziewczyna miała się na baczności, ale ostatecznie przypomniała sobie, że Emil Kaliszewski nie jest swoim bratem.
– Wszystko w porządku? – Natalia aż podskoczyła, gdy poczuła czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Podniosła pospiesznie głowę i ujrzała nad sobą tę blondynkę, swoją współlokatorkę. Jak jej było na imię? Ach tak, Monika.
– Ta…Tak. – Natalia odkaszlnęła by ukryć nerwowość w swoim głosie. Dziewczyny lustrowały się przez chwilę uważnie, a kiedy Natalia wstała i zrównała się z blondynką, Monika zapytała:
– Usiądziesz z nami?
Załuska rzuciła spojrzenie na najbliższą ławkę, gdzie kilkoro osób – dwie dziewczyny i dwóch chłopaków – pogrążyło się w beztroskiej, wesołej rozmowie. Skinęła głową i poszła za Moniką, nie oglądając się już za siebie.

***

Ja to mam szczęście, pomyślała Jagoda, jeszcze mocniej przyciskając się plecami do drzewa, o które się opierała. Nie minęło kilka godzin od jej przyjazdu do szkoły, a zdążyła już zainteresować Emila, największego przystojniaka na uczelni. Podobnie było w zeszłym roku z Anką, jej kuzynką, która miała Erika zaledwie w tydzień i sypiała z nim regularnie aż do okropnej śmierci tego nieszczęśnika. Jagoda miała teraz okazję pobić rekord kuzynki, robiąc jej tym samym na złość. Napawało ją to ogromną dumą. Nieprzerwanie rywalizowała z Anką. I to, że były najlepszymi przyjaciółkami, nie miało tu zbyt wielkiego znaczenia.
Anka zzielenieje z zazdrości. Sama musi gadać teraz z tym drugim, który nie dość że brzydki jak noc, to jeszcze o głowę niższy od kuzynki, myślała Jagoda.
Z chytrym uśmieszkiem popatrzyła w stronę Anki i Igora, których miny otwarcie zdradzały, że oboje marzą o natychmiastowej ewakuacji.
– Mówił ci ktoś, że jesteś śliczna? – Emil odgarnął włosy z jej czoła, a drugą ręką objął jej szczupłą talię i przyciągnął do siebie. Poczuła jak jego męskość rośnie w spodniach i napiera na jej udo. Był to dla niej niebywały komplement i czuła, że powoli traci zmysły, gdy tymczasem on dosłownie pożerał ją wzrokiem. Czuła jego oddech na swojej szyi, a następnie na wargach, gdy złożył na jej ustach delikatny lecz namiętny pocałunek.
Łatwo mogła się domyślić jak dla obojga skończy się ten wieczór. Jagoda nie robiła nigdy problemów z seksu – jeśli chłopak jej się podobał, szła z nim do łóżka jeżeli tego chciał. Pragnęła dać Emilowi do zrozumienia, że może ją mieć jeśli zechce, a ona nie będzie robić trudności. W nosie miała to, że uzna ją za łatwą.
– Pójdziemy…. – Przygryzła wargę i pociągnęła go za koszulkę – w bardziej ustronne miejsce? – Rozejrzała się wokół siebie, a potem zmrużyła oczy, zdając sobie sprawę jak daleko jest budynek akademika. Po chwili zastanowienia wskazała głową na pobliski las.
Na piękną twarz Emila wypłynął równie zniewalający uśmiech, a potem pozwolił złapać się za rękę i poszedł z nią Jagodą w stronę zagajnika. Starał się uchwycić naprędce spojrzenie Klaudii, by pokazać jej, że nie jest niezastąpiona, jednak dziewczyna pochłonięta była rozmową z Maćkiem Piotrkowskim. Zmarszczył brwi na ten widok, ale nie pozwolił wyprowadzić się z równowagi.

***

- Idziemy się pieprzyć wreszcie, czy nie? – Anka spojrzała tęsknie na oddalającą się kuzynkę wraz z jej zdobyczą, a potem kopnęła Igora w piszczel. Chłopak dopił kolejny kubek piwa i beknął przeciągle, kompletnie ją ignorując.
– Co za prostak! – warknęła i podniosła się z ławki. Była wściekła. Przede wszystkim na Jagodę. Skazała ją na towarzystwo buraka, który chyba zapomniał do czego używać to, co ma w spodniach. Z trudem hamowała łzy, gdy wracała do pokoju.

Rozdział 4 „Pierwsze wrażenie to tylko złudzenie”

2 października, Wtorek

Obudził go okropny ból głowy. Najbardziej bolało go z tyłu, tuż za potylicą, na dodatek ból ten straszliwie pulsował i zdawał się rozsadzać Daniela jakby od środka.
Z wielkim trudem podniósł powieki, ale natychmiast zamknął je, bo światło słoneczne sączące się z okna, raziło go niemiłosiernie. Starał się oddychać miarowo, co pozwoliłoby mu, choć na chwilę, uspokoić głowę. Poza tym bolała go ręka, ale nie pamiętał żeby się w nią uderzył. Nie, czekaj, wróć. Przecież się wczoraj pociął. No tak. Jak mógł zapomnieć? Pierwszy raz po tygodniowej przerwie. Dotknął szybko rany i z ulgą zauważył, że ma na sobie koszulkę z długim rękawem. Nie mógł dopuścić do tego, by ktoś dowiedział się, co robi, gdy jest sam. Niestabilny emocjonalnie. Skłonny do depresji. Osobowość chwiejna. Słowa lekarza powinny być dla niego wyrokiem. Ale Daniel jakby się nimi nie przejął. Zawsze był inny, odizolowany i żaden lekarz nie będzie mu mówił, że może być lepszy, że wystarczy brać leki.
Właśnie, leki. Ponownie próbował otworzyć oczy, gdy przypomniał sobie o porannej dawce Citalu. Ale ból w czaszce w dalszym ciągu uniemożliwiał mu odzyskanie naturalnych funkcji życiowych.
Usłyszał nieopodal głosy – rozpoznał ich właścicieli, swoich współlokatorów. Pierwszy z nich, spokojny i jakby dystyngowany, należał z pewnością do Emila. Drugi, ciężki, lekko zachrypnięty był głosem osiłka, Igora.
Zaraz, zaraz, jaki dziś dzień? – pomyślał Daniel i w tej samej chwili poczuł, jak serce mu przyspiesza, a ciśnienie się podnosi. Nawet na chwilę zapomniał o osłabiającym go bólu, kiedy uzmysłowił sobie, że w tym dniu powinien rozpocząć zajęcia, a może nawet już jakieś przegapił.
Podniósł się gwałtownie do pozycji siedzącej i jęknął gdy wreszcie otworzył oczy. Złapał się za głowę i przyspieszył oddech, starając się nie zwymiotować. Rozejrzał się po pokoju i napotkał wzrok osiłka. Łatwo było wyczytać obrzydzenie w tym spojrzeniu. Żadnej troski, żadnego współczucia. Nic.
– Wstawaj współlokator, spóźnisz się na zajęcia! – Krzyknął Emil, który dla odmiany nawet nie zaszczycił go spojrzeniem, a potem rzucił w niego małym, tekturowym pudełkiem. – Spóźnisz się na pierwsze zajęcia!
Emil i Igor jeszcze chwilę rozmawiali, a potem zaczęli szykować się do wyjścia. Zanim jednak opuścili pokój, Emil powiedział do wciąż tkwiącego w łóżku Daniela:
– Nieźle wczoraj pofolgowałeś! Nawet się nie podzieliłeś! Nieładnie!
Igor za jego plecami zarechotał i tych dwóch opuściło pokój.
Daniel podniósł pudełko na wysokość oczu i ze zdziwieniem zauważył, że to Aspiryna. A jednak troska? Bynajmniej. Tylko dlaczego do cholery, nie pamiętał co się wczoraj stało? Skąd ten dotkliwy ból? Nie, czekaj. Przecież się pociął, racja. Co było potem? Prawdopodobnie łyknął za dużo Citalu i go wzięło. Od razu zasnął? Raczej nie, przypomniał sobie. Jęknął, kiedy zdał sobie sprawę, że poszedł na to pieprzone ognisko. Dotarł na nie?
– Kurwa! – krzyknął i strącił z łóżka kołdrę wraz z opakowaniem Aspiryny. Wstał tak gwałtownie, że aż zakręciło mu się w głowie. Zignorował swój stan i w szybkim tempie odnalazł plan zajęć. Za piętnaście minut miał rozpocząć się jego pierwszy wykład na tej uczelni. Nie mógł pozwolić sobie na spóźnienie. Wiedział, że studia to nie szkoła średnia, a wykładowcy pamiętają migusów i spóźnialskich. Nie chciał podpaść już pierwszego dnia. Idąc za radę Emila łyknął dwie pastylki Aspiryny zmieszane z dzienną dawką swoich leków i w podskokach pobiegł pod prysznic. Kiedy wrócił do pokoju czuł się już trochę lepiej. Ubrał się, spakował notatnik do torby i nie spoglądając na zegarek wybiegł z pokoju.

***

Do rozpoczęcia pierwszego w tym roku akademickim zajęć z historii literatury pozostawało kilka minut. Niewielkiej wielkości sala wykładowa z wolna wypełniała się studentami pierwszego roku, by chwilę później pękać w szwach. Emil i Igor zajęli miejsce w jednym z najwyższych rzędów i wyciągnęli na drewniane ławki swoje podkładki do notowania. Korzystając z chwili, że nie było jeszcze nauczyciela, wdali się w żywą dyskusję.
– Jak poszło ci wczoraj z tą blondynką? – Igor wyszczerzył zęby, jednocześnie sprawdzając skrzynkę pocztową w swoim telefonie.
– Z kim? – Emil uniósł brwi.
Na mocno zarysowaną twarz Igora o kwadratowej szczęce wypłynęło zdziwienie. Emil zachowywał się tak, jakby seks był dla niego czymś tak neutralnym jak mycie zębów.
– Z tą blondi.
– Ach, z Jagodą. – Kaliszewski skinął głową.- Nic wielkiego. – Machnął ręką. – W sumie była mokra i w ogóle – przewrócił oczami – ale wierz mi, zachwytów nie było.
Igor pokiwał głową ze zrozumieniem.
– A jak z tobą i z tą drugą?
– Z Anką – przypomniał mu. – To są chyba stary siostry, czy coś. W każdym razie ta ich niespecjalność jest chyba rodzinna.
– Miałeś ją? – Emil poczuł dumę z kumpla. – Gdzie ją zabrałeś?
– Poszliśmy do jej pokoju. Odwaliłem swoje, a potem wróciłem na ognisko na jeszcze jedno piwo. Powiem ci stary – mlasnął i skrzywił się – nawet nie poczułem. Luz jak w hip-hopie.
Emil buchnął śmiechem, ale za chwilę zamilkł, co wyglądało jakby się zatkał. Do auli wkroczyła Klaudia wraz z tym swoim namacalnym pięknem wokół. Emil poruszył się nieznacznie i starał się uchwycić wzrok dziewczyny. Była tak niebywale piękna, że patrzenie na nią wywoływało ból. Tylko głupiec by się za nią nie obejrzał. I miał rację – męska część widowni utkwiła badawcze spojrzenie w zjawiskowej brunetce. Ktoś nawet cicho gwizdnął.
Kaliszewski spojrzał na sąsiada i nieco się zdziwił. Igor nie wyglądał wcale jak ociekający śliną pitbull, a wręcz przeciwnie – sprawiał wrażenie zamyślonego.
Klaudii towarzyszyła drobna szatynka z nijakimi włosami i w nijakich ubraniach. Emilowi coś nagle przypomniał ten widok.
Spędził lato na studiowaniu dzienników brata, by oddać mu w ten sposób taki mały hołd. Ostatni wpis w dzienniku datowany był na dwa tygodnie przed śmiercią brata. Erik poświęcił wtedy wiele stron na opis dziewczyny, którą pragnął zdobyć. Była właśnie taką cichą, niepozorną myszką, jak ta towarzyszka Klaudii. Według Erika cicha woda brzegi rwie i właśnie takie laski były zawsze chętne, choć grały trudne do zdobycia.
Emil niezmiernie żałował, że nie znał dalszych myśli brata, a po wpisie pozostały puste kartki. Nie znał imienia tamtej dziewczyny, tak naprawdę nic o niej nie wiedział. Prawdopodobnie była teraz studentką drugiego roku, może trzeciego. Nie było imienia w pamiętniku brata, za to był rysunek, którym Erik ozdobił swój wpis. Dość realistycznie obrazował zagubioną dziewczynę w długiej spódnicy i w za dużym sweterku, ale jednak z pewnym błyskiem w oku, którego brakowało wielu dziewczynom. Fragmentów o tajemniczej dziewczynie było kilka, a czytając je kilkakrotnie, Emil odnosił wrażenie, jakby brat … darzył ją uczuciem. Choć pisał o niej w wulgarny sposób, nie można było nie zauważyć, że pełno w tych opisach było pasji i staranności, o co nie dbał pisząc o swoich innych zdobyczach. Ale czy to możliwe, że Erik, nie oszukujmy się – zimny drań, był zdolny do miłości?
Emil westchnął przeciągle, kiedy pomyślał, że tajemnicę tę brat zabrał ze sobą do grobu. Liczył natomiast, że uda mu się odnaleźć tę dziewczynę. Może rozpozna ją na szkolnym korytarzu lub w akademiku? Może rysunek pomoże w poszukiwaniach?
Spojrzał jeszcze raz na towarzyszkę Klaudii i wiedział, że to nie może być ona, czuł to w kościach. Poza tym ta tutaj była studentką pierwszego roku.
– Ziemia do Emila. – Igor dźgnął go łokciem w żebra i Kaliszewski powrócił na salę wykładową. – Zobacz kto się zjawił.
Emil zmarszczył brwi na widok Daniela, który właśnie wtoczył się do auli. Wyglądał jak duch. Jego blada skóra była aż groteskowa, a worki pod oczami z pewnością można było zobaczyć z kosmosu. Za duże ubrania śmiesznie odstawały tu i ówdzie. Wyglądał na strasznie zagubionego. Wybrał miejsce w drugim rzędzie, gdzie nikt nie siedział i praktycznie skulił się na siedzeniu, jakby chciał zniknąć.
Pięć minut później drzwi znów się otworzyły, a do dali wkroczył wysoki, przystojny nauczyciel. Igor śmiał się z ubioru belfra, gdy tymczasem Emil zastanawiał się nad tym, ile mężczyzna mógł mieć lat. Był niewiele starszy od swoich studentów – z pewnością nie przekroczył jeszcze trzydziestki. W żadnym stopniu nie wyglądał jednak na przerażonego faktem, że ma przed sobą kilkadziesiąt dorosłych osób.
Postawił na biurku swoją skórzaną teczkę i zdjął czarną kurtkę, którą umieścił na oparciu krzesła. Wszedł na katedrę i sprawdził mikrofon. Podniósł do góry otwartą dłoń i szmery ucichły. Emil od razu zauażył, że człowiek ten jest obdarzony niezwykłą charyzmą.
– Witam. Nazywam się Piotr Żywicki. W tym semestrze będziecie mieć ze mną wykłady z historii literatury.
– Ja mogę mieć z nim indywidualne wykłady z … – Kaliszewski usłyszał jak dziewczyna przed nim szepcze do swojej koleżanki. Obie zachichotały jakby miały po pięć lat. Zmarszczył brwi, a potem spojrzał na młodego profesora zdziwiony, że „ktoś taki” może podobać się dziewczynom. Był przystojny, owszem, ale przecież nie Emilowi to oceniać. Może to ten jego wzrost? Albo opanowany wysoki głos? Kilkudniowy zarost? Intensywne spojrzenie?
– Historia literatury nie jest dziedziną łatwą. Ale dla tych, którzy przyłożą się do nauki, nie będzie stanowiła problemu. Ważna jest systematyczność i sumienność. Po każdych zajęciach będziecie mieć pracę domową do wykonania. Proszę o ciszę! Będą to proste zadania, które pokażą mi i udowodnią wam, jak dobrze potraficie słuchać i jak poważnie traktujecie naukę. Poza tym będzie to dobry sposób na integrację z innymi studentami, bo zadania obejmują również pracę w grupach.
Ktoś westchnął, ktoś jęknął. Emil miał generalnie wszystko gdzieś. Miał w nosie zajęcia z historii literatury, Piotra Żywickiego i pracę w grupach. Chciał zdobyć panowanie w tej szkole, odzyskać to, co brutalna śmierć odebrała jego bratu i nie zamierzał sięgać po to dobrymi stopniami. Pragnął poważania u innych, chciał żeby mu się kłaniano i go podziwiano, żeby dziewczyny były na wyciągnięcie ręki, żeby nauczyciele pobłażali mu na każdym kroku. Chciał być Erikiem. Nowym. Udoskonalonym. Chciał być królem.

***

- Pożyczysz mi tę różową bluzkę? – zapytała Jagoda i rzuciła wyczekujące spojrzenie w stronę kuzynki. Ania oderwała się na chwilę od przyklejania sztucznych rzęs i ściągnęła brwi.
– Którą?
– Tą z dekoltem, w serduszka.
Jagoda zrzuciła z siebie wilgotny ręcznik, którym była owinięta i poczęła wycierać nim swoje długie włosy w kolorze szampańskiego blondu.
– Spoko, jest w szafie. – Wskazała palcem na drzwi garderoby.
Jagoda ściągnęła bluzkę z wieszaka, obejrzała dokładnie z każdej strony, a potem włożyła ją na gołą skórę Kiedy naciągnęła na nogi jasne opływówki, usiadła na łóżku i zaczęła przyglądać się kuzynce. Anka siedziała na podłodze po turecku, tuż przed wielkim stojącym lustrem, a obok niej walały się różnego rodzaju kosmetyki.
– Dla kogo się tak stroisz? – spytała. – Czyżby dla Igora?
– Taaa. – Anka prychnęła i rzuciła jej spojrzenie spod swoich długich, sztucznych rzęs. – Mówię ci, to jakaś ciota normalnie. W ogóle nie był zainteresowany! Gdzie on się uchował?
– A nie przyszło ci do głowy, że po prostu nie byłaś w jego typie? – podsunęła Jagoda.
Anka przez chwilę udawała obrażoną, a potem powiedziała:
– Tylko ty miałaś wczoraj szczęście. Spotkacie się jeszcze?
Jagoda wzruszyła ramionami.
– Jeśli Emil jest taki jak ten jego brat – Panie świeć nad jego duszą – to szczerze w to wątpię. Choć jak to mówią, dobrze jest mieć kogoś w zanadrzu.
– Coś mi się wydaje, że to on ma ciebie w zanadrzu. – Chytry uśmiech Anki odbił się w lustrze, gdy nakładała podkład na swoją drobną, okrągłą twarz.
– Wisi mi to. Będzie chciał to się odezwie. Nie będzie chciał, jego strata. – Wzruszyła ramionami i zaczęła rozczesywać włosy.

***

- Na ostatnim roku powinniśmy mieć taryfę ulgową. Tak przynajmniej mówią – powiedziała Monika, kiedy wraz z Natalią spieszyły na pierwsze w tym roku akademickim zajęcia z genetyki.
– Chciałabym – powiedziała Natalia i poprawiła torbę, która wrzynała jej się delikatnie w ramię.
Główny korytarz praktycznie do cna wypełniony był studentami. Wszyscy spieszyli do swoich sal, na pierwsze wykłady i zajęcia praktyczne. Dziewczyny zwinnie wymijały ludzi i z radością odwzajemniały przyjacielskie uśmiechy kierowane w ich stronę. Już od wczorajszego ogniska Natalia zauważyła, że studenci stali się jej bardziej przychylni. Wiedziała, że całkowita w tym zasługa Moniki, która nie wiedzieć czemu postanowiła ją wziąć pod swoje skrzydła. Sama Monika nie czuła w żaden sposób obowiązku, którym miała być jej przyjaźń z Natalią. Dla niej przyszło to naturalnie. Po prostu polubiła współlokatorkę i nie widziała powodu, dla którego miałaby ją odrzucić. Jedynie czuła się nieco winna tego, że dopiero teraz, na ostatnim roku, złapała z nią kontakt. Czuła się źle, że praktycznie nie pamiętała tej dziewczyny z poprzednich lat. Paulina przysłoniła jej wszystko, przy Paulinie była ślepa.
A może jednak podświadomie czuła obowiązek w tej znajomości? Choć trudno Monice było to przyznać, wczoraj wieczorem stwierdziła, że chce zaopiekować się tą dziewczyną. Konkretnie tą – cichą, zagubioną, skrywającą się po kątach przed światem. Wciąż miała bowiem przed oczami zdjęcie Leny Wojciechowskiej, które przez cały ubiegły rok wisiało na ustawionym na holu głównym ołtarzyku utworzonym na cześć tej tragicznej dziewczyny. Teraz z przykrością zauważyła, że ołtarz usunięto.
Przez cały rok Monika przynosiła na ołtarzyk świeże kwiaty i raz na tydzień zapalała znicz. Fakt, że nie zdążyła poznać tej dziewczyny, przez długi czas wywoływał w niej wielkie poczucie winy. Nie chciała by „tacy” studenci byli odtrącani i skazani na towarzyskie odrzucenie, tylko dlatego że nie wpasowali się w konwenanse. Teraz, kiedy miała w tej szkole coś do powiedzenia, siła jej przekazu mogła czegoś dokonać. Dlatego właśnie tak bardzo polubiła Natalię.
Dziewczyny odnalazły właściwą salę i usiadły w środkowym rzędzie, tuż obok Maćka i Karola, którzy zajęli im miejsce. Natalia poczuła przyjemne ciepło rozchodzące się po jej sercu i otulające je jak pierzyna. Przez dwa lata nieprzerwanie siedziała sama. Jeśli już się ktoś do niej odezwał, to tylko dlatego, że chciał odpisać od niej zadanie domowe.
Szmery na auli ucichły, gdy zjawiła się nauczycielka – smukła, długonoga, z czerwonymi, niestroniącymi od botoksu ustami. W całej sali słychać było tylko stukot jej wysokich obcasów, gdy zbliżała się w stronę katedry.
Monika wstrzymała oddech. Wychyliła się nieco na krześle i ściągnęła brwi. Spojrzała na Maćka, który pokiwał porozumiewawczo głową. W tej chwili Monika nie chciała mieć tej wiedzy. Ale nie mogła zapomnieć co Maciek, a wcześniej Paulina, mówili jej o Teresie Pietrulewicz.

Rozdział 5 „Rozum postanowił już dawno, usta milczą w proteście”

- Nie, no nie wierzę! – Monika uniosła oczy ku niebu i po raz enty położyła głowę na blacie stołówkowego stolika. Chłód metalu przyjemnie koił jej nerwy.
– Kochanie, maczasz włosy w keczupie! – Maciek popatrzył pobłażliwie na swoją dziewczynę i odsunął od niej tacę z jedzeniem. – Właściwie dlaczego tak się wściekasz?
– D L A C Z E G O? – Spojrzała na niego z niedowierzeniem. – Nie mów, że ty jesteś zadowolony, że ta dziwka nas uczy. Nie mów, że jesteś zadowolony, że ona WCIĄŻ uczy.
– Wiesz, że nie lubię jak przeklinasz. – Maciek zmarszczył brwi.
– Przepraszam, – bąknęła – ale cała ta sytuacja wytrąciła mnie z równowagi. Pamiętasz co ona wyprawiała przez cały ubiegły rok? Lądowała w łóżku z kim popadnie, aż dziwne, że ty z nią nie spałeś.
Maciek uniósł brwi, jakby chciał powiedzieć No wiesz co?
– Chcę tylko przypomnieć, że cała szkoła trąbiła o jej rozwiązłości. Na pewno musiało dotrzeć to do innych, do rektora. A ona przychodzi sobie do nas na zajęcia, jak gdyby nigdy nic, w tym swoim dziwkarskim wdzianku.
– Monika!
– Przepraszam. Ale sam powiedz. Po tym wszystkim jak w ubiegłym roku wyrzucono Malinowskiego za romans z uczennicą (celowo powiedziała „uczennica”. Temat Pauliny uznali między za sobą za zakazany), myślałam, że jej kariera również się posypie.
– Może nie mają konkretnych dowodów?
– Słowa większości to nie dowód? – Parsknęła wściekła. – Pewnie sypia z rektorem, trzyma mu palec w tyłku.
– Czemu się jej tak czepiasz? Jest dobrą nauczycielką. – Maciek wzruszył ramionami i wziął się za pałaszowanie swojej kanapki z szynką.
– Dobrą? – zdziwiła się. – Dobra to ona jest tylko w jednym. Wiesz co? Dobrym nauczycielem to był Malinowski, a wyleciał na zbity pysk. Potraktowano go jak kryminalistę tylko dlatego, że został sprowokowany i uwiedziony … no sam wiesz przez kogo. – Przewróciła oczami.
– Ale ona też wyleciała – przypomniał jej. – A Malinowski sam był sobie winny. Trzeba było trzymać ptaszka w spodniach.
Monika parsknęła śmiechem na to wyrażenie i nieco się rozluźniła. Wiedziała jednak, że nie może tak tego zostawić. Nie po tym wszystkim, co wydarzyło się w zeszłym roku. Chciała, by wreszcie ta szkoła była miejscem przyzwoitym, wolnym od plugawych zachowań, chorych gier, romansów z nauczycielami i perfidnych zakładów. Za dużo osób wycierpiało przez Paulinę i Erika. Niewinna uczennica odebrała sobie życie. Narkomanka, której problemów nikt nie dostrzegał zabrała kolejne, pozbawiając siebie szansy na normalne życie. Świetny nauczyciel utracił szansę na jakąkolwiek karierę pedagogiczną w tym kraju. Więc dlaczego Teresie się upiekło? Jak wszyscy to wszyscy.

***

Karol wybrał odpowiednią kombinację cyfr i otworzył swoją szkolną szafkę. Schował w niej zeszyt i książkę z genetyki, a następnie sięgnął po podręcznik od języka angielskiego. Spojrzał na zegarek. Do rozpoczęcia zajęć miał jeszcze dziesięć minut, więc ruszył w stronę stołówki, z nadzieją, że zdąży zjeść naprędce drugie śniadanie.
Chwilę później, zaledwie kilka metrów przed drzwiami jadalni drogę zastąpił mu pewien chłopak. Karol spróbował go wyminąć, a wtedy ów chłopak ponownie wyrósł przed nim. Leśniewski zmarszczył brwi. Co to za gra? Czego on chciał?
Nie miał przyjacielskiego wyrazu twarzy. Jeśli chodzi o jakąkolwiek potyczkę fizyczną, Karol nie miałby z nim żadnych szans. Chłopak był dwa razy większy od niego, podczas gdy pod materiałem luźnej bluzy Karol skrywał sflaczały brzuch i chude ramiona. Ale dlaczego chłopak miałby chcieć się bić? Przecież Karol mu nic nie zrobił. Leśniewski przeszukał swoją pamięć, ale doszedł do wniosku, że widzi tego osiłka po raz pierwszy na oczy.
– Mogę w czymś pomóc? – zapytał Leśniewski. Nie zająkał się, nie zachwiał. Jego pewność siebie nie zmalała. Za dużo wysiłku kosztowała go ubiegłoroczna praca nad sobą. Nie da się wyprowadzić z równowagi. Jeśli nie wygra pięściami, wygra słowem.
Chłopak zaczął kołysać się w tył i w przód, a na jego twarzy pojawił się chytry uśmiech.
– Jezu, jaki pedał. Nawet mówisz jak pedał – powiedział, a potem rozejrzał się czy nikt nie nadchodzi. Jednak na nieszczęście Karola, byli sami w wąskim korytarzu. Osiłek przycisnął Leśniewskiego do ściany i kopnął w piszczel. Karol wydał stłumiony okrzyk, bo napastnik zakał mu usta swoją wielką dłonią.
– Hańbisz męski gatunek, cioto. Najlepiej żebyś zdechł.
Chłopak wyrwał Karolowi podręcznik i cisnął nim o przeciwległą ścianę. Kiedy puścił przerażonego chłopaka, odraza nie schodziła mu z twarzy. Splunął Leśniewskiemu pod nogi, a potem poprawił swoją koszulkę z logo Legii Warszawy i ruszył korytarzem, kołysząc się jak kaczka.
Karol ukucnął; bardzo bolała go noga. Gdyby był Karolem z początku ubiegłego roku, mógłby się rozpłakać. Ale był teraz zupełnie innym Karolem. Karolem silnym, rozważnym. Zacisnął tylko zęby i pokuśtykał w stronę książki. Kiedy podniósł ją z ziemi, zauważył, że okładka oderwała się od reszty. Poczuł jak w podobny sposób jego dusza odrywa się od ciała. Pierwszy raz od czasu jego wyjścia z szafy miał do czynienia z homofobem.

***

- Złamałam sobie paznokieć – jęknęła Anka i włożyła sobie do ust palec wskazujący, robiąc przy tym minę naburmuszonego dziecka. Jagoda przewróciła oczami i schyliła się by wyjąć z torebki zeszyt i długopis.
Sala po brzegi wypełniona była studentami drugiego roku; Jagoda uśmiechała się do kolegów i koleżanek, ale zauważyła również kilka nowych twarzy. Spojrzała na kuzynkę i uderzyła ją w dłoń.
– Wyjmij ten palec – nakazała – Robisz mi wstyd.
Anka popatrzyła na nią rozgniewana, ale po chwili przestała interesować się swoim złamanym paznokciem. Do audytorium pewnym siebie krokiem wkroczył wysoki, przystojny mężczyzna o kruczoczarnych włosach. Sobczak wychyliła się ze swojego krzesła, by lepiej widzieć. Z rozczarowaniem zauważyła, że mężczyzna nie kieruje się w stronę schodów by usiąść wśród studentów, ale rozgaszcza się przy belferskim biurku, a potem z wolna podchodzi do katedry.
– Witam wszystkich. Jestem Piotr Żywicki…
Nauczyciel coś tam jeszcze mówił, ale Anka kompletnie odpłynęła do swoich myśli i marzeń, zupełnie nie przejmując się tym, że w lubieżny sposób bawi się skuwką od długopisu, gryząc ją i ssąc.
Wyobraziła sobie jak ujeżdża nauczyciela na posadzce w audytorium, jak jęczy z rozkoszy na myśl o tym, że drzwi nie są zamknięte i w każdej chwili ktoś może wejść. Jak profesor ściska i gryzie jej obfite piersi swoimi dużymi dłońmi i jak oboje szczytują w tym samym momencie, spoceni, z trudem łapiąc oddech…
– Co robisz? – Jagoda szturchnęła ją łokciem. Anka podskoczyła, a długopis wypadł jej z rąk i potoczył się pod ławkę. Dziewczyna zanurkowała po niego, a kiedy wróciła do pozycji siedzącej, szepnęła kuzynce do ucha:
– Ciacho.
– Odpuść sobie. – Jagoda pokręciła z dezaprobatą głową. – To nauczyciel.
– A od kiedy nauczyciel to rzecz święta? – Anka wzruszyła ramionami, a potem na powrót wlepiła wzrok w wykładowcę. – Mój ci on.

***

Na szczęście dla Daniela, tego dnia zajęcia dla pierwszego roku skończyły się szybko. O trzynastej pobiegł do pokoju, mając ochotę się pociąć, a potem przespać pół dnia. Kiedy tak gnał jak na zbawienie myślał tylko o tym, czy dobrze zrobił wybierając się na studia. Chociaż doradzał mu to doktor Pilgrim, jako swoisty odwrót od autodestrukcji, to Daniel do dzisiaj nie był pewien czy był to dobry pomysł. Szkoła okazała się czymś innym niż oczekiwał. A ten stary zgred zwący się lekarzem nie miał pojęcia o czym mówi. Od pierwszego dnia Daniel mógł się przekonać, że nikt nie wita go tutaj z otwartymi ramionami, że autodestrukcja może siać swoje spustoszenie jeszcze szybciej.
Włożył klucz do zamka, ale drzwi były otwarte. Jęknął na myśl, że czeka go kolejna konfrontacja z którymś ze współlokatorów i wszedł do pokoju.
Emil rzucił mu przelotne spojrzenie i powrócił do zajmującej czynności jaką było śledzenie popularności swojego profilu na Facebooku. Daniel nie miał swojego konta na tym portalu, miał w nosie dodawanie zdjęć i pisanie o wszystkim co się zrobiło, albo się nie zrobiło. Dla niego Internet mógłby nie istnieć. On hołdował starą szkołę, kiedy to materiałów do referatów szukało się w bibliotece.
Wołynko podszedł do swojego łóżka, całkowicie ignorując Emila. Otworzył szufladę w etażerce z myślą, że zadzwoni do matki. Obiecał dzwonić raz dziennie, a właściwie matka wymogła to na nim. Ale Daniel nie znalazł swojej komórki w szufladzie. Nie było jej też w szafce ani pod łóżkiem. Coraz bardziej niespokojny przeszukał szafę, plecak i biurko. Nic. Przepadła jak kamień w wodę.
Usiadł na swoim posłaniu, próbując przypomnieć sobie kiedy ostatni raz miał ją w ręku. To chyba było przed wczorajszym ogniskiem, zanim się pociął. Tak, na pewno. Miał telefon od matki, która pytała czy bierze Cital. Czy miał go ze sobą idąc na imprezę? Niewykluczone. Mógł go zgubić.
Westchnął ciężko, gdy o tym pomyślał. Jego obecny budżet nie pozwalał na zakup telefonu, ale z drugiej strony musiał mieć ciągły kontakt z matką.
Spojrzał na Emila, wciąż zajętego facebookowym czatem, a potem zebrał się na odwagę i zapytał:
– Słuchaj Emil, czy mógłbyś mi pożyczyć na chwilę swój telefon? Zgubiłem swój, a muszę pilnie gdzieś zadzwonić.
Emil odwrócił się na obrotowym krześle w stronę współlokatora i spojrzał na niego tak, jakby ktoś mu właśnie powiedział, że w stronę Ziemi leci gigantyczna asteroida i za chwilę cała ludzkość wyginie. Daniel wiedział, że prośba ta była kiepskim pomysłem, ale ku jego zdziwieniu Emil wstał z krzesła, wyciągnął z kieszeni dżinsów swojego Smartfona i rzucił go na łóżko Daniela. Potem na powrót usiadł do biurka, plecami do współlokatora.
Daniel przełknął głośno ślinę, wyraźnie zdumiony na ten gest. Podniósł telefon drżącymi dłońmi i włączył wyświetlacz. Na tapecie pojawiła się roznegliżowana młoda kobieta, ale Daniel nie zwrócił szczególnej uwagi na walory modelki. Naprędce wystukał znany mu na pamięć swój numer telefonu. Liczył na to, że jeśli ktoś znalazł jego Nokię, to jest to osoba na tyle uczciwa, że mu ją zwróci. Przyłożył telefon do ucha i czekał w napięciu.
– Użytkownik ma wyłączony telefon lub jest poza zasięgiem sieci…
Spróbował jeszcze dwa razy, ale automat informował wciąż o tym samym. Czyli ktoś właśnie był szczęśliwym posiadaczem jego telefonu.
Nie spieszyło mu się do rozmowy z matką, ale Emil też nie dał mu nieograniczonego czasu. Wystukał drugi ze znanych mu numerów. Po kilku sygnałach usłyszał spokojny, nieco melancholijny głos swojej matki.
– Halo?
Daniel zaczerpnął głęboko powietrza.
– Mamo? Tutaj Daniel.
– Daniel? Dzięki Bogu! Od rana próbuję się z tobą skontaktować, ale kobieta powtarza mi w kółko, że nie ma takiego numeru czy coś w tym stylu. Już chciałam do ciebie jechać, Danielku. Powiedz mi dziecko, skąd dzwonisz?
– Mamo, zgubiłem telefon, lub ktoś mi go ukradł. – Daniel zobaczył, jak Emil odrywa się od swojego laptopa i wbija w niego spojrzenie, wyraźnie zaciekawiony przebiegiem tej rozmowy. – Jutro przejdę się do miasta, znajdę jakiś lombard. Może uda mi się kupić coś taniego. Zaraz po tym zadzwonię do ciebie z nowego numeru.
– Ale jak mam się z tobą kontaktować do tego czasu? Dzwonić na ten numer?
Emil jakby słysząc to pytanie spojrzał na niego w stylu „Ani mi się śni.”
– Nie mamo, dzwoń do budki telefonicznej, mamy jedną na korytarzu. – Wyszedł na chwilę z pokoju. – Numer to osiemset trzysta trzy trzysta pięć – podyktował matce, a potem znów usiadł na łóżku.
– Dobrze, zapisałam. Porozmawiam z ojcem, może kupi ci nowy telefon.
– Nie! – krzyknął do słuchawki, a Emil uniósł brwi. Ani myślał by nie podsłuchiwać. – Nie, mamo – dodał ciszej – O nic go nie proś. Nawet mu nie mów, że zgubiłem komórkę.
Daniel wzdrygnął się na myśl jakiej białej gorączki mógłby dostać ten furiat, jego ojczym.
– Dobrze, nie powiem – westchnęła. – Ale proszę cię, załatw sobie jakiś zastępczy telefon. Powiedz, jak się czujesz?
– Mamo, nie mogę teraz rozmawiać.
– Nie jesteś sam? Rozumiem. Powiedz mi tylko, regularnie bierzesz lek?
– Tak, mamo.
– Dobrze synku, dobrze. W takim razie czekam jutro na telefon.
– Zadzwonię. Cześć mamo.
Rozłączył się, nie dając jej się pożegnać. Nie chciał by narobiła mu więcej wstydu. Podszedł do Emila i oddał mu komórkę.
– Dzięki – powiedział.
Kaliszewski wciąż się uśmiechał i nie spuszczał z niego wzroku.
– Co? – spytał rozzłoszczony tym zachowaniem.
– Nic. – Emil wzruszył ramionami. – Po prostu pierwszy raz słyszałem żebyś powiedział tak dużo słów. Ciekaw jestem ile cię to kosztowało?
– Oh, wal się! – warknął Daniel i wybiegł z pokoju trzaskając za sobą drzwiami. Trzymając w dłoniach nową żyletkę, pobiegł do łazienki.

***

Zaraz po zajęciach Monika pobiegła do siedziby żeńskiego bractwa, gdzie miała spotkać się z wicedyrektorką szkoły. Czekała je do obgadania kwestia tegorocznego naboru, jak i remontu, który lada dzień miał rozpocząć się w budynku.
Monika przywitała surowe, chłodne mury z mieszanymi uczuciami. Kiedyś królowała tutaj Paulina, ale to już zamierzchła przeszłość.
Budynek stowarzyszenia Różyczki był pozostałością po klasztorze, który zamknięto zaraz po II wojnie światowej. Stąd jego surowość. I choć dziewczyny dbały by było w nim przytulnie, to jednak na Monice nie robił wrażenia.
Miejsce składało się z salonu i piętra. W salonie organizowano imprezy, o których mówiła cała szkoła; na górze był gabinet przewodniczącej bractwa, który w obecnej chwili należał do Moniki. Ale cały ubiegły rok dziewczyna starała się przebywać w nim jak najmniej, głównie ze względu na wspomnienia o Paulinie, które przywoływało to miejsce.
Pod koniec roku akademickiego rada uczelni podjęła decyzję by oddać budynek do remontu, by bardziej przypominał siedzibę żeńskiego stowarzyszenia, a mniej kojarzył się z przeszłością. Na czas trwania remontu budynek miał zostać zamknięty. Renowacja miała potrwać aż do wiosny, więc wszelkie imprezy i nabór będą musiały odbyć się, za porozumieniem, w siedzibie bractwa Strong. W przeciwieństwie do swoich koleżanek, Strongi mieli do dyspozycji nowoczesny dom, w pełni przygotowany do potrzeb studentów. Monika zazdrościła im najbardziej tego, że członkowie męskiego stowarzyszenia mogli mieszkać w budynku, w którym się integrowali. Od roku próbowała przekonać władze uczelni do zastosowania tego środka w Różyczkach, ale jak na razie bez większego powodzenia.
Piaskowska weszła do przestronnego, jasno oświetlonego pokoju przewodniczącej i przywitała się z wicedyrektorką, panią Kaczmarek. Starsza kobieta, z włosami oprószonymi siwymi pasmami zajęła miejsce przy biurku, wskazując Monice krzesło po drugiej stronie dębowego blatu.
Temat rozmowy nieprzerwanie krążył wokół tegorocznego naboru do stowarzyszenia, a Monika dostała zielone światło jeśli chodzi o własną inicjatywę. Potem temat zszedł na organizowany pod koniec października bal halloweenowy.
– Liczę, że dacie sobie radę, Różyczki – dodała na zakończenie wicedyrektorka, wstając od biurka i ściskając dłoń przewodniczącej.
– Jasne, że damy. – Monika klasnęła w dłonie. Strasznie cieszył ją zbliżający się bal, bo pierwszy raz to właśnie jej bractwo miało go zorganizować. Wcześniej szkoła zlecała organizację bali specjalnej firmie; w ubiegłym roku natomiast bal został odwołany z powodu żałoby po Lenie Wojciechowskiej i Eriku Kaliszewskim.
Niebo było już szare, gdy opuszczała dom stowarzyszenia i wracała do akademika. Zziębnięta wpadła na stołówkę, z nadzieją, że załapie się jeszcze na kolację.
W kuchni porozmawiała przez chwilę ze swoją ulubioną kucharką, Beatą, znaną z niewybrednych żartów, a potem z obładowaną do granic możliwości tacą udała się do jadalni.
Przy jednym ze stołów dostrzegła samotną Natalię. Poza nią jadalnia była pusta. Pozostałe stoły posprzątano i pogaszono światła w części pomieszczenia.
Monika podeszła do współlokatorki i zajęła miejsce naprzeciw niej. Z żalem stwierdziła, że Natalia nie tknęła swojej porcji, a przecież jedzeniu w akademiku nie można było nic zarzucić.
– Nic nie zjadłaś – powiedziała, wskazując na tacę dziewczyny. Nagle i ją opuścił apetyt. Natalia spojrzała na nią tymi swoimi chronicznie podkrążonymi oczami, a potem wzruszyła ramionami.
– Nie jestem głodna.
– Powiesz mi co się stało? – Monika dotknęła dłoni Natalii, kościstej i chłodnej, ale dziewczyna cofnęła rękę, jakby parzył ją ten dotyk.
Wciąż nie mogła rozgryźć tej dziewczyny. Niby tak łaknąca kontaktu z ludźmi, a jednak tak aspołeczna. Jaką tajemnicę skrywała?
– Wracam do pokoju – powiedziała Zabłocka i podniosła się z krzesła. Chwyciła swoją tacę i zaczęła kierować się do wyjścia. Monika patrzyła na oddalającą się współlokatorkę i nie potrafiła jej zatrzymać.
W przejściu mignął jej ten nicpoń, Emil Kaliszewski – jak zwykle uśmiechnięty, o nienagannym wyglądzie. Natalia stanęła w przejściu jak wryta i cała zesztywniała. Za chwilę zawartość jej tacy pospadała na kaflową podłogę, chociaż Emil nawet jej nie dotknął. Zresztą zniknął równie szybko jak się pojawił. Zrobił się potworny harmider kiedy potłukły się talerze i kubek z herbatą. Hałas spotęgowała barczysta Beata, wybiegając z kuchni i krzycząc coś o nieodpowiedzialności.
Monika poderwała się z miejsca i uklękła obok Natalii, by pomóc jej pozbierać resztki jedzenia i kawałki ceramiki; kucharka Beata cofnęła się do kuchni po miotłę.
– Co ci zrobił? – szepnęła Monika, zaciskając zęby.
– Kto? – Zabłocka nawet na nią nie patrzyła, zaabsorbowania sprzątaniem.
– Emil – wycedziła. – Emil Kaliszewski. Już drugi raz widzę jak dziwnie zachowujesz się w jego obecności. Powiedz co ci zrobił.
– Nic mi nie zrobił – odpowiedziała. – Nawet go nie znam. Nie dociekaj, błagam cię.
Zaskoczona Monika zobaczyła jak oczy Natalii z wolna wypełniają się łzami. Nim wróciła kucharka, Zabłocka zerwała się z podłogi i uciekła stamtąd.

Koniec tego dnia nie był przyjemny dla Moniki. Wciąż myślała o Natalii i o tym jak dziwnie się zachowuje. Kiedy wróciła do pokoju, współlokatorka już spała. A może udawała? Piaskowska kładła się spać, nieprzerwanie myśląc o tej sprawie i wiedziała, że nie da jej to spokoju, póki nie dowie się jaka jest prawda.

Rozdział 6. „Wczoraj cnota, dziś przeszkoda”

3 października, Środa

Maciek przeciągnął się, aż poczuł, jak przeskakują mu kości i pospiesznie wyskoczył z łóżka. Nic nie mógł poradzić na to, że rozpierała go radość. W końcu nadszedł TEN dzień.
Starannie planował go od tygodni i w końcu się doczekał. Podszedł do okna i otworzył je, prawie że delektując się porannym powietrzem jesieni. Jego radość i taniec szczęścia, który wykonał, zbudziły Karola.
– Jest szósta rano – jęknął Leśniewski i zarzucił sobie kołdrę na głowę.
– Sorki bracie, – Maciek się zaśmiał – ale nie mogę spać. Przypominam tylko, że dziś jest TEN dzień! – Zagwizdał przeciągle.
Karol zrzucił z siebie kołdrę i popatrzył zaskoczony na przyjaciela.
– Chcesz powiedzieć, że TO dzisiaj? – wydukał.
Maciek skinął głową.
– Więc w końcu się doczekałeś! – Karol poczuł jak szeroki uśmiech wypływa na jego usta. – Mam nadzieję, że wszystko skończy się tak, jak zaplanowałeś. Wszystko dopięte na ostatni guzik?
– Prawie – odparł Maciek. – Została mi tylko jedna rzecz.
Chłopak wziął do rąk swoją komórkę wraz z kolorową wizytówką. Patrząc na kartonik wystukał na klawiaturze kombinację cyfr i czekał na połączenie.
Cały promieniał, a Karol radował się wraz z nim.
– Dzień dobry. Dzwonię by potwierdzić rezerwację. Piotrowski Maciej. Dziękuję bardzo. Do usłyszenia.
Maciek rozłączył się, rzucił telefon na łóżko, jakby celował do kosza i wyrzucił w górę zaciśnięte pięści.
– Tak! – krzyknął. – Wszystko ustalone. Już się nie mogę doczekać reakcji Moniki!
– Będzie zachwycona – zapewnił go Karol, podnosząc się z łóżka i wkładając swój bawełniany szlafrok. Podszedł do okna, by nieco je przymknąć. Maćkowi od nadmiaru wrażeń mogło być gorąco, ale on zmarzł na kość.
– Ej, co ci jest? – Usłyszał zmartwiony głos kumpla. Odwrócił się do niego i zmarszczył brwi.
– Co mi jest? – zapytał, wzruszając ramionami.
– Kulejesz – zauważył Maciek.
Karol poczuł, że robi mu się gorąco. Jak mógł zapomnieć, że jego najlepszy przyjaciel ma oczy dookoła głowy?
– Ach… to. Trochę boli mnie noga – odparł, starając się wypaść przekonywująco. Chłopaki znali się od dziecka i nie potrafili się okłamywać.
– Co ci się stało? – drążył Maciek.
Karol zaczął kierować się w stronę swojej szafki, z całych sił próbując iść tak, jakby wszystko było w porządku. Noga jednak bolała go tak mocno, że miał utrudnione zadanie. Unikając wzroku kumpla, zacisnął tylko zęby, starając się nie rozpłakać.
– Uderzyłem się o drzwi. – Wymyślił na poczekaniu. – Trochę stłukłem kość piszczelową, nic wielkiego. Prawie nie boli.
– Jesteś pewien?
– Tak.
– Jakby co, mam w szufladzie trochę tabletek przeciwbólowych.
– Powiedziałem, że już prawie nie boli – odpowiedział Karol, może trochę zbyt szorstko.
– Spoko. – Maciek podniósł dłonie do góry i zajął się swoimi sprawami.
Karol nie chciał mu mówić. Jemu w szczególności nie mógł o tym powiedzieć. Wiedział, jaki jest Maciek. Zachowanie tamtego chłopaka odebrał by jako wandalizm w czystej postaci i prędzej czy później doprowadził by do wydalenia tego homofoba. Karol nie chciał by wzięli go za tchórzliwego pedzia, który skrywa się za plecami wpływowego kumpla. Swoje sprawy wolał załatwiać po swojemu. Zresztą liczył, że była to jednorazowa sytuacja. Przynajmniej miał taką nadzieję.

***

Wysokie szpilki w kolorze pudrowego różu odbijały się z głuchym łoskotem po szkolnym korytarzu, kiedy Jagoda zmierzała na wykłady. Była już spóźniona, ale kompletnie się tym nie przejmowała. Podczas gdy jej kuzynka wybiegła z pokoju by być co do sekundy punktualna (czytaj: by zaimponować Piotrowi Żywickiemu), ona ślimaczyła się z poranną toaletą, a nawet zrobiła sobie manicure.
Kiedy tak szła korytarzem, poczuła, że ma w tej szkole pewną władzę. Oczywiście nie należała jeszcze do elity (gdzie starała się dostać już od ubiegłego roku), ale nie mogła pogardzić statusem, jaki tu uzyskała. Chłopcy wlepiali w nią swoje świdrujące spojrzenia, a jej to pochlebiało. Z połową spała i tylko o nielicznych mogła powiedzieć, że spełnili jej oczekiwania.
Do tego grona zaliczał się Emil Kaliszewski. Ba! Ten przystojniak miał w sobie coś takiego, że tym razem to Jagoda pragnęła wrócić po więcej.
W końcu go zauważyła. Zmierzał w jej stronę, rozstawiając ludzi po kątach aurą która się za nim ciągnęła. Wiedziała czemu tak jest. Wielu widziało w nim jego zmarłego tragicznie brata, z czym ciężko było się nie zgodzić. Byli identyczni, mieli nawet podobne głosy i w podobny sposób się poruszali. Ciekawe jak odróżniała ich własna matka?
Można więc powiedzieć, że król odszedł tylko na krótko. Bo oto właśnie pojawił się pretendent, który posiadał wszystko, by przejąć schedę po Eriku. Ale czy tego pragnął?
– Hej – powiedziała Sobczak, gdy Emil przechodził tuż obok niej. Dopóki się nie odezwała, nie zaszczycił jej spojrzeniem i może gdyby nie była sobą, poczułaby się urażona.
Emil zatrzymał się tuż obok niej i prześwietlił ją swoim spojrzeniem. Wiedziała, że podoba mu się ten widok, rozluźniła się nieco; wciągnęła brzuch, wypięła pierś do przodu.
Emilowi towarzyszył barczysty koleś, z którym puściła się Anka, ale Jagoda go zbagatelizowała.
– Och, cześć – powiedział Emil. – Kalina?
– Jagoda – poprawiła go, przestępując z nogi na nogę. Czyżby się denerwowała?
– No tak. – Odkaszlnął – Co tam?
Igor parsknął śmiechem, ale to do Jagody nie dotarło. Wpatrywała się w niebieskie oczy pięknego niczym grecki bóg blondyna i czuła, że powoli osuwa jej się grunt pod nogami. Na wspomnienie nocy z tym chłopakiem z wolna stawała się wilgotna.
– W porządku – powiedziała. – Wpadniesz do mnie dziś wieczorem? Będę miała pokój tylko dla siebie. Anka zapisała się na jakieś dodatkowe zajęcia – skłamała. Będzie musiała jakoś udobruchać kuzynkę, by wyszła na kilka godzin.
– Zobaczę co da się zrobić – odpowiedział Emil, starając się ukryć znużenie. Tę dziewczynę już miał, więc przestała być interesująca. Ładna buzia i tyle. – Na razie.
Kiedy odchodził wraz z Igorem, Jagoda zdołała usłyszeć fragment ich rozmowy:
– Czemu nie powiedziałeś by się waliła?
– Zrozum, trzeba mieć kogoś na czarną godzinę.

***

- Jak idzie? – Cichy i zachrypnięty głos Lucyny przez słuchawkę brzmiał jeszcze upiorniej niż przy spotkaniach na żywo. – Złapał przynętę?
– Myślę, że tak. – Klaudia przycisnęła słuchawkę mocniej do ucha i rozejrzała się z budki, czy aby w pobliżu nie przechodzi nikt znajomy. Specjalnie wybrała się do miasta, by odbyć tę rozmowę. To był pomysł Lucyny, by kontaktować się za pomocą budki telefonicznej. Jeśli kiedyś ktoś się czegoś domyśli i zacznie podejrzewać Klaudię, nie znajdzie dowodów w jej telefonie.
– Myślisz? – Lucyna warknęła. – To już trzy dni! Spodziewałam się postępów!
– I dostaniesz je! Nie oczekuj, że już po tygodniu się we mnie zakocha, nie jestem Supermanem.
– Obyś była. Pilnuj, żeby w tym czasie nie zakochał się w innej. Będzie po nas jak nie zwróci na ciebie uwagi.
– Tak, wiem – przypomniała sobie Klaudia, ale powstrzymała się by powiedzieć Lucynie jak trudne zadanie przed nią stoi. Emil to kobieciarz i łamacz serc, a tymczasem to ona miała złamać jego. Jak mogła rozkochać w sobie kogoś, kto nie ma uczuć?
– Zadzwoń za tydzień – rozkazała Lucyna. – Chcę usłyszeć wtedy o postępach.
– Tak jest. – Klaudia odparła trochę zbyt teatralnie i odwiesiła słuchawkę. Automat zwrócił jej resztę, ale nie zatrzymała jej. Przyłożyła skroń do chłodnej szyby, która stanowiła ścianę budki telefonicznej i przymknęła oczy.
„Myśl o Lenie”, rozkazała sobie na głos. „Pomyśl o tym, co zrobił jej Erik. Jego brat jest taki sam. Będzie jak szarańcza, niszcząc i krzywdząc wszystko na swojej drodze.” Ona ma zadanie, które powinno przesłonić wszystko inne.
Otworzyła oczy. Poprawiła włosy i obciągnęła płaszcz, a potem opuściła budkę z nowym nastawieniem.
Dzień był bardzo przyjemny; słońce stało wysoko, niebo było bezchmurne. Na głównym placu miasta ludzie otoczyli ulicznego klauna, podziwiają jego występ. Nieopodal grupka dzieci pod czujnym okiem swoich mam, biegała wokół fontanny, zaśmiewając się w głos. Klaudię uszczęśliwił widok beztroskich ludzi. Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz śmiała się w taki sposób.
Przypomniała sobie dwie małe dziewczynki, które mama zabrała na lody do miasta. Rzadko, z braku pieniędzy, opuszczały rodzinną wieś, więc to była dla dziewczynek nie lada atrakcja, zważywszy, że pozostałe rodzeństwo zostało w domu.
Dzień był równie pamiętny, co wyjątkowy, bo tego dnia Lena kończyła dziesięć lat. Na długo przed tym wyjątkowym dniem, matka obiecała swojej pierworodnej, że pojadą do miasta. Jubilatka zażyczyła sobie, by w wycieczce towarzyszyła jej młodsza siostrzyczka, Klaudia, jej ulubienica i największa przyjaciółka. Dzień był cudowny, harmonijny. Spędziły go w wesołym miasteczku, a mama, o dziwo, miała pieniądze by kupić im wielkie lody i pozwolić na przejażdżkę kolejką górską. Takich dni jak te się nie zapomina.
Klaudia zamrugała szybko oczami, by się nie rozpłakać. Złapała się na tym, że od kilku minut stoi jak słup soli i przygląda się małej dziewczynce na planu zabaw.
Zmieszana poprawiła płaszcz i ruszyła przed siebie.

***

- Szukam czegoś do stu pięćdziesięciu złotych. Nie dbam o bajery i niezliczoną liczbę funkcji i nieograniczeń. Telefon ma być prosty w obsłudze i przede wszystkim sprawny. – Daniel skierował uważne spojrzenie na sprzedawcę, a potem na powrót zaczął przyglądać się używanym telefonom komórkowym w szklanej gablocie.
Sprzedawca, młody mężczyzna z czarną brodą i jarmułką, zamyślił się przez chwilę, kilkakrotnie wystukując miarowy rytm palcami. Potem schylił się i otworzył gablotę po swojej stronie i wyciągnął jedno z urządzeń. Chwilę obracał telefon w dłoni, oglądał z każdej ze stron, a potem wręczył Danielowi.
– Telefon jest sprawny i funkcjonalny, ma nową baterię. Całkiem przyzwoity aparat. Skoro nie bawisz się w bajery, powinien wystarczyć. Kosztuje równą stówkę.
Daniel nie przypomniał sobie w którym momencie przeszedł ze sprzedawca na ty, ale zacisnął tylko zęby i sięgnął po portfel.
– Biorę – powiedział.
Kiedy wychodził z lombardu, słońce uderzyło go w twarz i przez moment musiał się poważnie zastanowić czy to na pewno był październik. Czuł, że poci się w swojej kurtce ze skaju, pod którą miał gruby wełniany sweter. Ruszył w drogę powrotną do akademika, próbują włożyć kupioną wcześniej kartę sim do nowego telefonu. Musi szybko powiadomić matkę, że wszystko u niego w porządku, inaczej skora będzie tu przyjechać i narobić mu wstydu.
Kiedy udało mu się umieścić kartę na swoim miejscu i zatrzasnąć klapkę w Noki 207, poczuł, że ktoś zastąpił mu drogę. Stanął i spojrzał przed siebie.
– Cześć – powiedziała wysoka szatynka o miłych oczach. Miała coś w sobie i na pewno nie mogła opędzić się od chłopaków, ale wszystkie kontakty Daniela z dziewczynami były takimi niewypałami, że już zapomniał jak to jest, gdy ktoś mu się podoba.
– Cześć – odpowiedział, próbując zrozumieć, czemu jakakolwiek dziewczyna miałaby ochotę z nim rozmawiać.
– Nie pamiętasz mnie? – Dziewczyna przyjrzała mu się bacznie, a on poczuł, że przepocił swój sweter już na wylot. Niecierpliwie przestąpił z nogi na nogę, chcąc jak najszybciej wybrnąć z tej sytuacji, znaleźć się w swoim pokoju i pociąć się, może nawet kilka razy.
– Przepraszam, ale chyba mnie z kimś mylisz.
– Daniel, prawda?
– Tak? – Bardziej zapytał, niż potwierdził. Skąd mogli się znać? Może chodzili razem na zajęcia?
– Jestem Klaudia. Też jestem na pierwszym roku. – Dziewczyna wyciągnęła przed siebie rękę, którą lekko uścisnął. Mimo, że do postawnych nie należał, jej drobna dłoń praktycznie utonęła w jego.
– Miło mi. Daniel. Ale to już wiesz. – Przewrócił oczami. Rozluźnił się nieco. Choć była piękna i niezwykle uwodzicielska, biła od niej ogromna dawka sympatii.
– Mamy wspólne zajęcia? – spytał.
– Naprawdę mnie nie pamiętasz? – Zaśmiała się. – Słuchaj, nie chcę cię zawstydzać, ani nic z tych rzeczy, ale poznaliśmy się jeszcze przed rozpoczęciem nauki. Na ognisku – dodała, widząc jego minę. – Miałeś nieźle w czubie. Pomogłam ci wrócić do akademika.
Poczuł, że robi mu się słabo, że za chwilę utonie we własnym pocie. Przekroczył właśnie poziom maksymalnego zażenowania. Dwukrotnie.
– Spokojnie. – Dziewczyna uśmiechnęła się przyjaźnie i dotknęła jego ramienia. Nie przywyknął do takiej poufałości, więc cały się spiął. – Wszyscy się spili na tym ognisku, nie przejmuj się.
– Ulżyło mi. – Próbował wymusić na swoich ustach coś na kształt uśmiechu i musiało to być żałosne. Kiedy pomyślał co zrobił przed tą piekielną imprezą na błoniach, że nie wypił ani kropli alkoholu, chciał zapaść się pod ziemię.
– Byłem zmęczony po długiej podróży. Poza tym brałem antybiotyki. A poza tym – nacisnął – zgubiłem okulary i byłem praktycznie ślepy.
Klaudia zaśmiała się, a on odetchnął. Sam zdziwił się z jaką łatwością przyszły mu te dwa pierwsze kłamstwa.
– No cóż, mam nadzieję, że następnym razem się podzielisz. – Dziewczyna puściła mu perskie oko.
– Pewnie – posłał w jej stronę miły uśmiech.
– Do zobaczenia w szkole.
– Do zobaczenia.
Patrzył w ślad za nią, jak odchodziła krokiem wybiegowej modelki i mógłby przysiąc, że nawet odwróciła się by mu pomachać. Mógłby nawet przysiąc, że jej odmachał.

***

- Tutaj, kochanie – szepnął Maciek i pociągnął Monikę za sobą w ciemnej sali kinowej. W końcu, po nie lada wyzwaniu, odnaleźli odpowiedni rząd i swoje miejsca. Monika opadła na fotel, wyczerpana po sowitym posiłku, jaki zafundowała jej restauracja Amore i portfel Maćka.
Spojrzała na ukochanego, a na jej twarzy pojawił się błogi uśmiech. Od kiedy Maciek zrobił się taki romantyczny? Kolacja w modnej restauracji i kino. W dodatku pozwolił jej wybrać film. Co chciał tym wskórać?
Zdjęła z siebie płaszcz, złożyła w kostkę i położyła sobie na kolanach. Odnalazła dłoń chłopaka i uścisnęła ją mocno. Spojrzał na nią; oczy mu błyszczały w tej ciemnej sali kinowej; dosłownie uśmiechał się spojrzeniem.
Wtedy niepokój zstąpił na Monikę jak grom z jasnego nieba. Poprawiła się w fotelu, który nagle zrobił się strasznie niewygodny. Spojrzała na Maćka, który skupiony na akcji filmu, nie odrywał wzroku od ekranu. Czyżby…? Nie, to niemożliwe. Przecież wiedział… Tyle razy powtarzała, że nie jest gotowa. Powiedział, że poczeka. Czyżby jego cierpliwość się skończyła?
Puściła jego dłoń i zaczęła bawić się zamkiem błyskawicznym swojej torebki. Robiła się coraz bardziej niespokojna; z trudem przełknęła wielką gulę, która utworzyła się w jej gardle. Skończyło się na tym, że do końca seansu siedziała jak na szpilkach, podczas gdy Maciek zaśmiewał się do łez, albo krzyczał wraz z innymi, gdy coś niespodziewanie pojawiło się na ekranie. Próbowała skupić się na akcji filmu, który tak bardzo chciała obejrzeć od tygodni, ale bezskutecznie. Jej myśli wciąż ulatywały do tego, co Maciek prawdopodobnie zaplanował na ten wieczór. A może jej wyobrażenia były przesadzone? Może chciał być zwyczajnie miły i zaplanował ten przyjemny wieczór zupełnie bezinteresownie? Chciała w to wierzyć, ale ostatnio przecież z rzadka wychodzili gdzieś na miasto. Wiedziała, że jest w tym wszystkim jakiś haczyk.
Kiedy wreszcie film dobiegł końca i rozbłysły światła, wstała z miejsca, ale nogi miała jak z ołowiu. Jej ruchy stały się niemalże automatyczne; napięta niczym struna ubrała płaszcza, zarzuciła na ramię torebkę i pozwoliła wziąć się pod rękę.
Wyszli na dwór; rześkie chłodne powietrze choć trochę koiło jej nerwy. Spojrzała na zegarek: dochodziła dwudziesta druga. Może czas okaże się jej wybawieniem?
– To jak, wracamy? – rzuciła, chowając dłonie do kieszeni płaszcza. – Robi się późno. Jutro szkoła.
– Mam jeszcze jedną niespodziankę. – Maciek wyprostował tuż przed jej nosem swój palec wskazujący.
– Może następnym razem, co? Jest już naprawdę późno. I robi się chłodno. – Rozejrzała się wokół, jakby szukając ratunku.
– Zobaczysz, nie pożałujesz. – Uśmiechnął się szeroko i wziął ją za rękę, ciągnąc do swojego samochodu. Jęknęła w duchu, ostatecznie mając nadzieję, że to nie to, o czym myśli.
Wsiedli do Hondy Maćka, chłopak włączył radio i ogrzewanie. Zanim odpalił silnik, zamachał jej przed twarzą czerwoną bandaną.
– A to co? – spytała.
– Kolejna część wieczoru jest niespodzianką – wytłumaczył. – Muszę więc zawiązać ci oczy.
– Nie ma mowy. – Oczy Moniki zrobiły się wielkie jak spodki. – Wywieziesz mnie gdzieś i nie będę wiedziała jak wrócić.
– Nie ufasz mi? – Zaśmiał się głośno. – No już, nie daj się prosić.
– W porządku. – Po chwili skinęła głową, ostatecznie pozwalając by zawiązał jej bandanę na oczach.
„Maciek, błagam cię, nie rób tego”, prosiła w duchu, ale ocalenie nie nadchodziło.
Chłopak zapalił silnik i ruszyli. W totalnych ciemnościach Monika miała czas na myślenie, ale nie były to przyjemne myśli. Raczej smutne. Będzie musiała rozczarować Maćka, bo do niczego nie dojdzie. Nie była jeszcze na to gotowa. Choć byli ze sobą prawie od roku, wciąż nie była przygotowana, by mu się ofiarować. Nie zmienia to faktu, że kochała go całym sercem.
Wydawało jej się, że minęło jakieś pół godziny, nim wreszcie samochód stanął przy dźwiękach Happy ending. A może minęło zaledwie dziesięć minut? Straciła rachubę czasu.
– Poczekaj, nie ruszaj się. – Usłyszała jak Maciek wychodzi z auta, a potem otwiera drzwi po jej stronie. Poczuła, jak odpina jej pas; jego Burberry pachniały cudownie. Wziął jej rękę i pomógł wysiąść z samochodu. Pod butami poczuła żwir lub żwirową drogę; do uszu nie dochodził żaden dźwięk, choć mogła przysiąc, że gdzieś w oddali słyszała samochody. Autostrada?
– Teraz powoli. – Maciek wziął ją pod rękę i z wolna zaczęli kierować się w bliżej nieokreślonym kierunku. Czuła się jak idiotka. Nie dlatego, że była zmuszona udawać niewidomą, ale dlatego, że za chwilę miała rozczarować swojego ukochanego. I to na całej linii.
Maciek nigdy nie naciskał, ale wiedziała, że każdy facet lubi seks. A dziewczyna, która nie potrafi zaspokoić swojego faceta, szybko mu się nudzi. Nie chciała, żeby Maciek ją zostawił, ale nie chciała również, by zależało mu jedynie na seksie. Przecież tak dobrze im się układało!
Przez moment pomyślała o Paulinie i poczuła nieprzyjemny ucisk w podbrzuszu. Jakby ktoś włożył całe jej ciało do wielkiego imadła. Niestety konsekwencją przyjaźni z Pauliną były wszystkie zwierzenia i tajemnice Kawieckiej, których teraz Monika nie chciałaby pamiętać. Szczegóły życia intymnego jej i Maćka, gdy jeszcze byli razem, były teraz dla niej niesmaczne, a część z nich wręcz obrzydliwa, i dużo czasu spędziła by wyprzeć je z pamięci. A teraz wszystko powróciło ze zdwojoną siłą. Paulina mogła mu dać wszystko, czego pragnął. Ona nie mogła mu tego dać. Co z niej za dziewczyna?
Tymczasem poczuła, że żwirowa droga zmieniła się w betonową, jakby nagle znaleźli się na jakimś chodniku.
– Teraz uwaga, kilka stopni do góry.
Powoli pokonali schody niewielkiej długości i w końcu się zatrzymali.
– Poczekaj, jeszcze chwila.
Poczuła, jak ją puszcza, a potem zrozumiała, że przeczesuje kieszenie. Szukał klucza? Chwilę szamotał się z zamkiem, a chwilę później usłyszała szczęk i chłopak lekko ją popchnął. Gdzieś weszła, a Maciek zamknął za nimi drzwi.
– Jeszcze chwila, kochanie – powiedział i gdzieś odszedł. Słyszała jak coś robi, chodzi w tę i we w tę, ale nie miała pojęcia co robi. Kiedy wreszcie zdejmie jej z oczu tę cholerną przepaskę?
– Okej – rzekł i stanął tuż przy niej. – Gotowa?
Skinęła głową, choć wolała pozostać w tym stanie nieświadomości.
Na początku oślepiło ją jasne światło, a już za chwilę mogła rozpoznać kolejne przedmioty. W końcu zrozumiała, że znajduje się w jakimś pokoju, sądząc po warunkach, motelowym. Łóżko zasłane było czerwoną aksamitną narzutą, na której leżały płatki róż. Róże pokrywały również podłogę wokół posłania. W pokoju płonęły żółte świece ustawione na komodzie pod ścianą i na etażerkach po każdej stronie łóżka. Z głośników podniszczonej wieży stereofonicznej wydobywały się ciche dźwięki nastrojowej muzyki.
– Maciek… – szepnęła.
– Nic nie mów. – Uśmiechnął się do niej i złapał jej dłoń. Zaparła się jakby przyrosła do miejsca gdzie stała i nie pozwoliła poprowadzić się w stronę łóżka.
– Nie bój się. – Popatrzył na nią pobłażliwie i pogładził jej dłoń.
– Maciek… ja nie mogę.
Uniósł brwi i spojrzał na nią z konsternacją.
– Chodź, to nic złego.
– Nie.
Czuła, że zbiera jej się na płacz, więc zamrugała szybko oczami. Maciek czuł się coraz bardziej zbity z tropu.
– Nie rozumiem – jęknął. – Nie podoba ci się tutaj?
– Jest ślicznie i w ogóle, ale Maciek, nie zapytałeś mnie o zdanie…
– O czym ty mówisz? Czy mam cię pytać o zdanie nawet kiedy robię niespodziankę? Czy ty doprawdy musisz wszystko kontrolować?
– Nie o kontrolowanie tu chodzi! – Tupnęła nogą. – Nie rozmawialiśmy na ten temat.
– Monika, ty chyba nie rozumiesz…
– Ok, rozumiem to aż nadto!
– Chodź. – Wyciągnął do niej rękę. – Wysłuchaj, co mam do powiedzenia.
– Tu nic nie ma do wysłuchania. Maciek, nie prześpię się z tobą!
– Monia… – Maciek wyglądał tak, jakby uleciało z niego całe powietrze. – Posłuchaj…
– Maciek, rozmawialiśmy o tym, a ty wciąż naciskasz. Myślisz, że dobra kolacja i świece mnie przekonają? To nic nie zmieni, więc mogłeś sobie darować. Niepotrzebnie wydałeś pieniądze. Nie chcę seksu.
– Do diaska! – krzyknął Maciek, a Monika stanęła jak słup soli. Chłopak przeszukał kieszenie swojej kurtki i wyjął z niej małe, czerwone pudełeczko. – Cholera Monia, chciałem ci się oświadczyć!

Rozdział 7 „Złe dzieciństwo nie dyskryminuje dobrej dorosłości”

Był późny wieczór nim wreszcie Daniel zawitał do akademika. Po telefonie do matki poczuł się jeszcze bardziej przybity i jeszcze bardziej opuszczony. Szkoła okazała się zupełnie czymś innym niż oczekiwał. Nie chciał tu być, ale chyba bardziej nie chciał wracać TAM.
Nie miał domu. Od kiedy matka powtórnie wyszła za mąż siedem lat temu, Daniel stracił swój dom. Wszystko co zostawił gdy wyjechał, należało do NIEGO. Ale nie o NIM chciał teraz myśleć. Pogrążony w smutku i w zadumie Daniel wreszcie znalazł się w pokoju, gdzie z niepisaną ulgą stwierdził, że jest sam. Nie dogadywał się ze współlokatorami i gdyby miał wybór zmieniłby pokój. Ale jedną z wad studiowania na najlepszej uczelni w kraju był tłok. Tutaj alienowanie się nie miało miejsca bytu.
Usiadł na swoim łóżku i zdjął buty. Przymknął oczy i dotykając rozgrzanego czoła zobaczył przed oczami tę śliczną twarz, te pełne usta i jędrne piersi. Czemu dziewczyna taka jak Klaudia chciała w ogóle z nim rozmawiać? Czemu wciąż się uśmiechała i – nie, nie przywidziało mu się – kokietowała go? Co to za diabelski podstęp?
Otworzył oczy, mając na uwadze, że musi bardziej uważać na tę dziewczynę. Takie piękności jak ona to cwane bestie i nigdy nie robią czegoś bezinteresownie.
Zeskoczył z łóżka i z wolna podszedł do swojej komody. Otworzył jedną z szuflad i spod sterty bielizny i książek wyciągnął znajomą fiolkę. Powoli wysypał sobie na dłoń kilka białych tabletek. Nie czekając na wiele połknął wszystkie, bez popijania. Już sama świadomość, że lek znalazł się w jego organizmie, działała na niego kojąco.
Wysunął kolejną z szuflad komody i wziął do rąk swoją małą kosmetyczką. Przeszukując jej zawartość, po chwili znalazł mały prostokącik owinięty w szorstki papier z logo producenta. Drżącymi dłońmi rozpakował żyletkę i delikatnie przejechał palcem po ostrzu. Jego mózg zareagował tak, jak oczekiwał – poczuł nagły przypływ adrenaliny i nieodpartą chęć by to zrobić. To było jak głód.
Schował żyletkę do kieszeni dżinsów i wyszedł z pokoju, wiedząc, że nie może ryzykować pocięciem się w pokoju. Za nic w świecie nie może dać się przyłapać. Raz do tego dopuścił – tego upokorzenia i rozczarowania w oczach matki nie zapomni do końca życia.
Chłód marmurowej posadzki w łazience dla chłopców dawał przyjemne ukojenie bosym stopom Daniela. W łazience było cicho i lodowato; ktoś zostawił otwarte okno, ale Daniel nie pofatygował się by je zamknąć. W przelocie zerknął na swoje odbicie w lustrze, ale wiedział co w nim zobaczy – chłopaka w okularach, z szarymi workami pod oczami i zapadniętymi policzkami. Chłopca – nie mężczyznę.
Upewnił się, że wszystkie cztery kabiny są puste, a potem zamknął się w jednej z nich. Pachniało chlorem i jeszcze innym detergentem, na drzwiach tkwiły niecenzuralne wyrazy, głównie związane z ekskrementami i narządami rozrodczymi.
Daniel usiadł na sedesie i podwinął rękaw bluzki, a świeża blizna przypomniała mu, że tej ręki użył wczoraj i przedwczoraj, więc opuścił rękaw i podwinął drugi, prawy. Nie znosił tej strony. Lewa dłoń była niepewna, przeważnie się trzęsła i nie potrafił trzymać ostrza zdecydowanie, przez co bolało jak diabli. Ale teraz mu było wszystko jedno; leki najwyraźniej zaczęły działać.
Kilka cięć i poczuł zastrzyk energii i ukojenie. Oparł głowę o drewnianą ścianę kabiny i przymknął oczy. Kręciło mu się w głowie, jakby był na haju. Myśli i obrazy przelatywały przez jego głowę w oszałamiającym tempie, nie nadążał za rozpoznawaniem ich. W końcu rozluźnił się i pozwolił swoim rękom zawisnąć swobodnie, nie zważając na to, że krew zaczęła ściekać na podłogę. Jego oddech był tak przyspieszony, jakby przebiegł maraton. Próbował przywołać do siebie jakiś miły obraz, pomyślał nawet o Klaudii, ale w końcu nie mógł już poradzić nic na to, że myśli zaczęły płynąć swobodnie. Usnął.

***

- Bądź grzeczny, Danielku. – Mama całuje go w czoło, zostawiając czerwony ślad wściekle czerwonej szminki. Dlaczego mama się maluje? Przecież nigdy tego nie robi. Zawsze powtarza, że to dobre dla tych panien co szukają sponsora, cokolwiek to znaczy.
Daniel staje przed lustrem by zetrzeć ślad szminki z czoła. Jego odbicie uśmiecha się blado do niego, ale nagle poważnieje. Nie ma w nim nic specjalnego, choć mama nazywa go skarbem. Jaki z niego skarb, skoro jest najniższy w klasie, nawet niższy od dziewczyn, a jego wyniki w nauce charakteryzują się tylko przeciętnością?
– Mamo, czy ja jeszcze kiedyś urosnę? – pyta, spoglądając na drobną kobietę o ładnej, pulchnej buzi.
– Oczywiście, że urośniesz. – Mama czochra go po włosach. – Masz dopiero dwanaście lat, będziesz rósł jeszcze kilka lat, aż będziesz wielki jak dąb i zostaniesz koszykarzem! –
Mama śmieje się, ale Danielowi nie jest wcale do śmiechu. Ma już dość zaczepek w szkole i wolałby już być duży.
– Mamo, gdzie ty właściwie idziesz?
– Już ci mówiłam, spotkanie z pracownikami. Pan Badecki zaprosił nas na kolację by oblać udaną fuzję.
– Dużo mówisz o tym panu Badeckim.
– Bo to szalenie interesujący człowiek. – Mama znów go czochra i wychodzi na mały korytarz w ich równie małym mieszkanku. – Bądź grzecznym chłopcem, dobrze? Pamiętaj, zamknij dobrze drzwi, nikomu nie otwieraj, do nikogo nie wydzwaniaj i telewizja maksymalnie do dwudziestej pierwszej, dobrze? Potem masz być w łóżku.
– Mamo?
– Tak?
– Nie wracaj późno.

***

- Daniel, skarbie, to jest pan Roman Badecki, mój szef.
-Witaj Danielu, miło mi cię wreszcie poznać. – Jegomość wyciąga do Daniela rękę, ale on jej nie ściska. A po co? Nie podoba mu się ten facet. Wąsy przesłaniają mu pół twarzy, świdrujące oczka chyba zaraz wypalą mu dziurę w mózgu. Po co mama go tu przyprowadziła? Przecież sami ledwie się mieszczą w mieszkaniu. I co to za pomysł z pieczoną kaczką na kolację? A gdzie się podziały płatki kukurydziane i kanapki z serem?
Dlaczego mama się tak zachowuje? Ciągłe chichoty i rumieńce. Chyba wypili pół butelki wina! Czy ten Badecki kiedyś wreszcie sobie pójdzie? Chciał porozmawiać z mamą o Janku Podpolskim, który spuścił w toalecie jego piórnik, ale mama jest zajęta tylko swoim szefem. Musi pójść spać, kiedy ten facet wciąż tu jest. Chyba nie zamierza zostać na noc? Daniel ma na tyle dużo lat, by wiedzieć, co to oznacza, ale nie chce przyjąć tego do wiadomości.
Nie może usnąć, bo z maleńkiej kuchni wciąż dobiegają śmiechy i rozmowy. Kiedy nareszcie zmieniają się w szepty, liczy, że wreszcie Morfeusz porwie go w swoje objęcia. Nic bardziej mylnego. Chwilę później zza ściany zaczynają dobiegać skrzypnięcia łóżka i przyspieszone oddechy, a Daniel słyszy to tak wyraźnie, jakby był tuż obok. Zatyka palcami uszy i chowa głowę pod kołdrę. Płacze, ale nikt nie jest w stanie tego usłyszeć.

***

- Co zrobił? – Daniel nie może w to uwierzyć. Czuje, jakby znalazł się najgorszym koszmarze. Tym razem nie może go jednak kontrolować ani przegonić. To dzieje się naprawdę.
– Nie cieszysz się? – Mama jest zachwycona i wciąż ogląda swój brylantowy pierścionek.
– Mamo, nie rób tego… – Daniel szepcze, ale to wołanie o pomoc jest nieme.
– Wszystko się teraz zmieni, kochanie. Przeprowadzimy się do wielkiego domu i nigdy nam niczego nie zabraknie. Będziesz miał tyle zabawek, ile tylko dusza zapragnie. I w końcu będziesz miał tatę.
– Ale ja nie chcę…

***

Ślub matki jest dla Daniela początkiem wielkich zmian. Nie umie się cieszyć. Ktoś wszedł drogimi butami na jego terytorium i odebrał mu mamę, która nie jest już taka jak kiedyś. Co z tego, że ma tyle zabawek, że nie jest w stanie ich zliczyć, skoro utracił miłość matki? Teraz liczy się dla niej tylko pan Badecki, a raczej tato, jak każe się nazywać. Za każdym razem kiedy Daniel ma wypowiedzieć to słowo, głos mu grzęźnie w gardle i wszyscy myślą, że się jąka. Raz tak zdenerwował tym pana Badeckiego, że dostał kilka klapsów. Mama nigdy go nie biła, a teraz po prostu biernie się temu przygląda.
Nowa szkoła też nie jest dla Daniela wybawieniem. Jest pełna takich panów Badeckich, tylko że w wersji mini. Wszyscy oni są tak samo napuszeni i wredni, w tych swoich błyszczących lakierkach. Gdyby nie pokojówka Zosia, Daniel nie miałby do kogo ust otworzyć.
A tymczasem matka i pan Badecki pojechali na kolejny miesiąc miodowy. Ciekawe na jak długo teraz.

***

Jego spokojny sen przerywa czyjś oddech na karku. Podnosi powieki i w pierwszej chwili chce krzyknąć, ale Badecki zakrywa mu usta dłonią i kładąc palec na swoich wargach, szepcze:
– Cii. Chyba nie chcesz obudzić mamy, co?
Daniel chce się podnieść, ale Badecki naciska na jego klatkę piersiową i zmusza go tym samym, by pozostał w pozycji leżącej. Jest jakiś dziwny. Czoło mu się świeci od potu, przygryza i oblizuje wargi, jakby się na coś szykował, jego oddech jest przyspieszony i płytki. Serce Daniela zamiera, by zaraz gwałtownie przyspieszyć. Przestaje wierzyć w przypadki. A to na pewno nie przypadek, że ojczym zjawił się u niego w środku nocy.
– Duże masz to łóżko, wiesz? Na pewno z trzy razy większe, niż to w waszym starym mieszkaniu. Powiedz mi chłopcze, wygodne jest chociaż?
– Mhm. – Daniel kiwa głową, niezdolny wymówić choć słowo. Jest coraz bardziej sparaliżowany.
– Daj spróbować – szepcze Badecki i zrzuca z siebie szlafrok, pozostając jedynie w slipach. Spycha Daniela na środek łóżka i wchodzi pod kołdrę, kładąc się obok chłopca.
Daniel czuje wgłębienie w materacu, a potem jego nozdrza dopada zapach potu i tej whisky, która zawsze stoi w salonie. Ojczym sapie teraz tak głośno, że Daniel nie słyszy własnych myśli. Chce płakać, ale nie może. Kiedy Badecki dosięga jego spodni od piżamy, po prostu się temu poddaje, wiedząc, że z tej sytuacji nie ma wyjścia. Boi się tak bardzo, że tylko leży jak kłoda. Zaciska powieki i pięści, modląc się w duchu, by skończyło się jak najszybciej.

***

Klaudia nie mogła wyjść z podziwu, jak piękny był początek jesieni. Kiedy wracała wieczorem do akademika, jako osoba wrażliwa nie mogła nie zauważyć uroku otaczającego ją świata. Drzewa skąpane były w kolorze żółci i pomarańczy. Dopiero po pojedynczych liściach na chodnikach dało się zauważyć, że oto nadszedł zmierzch lata.
Słońce na niebie wciąż stało wysoko, jakby wesołe z powodu tego, co widzi. I chociaż Klaudii było bardzo przyjemnie tego wieczora, słowa Lucyny wciąż mąciły jej spokój. Nie mogła w nieskończoność odwlekać zadania, którego się podjęła. Jest na tej uczelni z konkretnego powodu i nie wolno jej o tym zapominać. Pomyślała przez chwilę o Lenie, chyba dwudziesty raz tego dnia i poczuła się jeszcze bardziej przybita. Ale chwilę później przygnębienie ustąpiło miejsca złości. A ono z kolei zdecydowaniu.
Idealnie się złożyło, że na placu przed domek studenckim dostrzegła JEGO. Wraz z przyspieszonym krokiem przyspieszyło jej serce. Niezmiennie ten chłopak powodował u niej całą chmarę uczuć, od irytacji i nienawiści począwszy, a skończywszy na fascynacji. O tym ostatnim wolała Lucynie nie wspominać.
Samotny Emil to niezwykle rzadki widok. Zwykle towarzyszył mu jego kumpel, taki wielki. Poza tym w szkole bezustannie otoczony był wianuszkiem dziewcząt.
Teraz stał samotnie, oparty plecami o wschodnią ścianę budynku i wpatrzony gdzieś w kierunku zachodzącego słońca, palił papierosa. Stukot damskich obcasów skierował jego wzrok w stronę dziewczyny, która zbliżała się do niego. Rozpoznał ją od razu. Te kasztanowe włosy, opadające kaskadami na jej kształtne ramiona, ten chód jak u rasowej modelki, mogły należeć tylko do obiektu jego nocnych fantazji.
Zaciągnął się po raz ostatni, dogasił papierosa podeszwą buta i wyszedł jej na spotkanie.
– Cześć – przywitał się.
– Cześć – odparła, próbując zapanować nad oddechem. Dlaczego ten chłopak tak na nią działał? Dlaczego nie potrafiła przejść przy nim do porządku dziennego i skupić się na zadaniu? Dlaczego nie słuchała zdrowego rozsądku, który kategorycznie odradzał jej angażować się?
– Co u ciebie? – zagaił. – Podoba ci się w szkole?
– Tak. To jedna z najlepszych uczelni i mamy szczęście, że możemy tutaj studiować.
Doprawdy? Nie mogła zapominać ile trudu kosztowało ją dostanie się tutaj. Lenie przyszło to z łatwością, ale ona sama nigdy nie miała dobrych ocen ani wybitnych osiągnięć.
– Masz jeszcze jednego? – Wskazała głową na wciąż tlący się niedopałek na chodniku.
– Jasne – odparł szybko i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki paczkę mentolowych Malboro. Wyciągnął papierosy w jej stronę, a Klaudia sięgnęła po jednego i przez chwilę obracała go w swoich smukłych palcach. Emil zapalił metalową zapalniczkę i stanął tuż obok.
Był tak blisko, że mogła policzyć piegi na jego nosie i utonąć w oceanie jego niebieskich tęczówek. Jak ktoś tak piękny, mógł być takim potworem? A może tylko wychował się na piersi potwora?
Kaliszewski z nonszalancją podpalił Klaudii papierosa, ani na moment nie tracąc z nią kontaktu wzrokowego. Trwało to dłużej niż powinno i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że zapanował między nimi stan dziwnego napięcia. Podczas gdy z minuty na minutę atmosfera gęstniała tak, że można było ją nożem kroić, Emil schował zapalniczkę i przyglądał się, jakby z uznaniem, jak Klaudia się zaciąga, a następnie wydmuchuje dym.
– Chcesz? – Wskazała głową na papierosa, ale odmówił. Wolał by jej usta miały kontakt z jego, w inny sposób. A tak naprawdę to chciał, żeby jej usta dotknęły każdego centymetra jego ciała.
Poczuł silne podniecenie na tę myśl i udał, że wiąże but, byleby tylko nie spostrzegła, jak jest poruszony.
Klaudia nie mogła ciągnąć tej chwili w nieskończoność, jak i w nieskończoność nie mogła spalać jednego papierosa. Układała w głowie pytanie, by zabrzmiało jak najlepiej i jednocześnie nie było nachalne ani desperackie. Zaciągnęła się po raz ostatni i wyrzuciła niedopałek na trawnik.
– Co robisz w piątek? – zagaiła.
Wydawał się co najmniej zaskoczony.
– Czemy pytasz? – Odchylił głowę do tyłu, czekając na odpowiedź, która go intrygowała.
– Pomyślałam sobie, że moglibyśmy gdzieś razem wyskoczyć. Jeśli… jeśli oczywiście nie masz nic przeciwko.
– Jasne, że nie mam – odparł bez zastanowienia. – Ciekawi mnie tylko ta nagła zmiana zachowania. – Dumny Emil wciąż pamiętał jej poprzednie odrzucenie.
– Myślę, że będzie miło – powiedziała, śledząc uważnie jego reakcję. – Ty jesteś tutaj nowy, podobnie jak ja. Sądzę, że mamy ze sobą więcej wspólnego niż myślimy.
– Doprawdy? – Emil uniósł brwi, ale już się uśmiechał.
Klatka piersiowa Klaudii w wolna zaczęła się podnosić, a ona sama odczuła ulgę. Łatwo poszło, ale następnym razem wcale ta nie musi być. Na Boga, Lucyna powierzyła jej zadanie, ale nie powiedziała jak postępować z chłopakami! Tym bardziej z takimi trudnymi do zgryzienia orzechami jak Emil. Choć Klaudia miała chłopaków na pęczki i owijała sobie wszystkich wokół palca, to zawsze byli to chłopcy od niej słabsi i łatwi do podporządkowania. Emil natomiast stał z nią na równi, jeśli nie wyżej.
– Co proponujesz?
Gdyby nie słowa Lucyny, które niemalże wbiła sobie do głowy, mogłaby zatracić się w tym pięknym spojrzeniu.
– Może kino? Lubisz filmy?
– Niech będzie. – Pokiwał swoją blondwłosą głową. – Zawsze można usiąść na końcu i obściskiwać się w ciemnościach. – Zaśmiał się tak, jakby był co najmniej królem dowcipu.
I Klaudia musiała się uśmiechnąć, bo w końcu uczyniła jakiś progres.

Rozdział 8 „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”

4 października, czwartek

Emil wyłączył budzik w swoim telefonie i przeciągnął się leniwie, szerokie ziewnięcie maskując poduszką. Choć współlokatorzy jeszcze spali, on postanowił wstać tego dnia wcześniej. Od kilku dni marzył o porannej przebieżce wokół kampusu, ostatnio nieco zaniedbał dbanie o kondycję, a przecież przedtem biegał regularnie. Wciągnął na nogi spodnie i włożył swoją ulubioną bluzę z emblematem uczelni.
Kiedy wiązał adidasy, współlokatorzy nadal spali. Wziął ze sobą telefon wraz ze słuchawkami i po cichu wyszedł z pokoju.
Korytarze akademika skąpane były w całkowitej ciszy, Emil poczuł się prawie jakby zabierał świętość temu miejscu, krocząc teraz po wypolerowanej podłodze. Zbiegł ostrożnie po schodach i otworzył zasuwę głównych drzwi.
W twarz uderzył go chłód poranka i nie było to przyjemne uczucie, bo tego dnia pojawił się pierwszy przymrozek. Emil podmuchał w swoje dłonie, chwilę je masował, a następnie włożył w uszy słuchawki i wybrał w telefonie losowe odtwarzanie muzyki. Przy akompaniamencie Within Temptation rozpoczął swój bieg, zmierzając w kierunku boiska.
Zastanawiał się kiedy rodzice zadzwonią do niego, czego nie zrobili od dnia jego przyjazdu tutaj. Napisał im tylko smsa, że dojechał, a jedyną odpowiedzią jaką do tej pory uzyskał, było banalne „w porządku” wysłane z telefonu matki.
Emil wściekał się na samą myśl, że rodzice mieli lepszy kontakt ze starszym o pięć minut Erikiem. Kiedy Emil wreszcie stanie się Erikiem, wszystko się zmieni. Rodzice znów zaczną go kochać i interesować się tym, co ma do powiedzenia. Musi się tylko uzbroić w cierpliwość.
Chłopak zacisnął zęby i zmusił się do jeszcze jednego okrążenia wokół boiska. Kiedy skierował się w stronę lasku na obrzeżach terenu uniwersytetu, zmieniły się muzyka i myśli Emila. Pomyślał teraz o Klaudii, puszczając się biegiem po mokrej trawie. Miał lekką zadyszkę, ale czuł, że musi biec dalej i dalej. W jakiś sposób to dodawało mu sił.
Klaudia, słodka i piękna długonoga dziewuszka, która zawróciła mu w głowie. Z początku chciał ją tylko przelecieć, ale w tej idealnej dziewczynie coś go urzekło i zaintrygowało. I nic nie mógł poradzić na to, że miał ochotę poznać ją lepiej. Co nie znaczy, że minęła mu chęć by się z nią pieprzyć o każdej porze dnia i nocy.
Znalazł się wreszcie w lesie, który przypomniał mu o puszczalskiej Jagodzie. Uśmiechnął się, a potem oblizał wargi na wspomnienie tego, jak łatwo mu poszło. Ale ta sprawa miała też drugie dno. Chociaż Jagoda była szalenie atrakcyjną dziewczyną, nie pociągała go w ten fizyczny sposób. Pamiętał, że z trudem doszedł. Podczas, gdy ona szczytując wiła się i wbijała mu paznokcie w plecy, on musiał wyobrazić sobie Klaudię, by mieć orgazm. Wciąż go to trapiło, bo nigdy nie miał podobnych problemów, tym bardziej, że sypiał z dziewczynami mniej atrakcyjniejszymi niż Jagoda.
Wrócił pod akademik zmęczony, ale ożywiony. Od małego lubił biegać, zresztą zawsze był dobry w każdym sporcie. W szkole podstawowej trafił do klasy o profilu sportowym, by już w wieku jedenastu lat trafić do szkolnej reprezentacji w siatkówce. W szkole średniej wciąż grał, a wspierany w tej kwestii przez rodziców marzył o miejscu w reprezentacji Polski. Niestety świetnie zapowiadającą się karierę przerwała kontuzja. Od tamtej pory Emil nie dotykał piłki, a rodzice przelali wszystkie swoje ambicje na Erika.
Zwolnił kroku, gdy znalazł się na żwirowej ścieżce prowadzącej wprost pod drzwi akademika. Wyciągnął z uszu słuchawki, zwinął je i schował wraz z telefonem do kieszeni bluzy. Rękawem otarł pot z czoła i próbował wyrównać oddech.
I wtedy ją zobaczył. Byli tu sami. Tylko on i ona, podczas gdy wszyscy wciąż tkwili w objęciach Morfeusza.
Była przeciętnej urody, ale asymetryczna twarz i klasyczne rysy dodawały jej powabu. Prosty, mały nosek i duże, pełne usta. Poczuł jak serce mu przyspiesza, jakby odkrył właśnie skarb, który poszukiwał od dłuższego czasu. Nagle zaschło mu w gardle, ale to wcale nie po przebieżce.
Dziewczyna nie zauważyła go, pogrążona w lekturze książki siedziała pod dębem, otulona kocem, nie zdawała sobie sprawy, że jest obserwowana. Emil wbiegł do akademika i tym razem kompletnie ignorując ciszę nocną, dotarł, jakby pijany, do swojego pokoju.
Współlokatorzy nadal spali. Stąpał pośród ich oddechów i wreszcie stanął przed swoją komodą. Uklęknął na podłodze, przeczesując dłonią swoje mokre włosy. Wysunął ostatnią szufladę i zaczął przerzucać książki i czasopisma, które tam trzymał. Wreszcie w jego ręce wpadło to, czego szukał. Dziennik Erika. Jedyny, który Emil zabrał ze sobą, z racji, że był ostatnim. Chłopak przekartkował pospiesznie oprawiony w brązową skórę zeszyt. Pełen był zdań, które wryły mu się w pamięć, doskonale wiedział, gdzie ma szukać tego, co potrzebował. Znał ten pamiętnik tak dobrze, jakby sam go napisał.
W końcu dotarł do odpowiedniej strony i równie szybko znalazł fragment, o jaki mu chodziło. Dokładnie rok temu, 4 października Erik napisał swoim wyrafinowanym, drobnym pismem:
„Wpadła mi dziś w oko pewna dziewczyna. Nie jest specjalna, a jednak coś w niej intryguje. Szara myszka, a z doświadczenia wiem, że takie są najlepsze w łóżku. Zamierzam się jej bliżej przyjrzeć.”
Kilka stron dalej i kilka dni później:
„Chyba głupieję. Nikt nie może się dowiedzieć. Podoba mi się pewna dziewczyna. Właściwie nie powinna mi się podobać, bo jest koszmarnie przeciętna, a jednak coś mnie urzeka w tej szarej myszce i mam ochotę zaciągnąć ją do najbliższego łóżka.”
Kolejnych kilka stron dalej:
„Dziewica orleańska pokazuje pazurki, robi się charakterna. Moja reputacja legnie w gruzach jeśli dowiedzą się, że mnie kręci. Udaję, że chcę ją tylko przelecieć, stąd ten zakład z Maćkiem”.
I jeszcze kilka zdań na następnej, jednocześnie ostatnie stronie pamiętnika:
„Śni mi się po nocach, wariuję. Wypiękniała, to na pewno. Staje mi na jej widok, co się wcześniej nie zdarzało. Sądzę, że jak ją przelecę, wszystko minie. Mam nadzieję. W przeciwnym razie spalę się ze wstydu. Albo spalę to miejsce. Wieczorem jest ta impreza. Zabieram L. na nią. Liczę, że da mi w końcu to, co chcę, czyli swoją dziewiczą cipkę. Oby się udało. Cholernie chcę wygrać ten zakład, inaczej być nie może.”
Emil skończył czytać, ale wciąż nie wstawał z podłogi. Oddychał szybko, jego serce także przyspieszyło. Wciąż go zastanawiało czemu Erik nie użył prawdziwego imienia. Jeśli miał obawy, że pamiętnik trafi w niepowołane ręce, po co właściwie go pisał? Kim była tajemnicza L. i czym było same L? Pierwsza litera imienia? Liliana? Laura? Lena? Ludmiła? Lucyna? Luiza? Możliwości jest wiele, ale znowu nie tak dużo. Biorąc pod uwagę, że to o imię chodzi.
Kaliszewski jeszcze przez chwilę przyglądał się ostatniej kartce dziennika, skrupulatnie wypełnionej zapiskami brata, a potem przyjrzał się jeszcze dobrze znanemu mu rysunkowi. Widać było, że zagadkowa L. fascynowała Erika, można to było wyczytać z jej podobizny, starannie nakreślonej, z dbałością o szczegóły.
To, że brat przerwał pisanie w takim momencie, nie pomagało Emilowi. Dlaczego przez dwa tygodnie, aż do tragicznej śmierci Erika, nie pojawiło się dosłownie nic? Żadne cholerne słowo wyjaśnienia. Pozostały puste kartki.
Emil zatrzasnął dziennik i schował go na miejsce. Zasunął szufladę i zbliżył się do okna. Dziewczyna wciąż tam była. Nie mogła być L, to niemożliwe. Ale może była jej siostrą lub ją znała? Warto spróbować. Wszędzie, gdzie dopatrzy się szansy, będzie próbował.
Po raz drugi tego poranka wyszedł z pokoju. Siedziała dokładnie tak, jak widział ją poprzednio. Zupełnie jakby była rzeźbą. I tylko poruszające się za kolejnymi wersami gałki oczne kazały mu sądzić, że jest żywą istotą. Nie było w niej niż nadzwyczajnego. A jednak było, choć Emil nie umiał tego nazwać. Normalnie nie zwrócił by na nią uwagi, gdyby nie przekaz z dzienników brata.
– Cześć. Nie za zimno na piknik? – rzucił, zgrywając luzaka, którym przecież był.
Dziewczyna podniosła oczy znad książki i spojrzała na niego. Musiała wiedzieć kim jest, z pewnością. Jej bladą twarz oblał krwisty rumieniec, ale nie mogła oderwać od niego wzroku. Chciała wstać, ale w tej samej chwili Emil przycupnął obok niej.
– Też lubię wstawać wcześnie. Czuję się wtedy panem świata, jeśli wiesz o co mi chodzi. – Posłał w jej stronę zniewalający uśmiech. Gdyby stała, na pewno zwaliłby ją z nóg.
– Chyba wiem – bąknęła cieniutkim głosikiem, kompletnie nienależącym do niej. Poczuła się nieco osaczona i skrępowana, gdy był tak blisko. Nieznośny rumieniec palił ją żywym ogniem.
– Taaa… Jestem Emil. – Chłopak wyciągnął w jej stronę dłoń. Przez chwilę patrzyła na nią podejrzliwie, jakby zastanawiając się, co powinna zrobić. Po chwili jej drobna dłoń utonęła w jego – dużej i zdecydowanej.
– Sabina – odparła, starając się, by jej głos wypadł naturalnie.
– Chyba mamy razem zajęcia, tak? – zapytał jakby od niechcenia, by nie dostrzegła, że zależy mu na tej rozmowie.
– Chyba tak. Zdaje mi się, że cię widziałam.
Co za wierutne kłamstwo! Sabina wiedziała o ich wspólnych zajęciach na długo przed tym, jak pojawili się na sali wykładowej.
– Co czytasz?
– Braci Karamazow.
– Nie za ciężka ta książka?
– Co znaczy za ciężka?
– To znaczy taka, że nie masz siły unieść torby.
Sabina zaśmiała się, nie pamiętając kiedy ostatnio to robiła.

***

- Jestem idiotką. – Monika popatrzyła w swoje odbicie w lustrze i się skrzywiła. Wyglądała okropnie. Podkrążone oczy, ziemista cera, splątane włosy. Całą noc na przemian płakała, albo obwiniała się za swoją głupotę. Maciek był cudowny, ich wspólny wieczór miał być idealny, a ona w minutę zepsuła go swoją bezmyślnością.
Z ociąganiem weszła pod prysznic. Ciepła kąpiel miała przynieść ulgę, ale sprawiła rzecz odwrotną – poczucie winy Moniki stało się niemal namacalne.
Wyszła spod natrysku, owinęła się ręcznikiem i wróciła do pokoju. Natalia zeszła na śniadanie, co Monika przyjęła z nieoczekiwaną ulgą. Nie miała teraz ochoty z nikim rozmawiać. Z wyjątkiem Maćka.
Usiadła na łóżku, pozwalając by krople wody spływające z jej włosów, moczyły pościel. Wzięła do ręki swój telefon i z przykrością zauważyła, że nie odpowiedział na żaden z jej siedmiu smsów. Co więcej, nie odebrał żadnego z jej dwudziestu jeden telefonów.
Ale głupia! W tej chwili mogła być szczęśliwą narzeczoną Maćka Piotrkowskiego i posiadaczką pięknego pierścionka, ale spartaczyła to swoją niebywałą głupotą. Panie i panowie, powitajcie proszę Monikę Piaskowską, królową idiotek!
Czy Maciek długo się będzie dąsać? Nigdy nie widziała go takiego, ale podobno facet i urażona duma tworzą mieszankę wybuchową.
Monika pospiesznie zarzuciła na siebie ubrania i rozczesała włosy. Nie dbała o makijaż. Spakowała notatnik do torby i niczym burza wybiegła z pokoju. Dotarła do stołówki, ale wcale nie z zamiarem jedzenia. Wśród tłumu wzrokiem odszukała Maćka i szybkim krokiem podeszła do stolika, przy którym siedział wraz z Karolem.
– Czy możesz mi łaskawie powiedzieć dlaczego nie odbierasz moich telefonów?
Maciek zachłysnął się swoją owsianką i wytrzeszczył oczy, spoglądając zaskoczony na swoją dziewczynę. Karol nie wiedział nagle, co ma ze sobą zrobić.
– Zaraz, zaraz, – Maciek wstał – o ile dobrze pamiętam, to ja miałem być na ciebie zły, nie na odwrót.
– Okej. Ale to wcale nie oznacza, że masz zachowywać się jak małe dziecko.
– Ja się zachowuję jak małe dziecko? – Maciek prychnął i uniósł brwi, co było odpowiedzią na jej wojowniczą postawę. Rozejrzał się po sali i nagle zrobiło się niezręcznie; wszystkie oczy wlepione były w nich. Czyżby kłopoty w raju? Zastanawiali się zebrani.
Maciek złapał Monikę za łokieć i wyprowadził z jadłodajni. Widownia nie była mu w tym momencie potrzebna. Znaleźli się w wąskim, chłodnym korytarzu.
– Kochanie, przepraszam cię. – Monika położyła dłoń na jego ramieniu, próbując odszukać wzrok chłopaka. – Błagam, nie bądź na mnie zły, nie zniosłabym tego.
– Nie jestem na ciebie zły. Po prostu jest mi przykro, że tak mnie oceniasz. Czy ty naprawdę sądzisz, że nieprzerwanie obmyślam strategię pozbawienia cię cnoty?
– Nie! – Speszyła się. – Sama nie wiem dlaczego się tak zachowałam. Źle zinterpretowałam sygnały… Nie miałam pojęcia… co planujesz.
– To teraz nieważne. – Machnął ręką. – Wiesz ile na to czekałem? A ty w mig wszystko obróciłaś w niwecz.
– Proszę cię, Maciek. – Złapała jego dłoń. – Myślę… sądzę, że jeśli będziesz miał ochotę spytać mnie o to…, o co chciałeś mnie spytać… No, chyba znasz moją odpowiedź.
Przez chwilę patrzył na nią zamyślony. Było jej przykro, owszem, ale czy naprawdę było się o co boczyć? Przecież znają się nie od dziś i nad taką drobnostką powinni przejść do porządku dziennego.
– Później pogadamy. Zaraz zaczną się zajęcia. – Maciek puścił jej dłoń, a następnie wyminął i wrócił do stołówki, by dokończyć śniadanie. Samotna łza spłynęła po jej policzku.

***

- Idę do pokoju – poinformował Karol i wstał od stołu, zbierając brudne naczynia i resztki jedzenia na tacę. Maciek pokiwał głową z posępną miną. Karol westchnął, ale nie miał teraz ochoty tłumaczyć przyjacielowi, że źle postępuje. Kumpel sam powinien do tego dojść.
Leśniewski zostawił tacę w kuchni i wrócił do pokoju. Do rozpoczęcia zajęć pozostawało pół godziny, więc liczył, że uda mu się wziąć szybki prysznic. Zabrał ze sobą kosmetyczkę, ręcznik i czystą bieliznę i wyszedł z pokoju, kierując się do łazienki na końcu korytarza. Każdy, bez wyjątku, kogo mijał witał się z nim i uśmiechał do niego, z każdym wymienił choć kilka zdań. Strasznie przyjemne było to dla Karola, bo takiej życzliwości doświadczał od niedawna. Jeszcze na początku ubiegłego roku był tylko kolegą Erika, którego imienia nikt nie pamiętał. A kiedy uzmysłowił sobie, że ktoś dowie się o jego homoseksualizmie, czuł, że będzie skończony i nawet Erik się od niego odwróci. Może gdyby Erik wciąż tu był, gdyby żył, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej i Karol stałby się wyrzutkiem.
Jakiś czas temu zdał sobie sprawę, że Erik nie był jego przyjacielem. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. To Maciek i Monika byli przy nim, gdy wyszedł z szafy i to oni okazali mu wsparcie i zrozumienie. Nie mógł również zapomnieć, że to w głównej mierze ich zasługa, że był kimś w tej szkole.
Leśniewski wszedł do łazienki i położył swoje rzeczy na szafce przy umywalce. Dwa z trzech natrysków były wolne, w ostatnim po prawej stronie ktoś się kąpał. Przetarł wierzchem dłoni zaparowane lustro i spojrzał na swoje blade odbicie. Zawsze wyglądał na takiego poważnego i smutnego, chociaż aż kipiał dobrą energią, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Kiedy zaczął szczotkować zęby, jego towarzysz skończył kąpiel i wyszedł spod prysznica. I choć chłopak ukazał się przed Karolem tak, jak Pan Bóg go stworzył, to nie to poruszyło Leśniewskiego. Włosy zjeżyły mu się na głowie, kiedy zdał sobie sprawę, że to ten homofob, który zaatakował go na korytarzu.
– Kogo my tu mamy? – Osiłek wyszczerzył w stronę Karola zęby i sięgnął po ręcznik, którym owinął się w pasie. Był znacznie wyższy od Leśniewskiego i zbudowany niczym mityczny Herkules.
Karol przerwał mycie zębów i wypłukał usta. Nie wiedział na co się przygotować, ale starał się zachować spokój.
– Słuchaj, nie wiem co ci chodzi po głowie….
– Nie wiesz, cioto? A ja myślę, że doskonale wiesz!
Karol poczuł ból w klatce piersiowej, w miejscu gdzie chłopak przyłożył swój palec wskazujący.
– Odczep się. – Karol syknął i strącił rękę.
– Oczep się, odczep się. Na nic więcej cię nie stać?
W tym momencie Leśniewski poczuł uderzenie na swoim policzku. Czuł, jak piecze go skóra. Nigdy nie stosował przemocy, ba, nigdy się nawet nie bił. Pierwszy raz poczuł się osaczony, a nawet w niebezpieczeństwie. Wiedział jednak, że w żaden sposób nie może dać się sprowokować, bo to tylko pogorszyłoby sytuację. W myślach zaczął się modlić o to, by ktoś zjawił się w łazience. Osiłek popchnął Karola do tyłu, tak że Leśniewski uderzył plecami o kant umywalki. Na podłogę posypały się jego rzeczy. Oprawca nadepnął na tubkę pasty, która rozbryzgała się po podłodze.
– Pedał jebany! Lepiej żebyś zdechł. – Chłopak splunął na podłogę, a potem zabrał swoje rzeczy i opuścił łazienkę. Karol skulił się na podłodze i przycisnął dłonie do klatki piersiowej. Miał wrażenie jakby ktoś wyrwał mu serce.

***

- I pamiętajcie o referacie na poniedziałek – dodał Piotr Żywicki i zapowiedział koniec wykładu. Na sali podniósł się szmer, gdy studenci zaczęli się podnosić z miejsc i w pośpiechu pakować swoje rzeczy.
– A co ty się tak ociągasz? – Jagoda zwróciła kuzynce uwagę. Anka wciąż nie ruszyła się z miejsca i z wolna zamykała notatnik.
– Idź beze mnie. Chcę się zapisać na dodatkowe zajęcia.
– Na serio? – Blondynka wytrzeszczyła oczy jakby właśnie zobaczyła kosmitę.
– Tak. To cię tak dziwi? Chcę zyskać dodatkowe punkty.
– Ja też. Ale historia literatury to nudziarstwo.
– Mówisz tak, bo ty z nauką nie masz problemów.
– Jak chcesz. – Jagoda wzruszyła ramionami i wraz z innymi wyszła z sali.
Anka skończyła pakowanie, zarzuciła na ramię swoją torebkę od Chanel i weszła na podest. Doktor Żywicki siedział przy swoim biurku i wertował jakieś papiery, szykując się do kolejnych zajęć. Nagle na auli został tylko on i czarnowłosa studentka.
Ania odkaszlnęła i Żywicki podniósł głowę. Na jego twarzy pojawiło się zdziwienie.
– Słucham?
– Na pierwszym wykładzie mówił pan o tych zajęciach dodatkowych. Chciałabym się zapisać.
– Będzie mi bardzo miło. – Nauczyciel posłał w jej stronę zniewalający uśmiech. Anka przygryzła wargę, wyobrażając sobie Żywickiego bez ubrania. W dole brzucha poczuła znajomy ucisk.
– Jest pani pierwsza z tej grupy, już myślałem, że zapomniałem o tym poinformować.
– Nie, nie zapomniał pan. Bardzo bym chciała pomóc i oczywiście – uśmiechnęła się nieśmiało – zdobyć kilka ekstra punktów.
– W takim razie serdecznie witam. – Żywicki wstał zza biurka i podszedł do Sobczak, by podać jej listę członków. Był tak blisko, że czuła w nozdrzach jego perfumy. Z ogromnym trudem powstrzymywała się by nie zedrzeć z niego ubrania.
Dziewczyna wpisała się na listę i podała ją doktorowi.
– W poniedziałek mamy pierwsze zajęcia. W tej sali, godzina osiemnasta – poinformował ją i dość niespodziewanie uścisnął jej dłoń. Zrobił to w odruchu wdzięczności, ale w umyśle Anki narodziła się iskierka nadziei. Palącej nadziei.

Rozdział 9 „Wpatruj się w niebo i śpiewaj z radości”

5 października, piątek

Budzik w telefonie zadzwonił punktualnie o siódmej rano, ale nie wybudził Moniki ze snu. Prawdę mówiąc dziewczyna pół nocy nie zmrużyła oka, a wstawanie z łóżka, które codziennie ochoczo przyjmowała, dzisiejszego poranka stało się przykrym obowiązkiem. Leniwie wyłączyła alarmujący telefon i podniosła się z łóżka, przecierając oczy. Natalia, która wstała kilka minut wcześniej, właśnie szykowała się do wyjścia pod prysznic.
– Dzień dobry – przywitała Piaskowską swoim matowym, pozbawionym emocji głosem. Monika posłała w jej stronę nieśmiały uśmiech i przez chwilę patrzyła jak współlokatorka wychodzi z pokoju.
Podeszła do okna by z niemałym rozgoryczeniem zauważyć, że pada deszcz. Niebo przybrało odcień ponurej szarości, a wiatr smagał flagę z godłem szkoły zawieszoną na wieży zegarowej. Pogoda ta była lustrzanym odbiciem nastroju Moniki – podłego, przygnębiającego. Sama Monika czuła się jakby miała za chwilę popaść w jesienną depresję.
Patrzyła jak krople deszczu z impetem uderzają o szybę, a potem powoli spływają cienkimi strużkami i dumała, rozmyślając o Maćku. Kochała tego chłopaka ponad życie, a zawiodła na całej linii. Zawiodła ich związek, a co najgorsze rozczarowała Maćka, czuła to. Wyszło na to, że nie ma do niego zaufania i oto właściwie się posprzeczali. A Maciek po prostu przygotował wieczór – niespodziankę, podczas którego zamierzał się oświadczyć.
– Idiotka – powtarzała sobie w myślach, ale to w żaden sposób nie pomagało. Przeciwnie – eskalowało tylko jej ogromne poczucie winy.
Z drugiej strony jednak, jakby na to nie patrzeć, Maciek też nie zachował się zbyt dorośle. Tak się obrażać? I w dodatku robić taką aferę! Dlaczego zwykłe przepraszam nie mogło wystarczyć?
Jej zadumę przerwał powrót Natalii – czystej i pachnącej, ale wciąż jakby nieobecnej.
– Wciąż się zadręczasz? – spytała Zabłocka, rozczesując mokre włosy. Monika skinęła głową, nie chcąc poruszać tego tematu. Nawet mówienie o tym bolało.
Musi porozmawiać z Maćkiem. Koniecznie! A Maciek musi wysłuchać tego, co ma do powiedzenia.
I wtedy pewna myśl, genialne objawienie, zawitało do głowy Moniki. Uśmiechnęła się pod nosem, zadowolona z tego pomysłu i zaczęła pospiesznie wkładać na siebie ubrania. Natalia przyglądała jej się z lekką konsternacją, lecz nic nie powiedziała. Monika ostatni raz spojrzała na zegarek i wybiegła z pokoju. Dwa piętra wyżej i korytarz dalej stanęła wreszcie przed pokojem 27C. Wzięła kilka głębokich oddechów, nim wreszcie zapukała.
Drzwi otworzył Karol. Miał na sobie koszulkę z kolorowym nadrukiem i dół od piżamy. Choć wyglądało jakby dopiero co wstał z łóżka, z twarzy nie schodził mu uśmiech. Monika zawsze podziwiała tę cechę u Karola – choćby nie wiadomo co, chłopak nigdy nie dawał się złamać.
– Jest Maciek? – zapytała półszeptem, nie chcąc zbudzić innych studentów.
– Kilka minut temu zszedł na śniadanie. Coś się stało? Wyglądasz jak…
Nie pozwoliła mu skończyć. Chwyciła jego dłoń, zbliżoną wielkością do swojej.
– Chodź, nie możesz tego przegapić – powiedziała, a potem pociągnęła chłopaka w stronę korytarza, by następnie sprowadzić na dół.
W jasno oświetlonej stołówce jak zwykle o tej porze, było tłoczno. Monikę to nie spłoszyło, już dawno przestała przejmować się tym, co myślą o niej inni. Z Karolem za rękę przeszukała wzrokiem jadalnię. Po chwili ruszyła w stronę Maćka, ciągnąc za sobą jego najlepszego przyjaciela. Kiedy tak Piaskowska i Leśniewski przepychali się pomiędzy rządami stołów torując sobie drogę, spojrzeniom i szeptom nie było końca.
– Maciek – powiedziała. Zarówno brunet jak i członkowie bractwa, którzy siedzieli z nim przy jednym stole, podnieśli głowy do góry. Chłopak spojrzał na Monikę swoimi niebieskimi oczami.
Nagle stołówkowy gwar przycichł, a w całym pomieszczeniu zrobiło się cicho. Wszystkie spojrzenia utkwione były teraz w tej parze. Maciek próbował podnieść się z krzesła, ale powstrzymała go, kładąc mu dłoń na ramieniu. Z początku Karol nie wiedział co ma ze sobą zrobić, ale ostatecznie i on usiadł.
– Maciek, – powtórzyła – proszę cię, nie przerywaj mi. – Pokazała przed nim otwartą dłoń. – Ja wiem, że nawaliłam. To miał być twój wieczór. Nasz wieczór. Ale wiesz, jaka jestem. Szczera do bólu. – Uśmiechnęła się, ukazując rząd idealnie białych zębów. – Proszę cię, pogódźmy się. Dłużej nie zniosę chwili, w której nie będziesz się do mnie odzywał.
Poczuła ulgę, że to z siebie wyrzuciła, ani trochę zmieszania.
Maciek rozejrzał się niepewnie po zgromadzonych, jakby wśród nich szukał porady. W końcu nie przywykł do takich scen, to zawsze on przepraszał.
– W porządku – odpowiedział po chwili i posłał w jej stronę szczery uśmiech. – Lepszych przeprosin dostać nie mogłem. Szkoda tylko, że nie uklękłaś. – Puścił jej oczko, a tłum wybuchł śmiechem. Już miał wstać, by ją przytulić, ale skutecznie odwiodła go od tego pomysłu.
– Właściwie…, że też sama na to nie wpadłam! – Puknęła się w czoło otwartą dłonią.
Maciek, a także członkowie bractwa z niemałym zdziwieniem przyglądali się scenie, w której Monika przed nim klęka. Dopiero teraz Piotrowski poczuł się nieswój. Co ona wyprawiała?
Chwyciła jego dłonie i spojrzała mu w oczy. Poczuł jak jego serce się roztapia. Kochał tę dziewczynę ponad wszystko i niepotrzebnie się boczył. Nie zniósłby stanu, w którym nie potrafiliby ze sobą rozmawiać.
– Kocham cię Macieju…
– I ja cię kocham…
– Cii. Nie przerywaj mi. Nienawidzę jak się kłócimy. Przepraszam raz jeszcze. Byłeś wtedy wspaniały. Kiedy do mnie dotarło, co zamierzałeś zrobić, byłam najszczęśliwszą dziewczyną na świecie i… miałam złamane serce. Nie chcę cię do niczego zmuszać, ale skoro chciałeś to zrobić, to znaczy, że zamierzałeś… – Przewróciła oczami, gubiąc sens wypowiadanych zdań. Musiała wyglądać co najmniej niespełna rozumu. – Maciek… Ożenisz się ze mną?
Poczuła nagle, jak wielki głaz opada z jej serca. W tej chwili na sali podniósł się szum, jakby każdy w gorączkowym napięciu wyczekiwał odpowiedzi.
Jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak zażenowana. Ale i tak szczęśliwa. Maciek uśmiechał się do niej, szczerze wzruszony. W kącikach oczu błyszczały mu łzy.
Chłopak podciągnął Monikę do góry i usadowił sobie na kolanach. Splótł swoje palce z jej i ukrył twarz w jej włosach, szepcząc:
– Tak.
Spojrzała na niego oczami pełnymi łez i rzuciła mu się na szyję, obdarzając pocałunkami. W tej samej chwili Karol uniósł do góry oba kciuki, a tłum naraz zaczął klaskać i wiwatować. Podniósł się hałas, ale Monika miała wrażenie, że poza nią i Maćkiem nie ma nikogo na świecie. Przytuliła się jeszcze mocniej do chłopaka i więcej nie chciała puścić.

***

- Popatrz na tą. – Jagoda wskazała kuzynce jedną z dziewczyn w szatni. – Nie mam pojęcia gdzie takie produkują.
– A ja wiem. W chińskiej fabryce – odpowiedziała Anka, ściągając przez głowę swoją koszulę od Chanel.
– Nie rozumiem jak można się zaniedbać w tak młodym wieku – skwitowała blondynka i wciągnęła na siebie swoje sportowe szorty.
Kuzynki z radością przyjęły pierwszą lekcję wychowania fizycznego w tym semestrze, był to bowiem idealny moment do prezentowania ich perfekcyjnych, opalonych ciał. Dziewczyny nieodzownie otaczał tłumek dziewczyn jak one, ślicznych, wesołych i krnąbrnych.
– Jak ci idzie z Emilem Kaliszewskim? – Jedna z nich spytała Jagodę. Sobczak wciągnęła na siebie bawełniany t-shirt w kolorze pudrowego różu i uśmiechnęła się szeroko do zebranych w szatni dziewcząt.
– Nie ma się czym zachwycać. – Przewróciła oczami.
– Jak to? – Ktoś spytał.
– Tak to. Chcesz to spróbuj, ale wierz mi, błagać o więcej nie będziesz.
– Czy ty nie właśnie tak się zachowujesz? – podsunęła Anka, prowokując kuzynkę.
Jagoda zgromiła ją wzrokiem i poczerwieniała na twarzy. Sytuację uratowała trenerka, która właśnie zjawiła się w szatni.
– Raz, dwa dziewczęta! – Zaklaskała.
Studentki drugiego roku zaczęły podnosić się z ławek i zamykać metalowe szafki, a potem kierować do wyjścia.
– Kolczyki. – Jagoda wskazała na uszy brunetki. Anka wyjęła z uszu swoje kolczyki od Bulgari i cofnęła się do szafki, by je schować.
W końcu szatnia opustoszała. Ale właśnie wtedy pojawił się ktoś, kto tego dnia nie miał lekcji w-uefu.

***

- Rozgromiłyśmy was! – Jagoda śmiała się w głos, gdy półtorej godziny później dziewczyny wracały do szatni.
– Nie przesadzaj. – Anka obruszyła się z posępną miną.
Prawda jest taka, że drużyna Jagody była o niebo lepsza. Anka zawsze miała za złe kuzynce, że jest najlepsza we wszystkich sportach, gdy tymczasem ona nie potrafi nawet trafić do kosza.
Radość z Jagody aż kipiała, było to bowiem w pewnym rodzaju utarcie nosa kuzynce, za te jej dogryzki w szatni na temat Emila.
Kiedy wszystkie dziewczyny pojękiwały ze zmęczenia, spocone i zdyszane, Jagodę rozpierała energia, a uśmiech nie schodził jej z twarzy. Jak nigdy wcześniej pragnęła teraz seksu, ale najgorsze było to, nie miała chętnego. Alternatywą był tylko Emil, ale on miał ją gdzieś. Z braku laku mogłaby też wziąć Igora, ale to Anka zaklepała go pierwsza, a ich świętą zasadą było nietykanie tych samych chłopaków. Przynajmniej przez kilka dni.
Chłopcy z jej grupy nie byli na tyle interesujący, by z nimi kopulować. Nic więc Jagodzie nie pozostawało, jak wykorzystać godzinę przerwy na spotkanie z elektronicznym przyjacielem, skrzętnie ukrytym pod materacem.
Zdjęła z siebie podkoszulek i wytarła nim spoconą twarz i kark. Rozebrała się, owinęła ręcznikiem i wraz z Anką ruszyły pod prysznic.
Było gorąco jak w saunie i gwarno, a Jagoda miała wielką ochotę na seks. Ankę natomiast przerażała myśl, że utyła kilka kilo i wszyscy to zauważą.
Kiedy po kąpieli wróciły do szatni, było spokojniej. Połowa dziewczyn już sobie poszła, a te, które zostały, były zbyt zmęczone by rozmawiać.
Anka rozczesała swoje ciemne włosy i wcisnęła na siebie okropnie ciasne dżinsy, z trudem dopinając guzik. Jagoda usiadła na ławce, by nasmarować ciało balsamem
– Masz moje kolczyki? – Anka popatrzyła na blondynkę z konsternacją. Jagoda podniosła się z ławki i w ślad za kuzynką zaczęła wlepiać oczy w pustą przestrzeń metalowej szafki.
– Przecież tu były. Sama widziałam jak je wkładałaś.
– Ale ich tu nie ma! – Anka podniosła głos. – Zobacz u siebie.
Jagoda otworzyła swoją szafkę, ale oprócz jej ubrań, nic w niej nie było.
– To niemożliwe…. – brunetka jęknęła i przygryzła wargę. W jej oczach stanęły łzy.- To był prezent od babci…
– Cholernie drogi prezent – dodała blondynka.
– Nieważne…
– Właśnie, że ważne. Były cenne, więc mogły się komuś przydać.
– Myślisz, że ktoś je ukradł?
– To nie myślenie. Na pewno! Ubieraj się. Idziemy do rektora!

***

- No już, pokaż pierścionek – poprosiła Klaudia, nie mogąc oderwać spojrzenia od twarzy Moniki. Dziewczyna aż błyszczała szczęściem!
Piaskowska wyciągnęła przed siebie dłoń, a oczom dziewczyn ukazał się prześliczny złoty pierścionek z małym brylancikiem i kryształkami Swarovskiego wokół.
– Jest piękny – powiedziała wzruszona Sabina.
– Gdybyście widziały tę scenę! Nie, czekaj, wróć, – zaśmiała się Natalia – gdybyście widziały minę Maćka, gdy Monika przed nim klęczała!
– Czekaj, czekaj. – Klaudia wytrzeszczyła oczy. – Chcesz powiedzieć, że to ty mu się oświadczyłaś?
Monika poczerwieniała, gdy przypomniała sobie jak tutaj, w szkolnej stołówce, zaledwie kilka godzin temu, zrobiła coś tak szalonego.
– No… właściwie… tak – odparła, zaśmiewając się w głos i ukrywając twarz w dłoniach.
– No nieźle – podsumowała Klaudia.
– A kiedy dał ci pierścionek? – spytała Sabina tym swoim spokojnym, cichutkim głosikiem.
– To właśnie śmieszna sprawa. Widzicie, gdy Maciek przyjął moje oświadczyny, zabrał mnie na górę, do swojego pokoju. Tam uklęknął i oświadczył mi się, pokazując pierścionek.
– Szalenie romantyczne.
– I jakie niecodzienne.
Nie tylko Monika promieniała. Również Natalia poczuła jak rozpiera ją szczęście. Siedziała na stołówce w towarzystwie tych fajnych i uroczych dziewcząt i beztrosko z nimi gaworzyła, jakby przyjaźniły się od lat. Jakby Natalia nie była tą zagubioną, zalęknioną Natalią, którą codziennie widziała w lustrze.
– Witam moje piękne.
Ktoś nagle stanął tuż obok Klaudii. Podniosła głowę i ujrzała nad sobą oczy w kolorze oceanu i czuprynę blond włosów.
– Cześć Emil – odpowiedziała, wymuszając na twarzy życzliwy uśmiech. A może nie był wcale wymuszony? Jej serce przyspieszyło.
Emil posłał każdej z dziewczyn swój zniewalający uśmiech. Monika spochmurniała, jakby uleciało z niej całe zadowolenie. Spojrzała na Natalię, która nagle się cała spięła. Sabina natomiast nie wiedziała gdzie ma oczy podziać.
– Pamiętaj piękna o naszej randce dziś wieczorem – przypomniał, puszczając Kasprzyk perskie oko i już go nie było.
Monika wyglądała jakby miała pęknąć.
– Co ty kombinujesz z Kaliszewskim? – Spojrzała na Klaudię z wyrzutem.
– Nic nie kombinuję. – Kasprzyk wzruszyła ramionami. – To tylko kino.
– Uważaj na niego. Znałam jego brata, podobno nie tylko z wyglądu są podobni.
– Oj przestań. Nie będę skreślać faceta z powodu jakichś głupich plotek – Klaudia się naburmuszyła.
Gdyby Monika tylko wiedziała, że Klaudia w zupełności się z nią zgadza. Przecież doskonale wiedziała jaki był Erik, i jaki jest Emil. I dlatego Kasprzyk planowała zniszczyć ostatniego z braci Kaliszewskich.
– Nic z nim nie rób – powiedziała cicho Natalia, rzucając pospieszne spojrzenie na wychodzącego z jadalni Emila.
– Słucham?
– Ten chłopak to…Zresztą…
Wszystkie trzy patrzyły przerażone jak Natalia podnosi się z krzesła i wybiega ze stołówki.
– A jej co? – Klaudia nie kryła zdziwienia.
– To nie pierwszy raz – odpowiedziała Monika. – Mówię wam, Emil coś jej zrobił.
– Albo się zakochała. – Sabina nie wierzyła, że to powiedziała. A te słowa przecież tak idealnie pasowały do niej.
– Widzisz o czym mówię? – Monika zwróciła się w stronę Klaudii. – To nie chłopak dla ciebie, dla żadnej z nas. To jest szarańcza, która niszczy wszystko na swojej drodze.
– Rozumiem. – Kasprzyk odparła po chwili. – I dziękuję za troskę, ale pozwólcie, że sama się przekonam. Jestem dużą dziewczynką.

***

Mimo zapewnień rektora, że sprawa kradzieży kolczyków zostanie gruntownie zbadana, a w ostateczności nagłośniona, Anka nie wierzyła, że winowajca się znajdzie. Kiedy wróciły z Jagodą do pokoju, z posępną miną rzuciła się na łóżko i zaczęła uderzać pięściami w poduszkę. Dobijała ją bezsilność. Kolczyki od babci Stasi to był najcenniejszy przedmiot jaki miała i nie myślała tutaj o ich niebotycznej cenie.
– Uspokój się. – Jagoda usiadła na łóżku i dotknęła pleców kuzynki.- Znajdą się.
– Co za złodziej pierdolony!
– Raczej złodziejka.
Anka spojrzała na blondynkę.
– Myślisz o kimś konkretnym?
– Nie. No, ale pomyśl. Szatnia dla dziewczyn. Byłoby podejrzane gdyby do szatni wszedł jakiś chłopak. Ktoś by coś zauważył.
– Masz rację. Choć z drugiej strony szatnia była otwarta, dosłownie każdy mógł to zrobić. Nawet chłopak.
– Na pewno się znajdą. Uszy do góry.
– A jak nie? – Anka miała oczy pełne łez.
– Wiem, że byłaś do nich przywiązana, ale to tylko kolczyki.
– TYLKO kolczyki? Mówisz jakbyś nie znała ich wartości.
– Znam. Mówię tylko, że to rzecz nabyta. Jeśli się nie znajdą, babcia z pewnością kupi ci nowe. Przecież ją znasz. Zresztą to nie twoja wina, tylko tego pierdolonego złodzieja, jak go nazwałaś. No już, rozchmurz się.
– Myślisz, że to się powtórzy? Może jakiś kleptoman grasuje na uczelni?
Jagoda zamyśliła się.
– To niewykluczone. Ale mam nadzieję, że to jednorazowy przypadek.
Blondynka poklepała kuzynkę po plecach, a potem spojrzała na zegarek i podniosła się z łóżka.
– Chodź, zaraz zaczyna się wykład.
– Ja nie idę, nie namówisz mnie, mam doła. – Anka ukryła twarz w poduszce. Jagoda przewróciła oczami, pozbierała swoje rzeczy do torebki i wyszła z pokoju.
Zbiegając po schodach pokonywała naraz dwa stopnie, nucąc przy tym pod nosem One way or another.
Pomimo zachowania Anki, jej nie opuszczał dobry humor, dodatkowo poprawiony przez spojrzenia mijanych chłopaków. Opuściła budynek akademika, biorąc kierunek na uczelnię, gdy nagle się z kimś zderzyła. Pewien chłopak, znany w tej szkole, chwycił jej ramiona i uśmiechnął się do niej wesoło.
– Uwaga, pośpiech grozi wypadkiem.
I Jagoda się uśmiechnęła. Chłopak był niebywale przystojny i uwodzicielski z tym swoim jednodniowym zarostem i niesfornymi czarnymi włosami. Jagoda pamiętała go z zeszłego roku. Kiedy ona była dopiero nic nieznaczącym świeżakiem, ten ów chłopak miał już pozycję w tej szkole.
Poczuła jak miękną jej kolana.
– Wszystko w porządku? – zapytał, a ona skinęła głową. Wtedy ją puścił, a Jagoda poczuła się jak zepchnięta z urwiska.
– Okej. Na razie – powiedział, a potem po prostu zniknął i już go nie było.
Długo patrzyła w ślad za nim i była szczerze zdumiona ze stanu, w jaki ją wprawił. Nawet Emil tak na nią nie działał. Emil sprawiał, że robiła się wilgotna i miała się ochotę na niego rzucić. Maciek natomiast wywołał na jej twarzy szczery uśmiech. Sprawił, że nie chciała tylko mu wskoczyć do łóżka. Chciała go lepiej poznać.
Przygryzła wargę, a potem w wesołych podskokach pognała na zajęcia.

Rozdział 10 „Pierwsza randka to pole minowe”

Kiedy Emil wrócił do pokoju po siedmiu godzinach nieustannych zajęć, był zmęczony jak nigdy. Ale większe niż jego zmęczenie była radość wynikająca z wieczornej randki z Klaudią.
W końcu się doczekał! Od prawie tygodnia szalał za tą dziewczyną i wreszcie nadszedł oto ten dzień, w którym miał ją posiąść. Miał tylko nadzieję, że Klaudia nie będzie długo się opierać i już na pierwszej randce pokaże mu drogę do siebie. A raczej do swojego wnętrza. Dosłownie.
W pokoju nikogo nie zastał. Zaraz po wykładach Igor pognał na siłownię. Daniela również nie było, ale Emila nie interesowało miejsce pobytu współlokatora.
Był zmęczony po zajęciach, w dodatku słabo spał tej nocy przez tę cholerną, figlarną Klaudię. Miał jeszcze dużo czasu, więc zdjął buty i wskoczył do łóżka, nakrywając się kołdrą pod sam nos. Usnął.
Kiedy zegar w telefonie wybudził go ze snu, była prawie osiemnasta. Emil przetarł zaspane oczy i jednym susem wyskoczył z łóżka.
Chłopak zrzucił z siebie ubrania i pozostając w samej bieliźnie włożył bawełniany, czerwony szlafrok. Zabrał potrzebne rzeczy i pogwizdując pod nosem udał się do łazienki.
Pod prysznicem śpiewał Dziewczyny są gorące, a piosenka ta nieprzerwanie towarzyszyła mu, gdy wracał do pokoju.
Do czasu aż nie ubrał się w czyste, najlepsze ubrania, Emil nie zauważył obecności Daniela. Dopiero po chwili dostrzegł współlokatora, którego sylwetka miarowo podnosiła się i opadała pod kołdrą na jego łóżku.
Kaliszewski nie zamierzał pytać, co się stało. Nigdy nie był typem człowieka, którego obchodzili słabsi. A właśnie za słabego miał Daniela. Owszem, było mu go żal, ale poza żalem nie czuł absolutnie żadnej dozy sympatii.
Kiedy przeglądał się w obszernym lustrze, zajmującym ścianę tuż przy oknie, nie mógł się do siebie nie uśmiechnąć. Podobało mu się to, co widział. A widział dokładnie każdy mięsień swojej klatki piersiowej i rąk, zarysowane pod materiałem obcisłej białej koszuli. Widział ten zawadiacki błysk w oku i niemal czuł to wrażenie, jakie wywoływał u innych.
Mokre włosy rozczesał dłonią pozwalając ułożyć im się tak, jak chciały. Na koniec spryskał się jeszcze swoimi perfumami Armaniego. Był to prezent od matki w nagrodę za dostanie się na studia. Oczywiście perfumy były jedynie dodatkiem do eleganckiego czarnego porsche, którego niestety nie mógł zabrać ze sobą.
Było pół do siódmej, gdy Emil wkładał buty. Chociaż był podniecony, nie spieszył się. To dziewczyny powinny na niego czekać, zawsze.
Do tylnej kieszeni swoich modnych dżinsów schował telefon, a na ramiona zarzucił czarną kurtkę ze skóry. Tak gotowy wyszedł z pokoju, mijając w drzwiach Igora. Osiłek poklepał go po plecach i wyszczerzył zęby, życząc mu w ten sposób powodzenia; innymi słowy zaliczenia Klaudii.
Kiedy szedł akademickimi korytarzami, gorączkowo wyobrażał sobie idealne uwieńczenie tej randki. On na Klaudii. Klaudia na nim. Klaudia pod nim. Wszystko jedno jak, ważne że ich dwóje, łóżko i ostre pieprzenie się do samego rana. A przynajmniej dopóki mu się nie znudzi.
Kiedy zapukał do właściwych drzwi, czuł jak całe napięcie wzbiera się w nim w tym konkretnym, wrażliwym miejscu. Ostatkiem sił próbował zapanować nad sobą, pokusił się nawet o policzek, który wymierzył sobie otwartą dłonią.
Drzwi otworzyła mu ta chuderlawa, seksowna szatynka, z którą miał ostatnio miłą pogawędkę pod dębem. Zaraz, jak jej było na imię? Ach tak, Sabina.
Dziewczyna spłonęła rumieńcem, choć słowem się nie odezwała, i wpuściła go do środka.
W pokoju, łudząco podobnym do tego, który dzielił ze współlokatorami, przywitała go Klaudia. Przez chwilę poczuł się jak uderzony obuchem i miał okazję się przekonać, jak czuła się Sabina.
Zjawiskowo piękna Klaudia posłała w jego stronę olśniewający uśmiech, zamiast zwykłego cześć. Następnie spakowała do torebki garść zbędnych jej rzeczy i podeszła do niego, chwytając go pod rękę. Kiedy Emil odzyskał wreszcie zdolność mówienia, wykrztusił z siebie tylko głupie wow. W myślach zdzielił się po głowie za tę bezmyślność, kiedy wychodzili z pokoju, a oniemiała Sabina posyłała im zakłopotane spojrzenie.
– Ślicznie wyglądasz – powiedział, gdy schodzili po schodach, zmierzając do głównych drzwi.
Miała na sobie obcisłe niebieskie dżinsy, buty na koturnie i jasny wiosenny płaszczyk. Włosy związała w koński ogon tuż nad karkiem, co dodawało jej uroku. W uszach dziewczyny połyskiwały małe diamenciki.
– Dzięki – powiedziała wyraźnie zadowolona.
Kiedy w końcu zetknęli się z chłodnym, ale rześkim jesiennym powietrzem, żadne z nich nie zwracało uwagi na ukradkowe spojrzenia, które rzucali im zmierzający do akademika studenci, jak również ci w oknach. Zaabsorbowani sobą, ruszyli na główny plac przed budynkiem szkoły, gdzie Emil wezwał taksówkę. Czekając na nią rozmawiali na luźne tematy, prawie zapominając jaki cel każde z nich miało w tej znajomości.
Klaudia udawała spokojną, chociaż się w niej gotowało. Jak rozkochać w sobie kogoś, kto ma serce z kamienia? Jak zmusić do miłości kogoś, kto nie jest zdolny by poczuć cokolwiek?
Kiedy zjawiła się taksówka, Emil otworzył Klaudii drzwi z tyłu, obszedł samochód wokół i zajął miejsce obok niej. Przez drogę już nie rozmawiali. Emil posyłał jej ukradkowe spojrzenia, patrząc w lusterko tuż obok kierowcy, z kolei Klaudia udawała, że tego nie widzi.
Wciąż myślała o finiszu tej randki. Ktoś taki jak Emil z pewnością sporo oczekiwał. Doszły ją słuchy, że już pierwszego dnia kogoś przeleciał. A to oznaczało, że Emil nie fatygował się ze zdobyciem dziewczyny, bowiem zawsze wybierał te łatwe. Czy to znaczyło, że wziął Klaudię za tę łatwą? Przełknęła ślinę na myśl, jak skończy się ten wieczór. Z pewności nie odda się Emilowi, od początku nie miała tego w planie. Musi jednak sprawić, by zadurzył się w niej totalnie, do nieprzytomności. A kiedy jego serce będzie tylko jej, ona je złamie na milion kawałków.
Posłała mu skromny uśmiech, kiedy wreszcie zajechali pod kino.
Nowoczesny budynek ze szklanymi szybami i mnóstwem neonowych świateł, powitał ich gwarnie i tłoczno. Kilka minut stali w kolejce po bilety, a kilkanaście kolejnych po przekąski. Kiedy w końcu znaleźli się w ciemnej sali kinowej, Emil wziął Klaudię za rękę i poprowadził ją do odpowiedniego miejsca. Ten śmiały gest przyjęła bez sprzeciwu, być może w ten sposób mogła zdobyć jego zaufanie.
Sala z wolna zaczęła wypełniać się widzami, ale ostatecznie i tak była ich garstka, z przewagą ludzi młodych, jak Emil i Klaudia. Szczęśliwie tej dwójce trafił się cały rząd bez towarzystwa, choć Klaudia wciąż w głowie miała tekst Emila na temat obściskiwania się po ciemku.
Kiedy film się zaczął, Emil podał dziewczynie popcorn i colę. Chłopak wstrzymał oddech, choć na chwilę starając się zapomnieć jak jest piękna. Starał się skoncentrować na akcji filmu, choć napięte do granic możliwości nerwy skutecznie mu to utrudniały. Dopiero w połowie seansu Kaliszewski nieco się rozluźnił, kiedy to Klaudia posłała w jego stronę spokojny uśmiech. Uznał to jako zachętę, a jego lewe ramię powędrowało na oparcie fotela dziewczyny. Kiedy opuszkami palców dotykał jej ramienia, czuł, że zaraz eksploduje. Siła wszystkich skumulowanych w nim uczuć była tak ogromna, że musiał na chwilę wyjść, by się przewietrzyć.
Łapał nerwowo powietrze, równie nerwowo odpalając papierosa. Niebo przybrało odcień purpury, a lekki jesienny wiatr potęgował chłód. Papieros przyniósł niebywałą ulgę, chłopak poczuł się bardziej swobodnie. Weź się w garść do diabła!, krzyknął na siebie w myślach, nim powrócił na salę.
Kiedy opadł na fotel obok najpiękniejszej istoty na planecie, poczuł jak jego serce przyspiesza. Co się z nim działo? Nigdy wcześniej takie uczucia nie przesłaniały mu żądzy. Co ta dziewczyna z nim robiła?
Tymczasem Kasprzyk chwyciła jego rękę i zarzuciła sobie na ramię, całkowicie rozluźniając się pod jego dotykiem. Jej zapach doprowadzał go do szaleństwa, a nieznośnie ciasne spodnie uwierały w kroku. Całkowicie stracił poczucie rzeczywistości, nagle film na który czekał od miesięcy przestał go kompletnie interesować. Wpatrywał się tylko w ekran, jakby w transie, odliczając minuty do końca seansu.
Kilka minut przed końcem filmu Klaudia oparła głowę o ramię chłopaka, zachowując się zupełnie, jakby byli prawdziwą parą. Pozwolił jej na to, bo pragnął jej dotyku już od dłuższego czasu. Ale tak naprawdę to pragnął jej cipki. Jego serce biło jak oszalałe, i bał się że dziewczyna to zauważy, a co gorsza uzna za oznakę słabości. Pospiesznie zabrał ramię, ale ona w odpowiedzi przysunęła się bliżej, odnajdując jego dłoń. Nigdy w życiu nie przeżył takiej chwili intymności. Choć dziewczyn miał na pęczki, to były to jedynie obiekty seksualne. Z żadną z nich nie łączyła go taka intymna, niemal namacalna relacja.
Napisy końcowe uratowały Emila przed implozją. Na sali zapalono światła, podniósł się szum, gdy ludzie zaczęli podnosić się z miejsc i zbierać swoje rzeczy. Klaudia zarzuciła na siebie płaszcz i z trudem opanowała ziewnięcie.
– Nudny jak flaki z olejem – skwitowała, a on ucieszył się, że nie będzie musiał udawać, że film mu się podobał. Włożył na siebie kurtkę i położył rękę na plecach dziewczyny. Tak wyszli z sali kinowej, a następnie opuścili budynek kina.
Powitało ich rześkie i mroźne powietrze. Było już całkiem ciemno i gdyby nie latarnie uliczne, ludzie mieliby trudności z trafieniem do domu.
Klaudia postawiła kołnierz swojego płaszcza i objęła się w pasie rękoma, wyraźnie dając mu sygnał, że jest jej zimno. Co powinien w tej sytuacji zrobić? Objąć ją? Przytulić? Czy pozwoliłaby mu na to?
– To był przyjemny wieczór – powiedziała po chwili, kiedy on wciąż próbował wymyślić coś sensownego.
– Tak – przyznał. – Ale jeśli chcesz może być jeszcze przyjemniejszy. – Odważył się dodać po chwili. Tak naprawdę przyszło mu to z łatwością. Tylko jej reakcji się obawiał.
Uśmiechnęła się do niego i spuściła wzrok na chodnik. Policzki jej się zaczerwieniły i z pewnością nie było to spowodowane zimnem. Czuł, że przejmuje nad nią przewagę i cieszył się z tego.
– Chodź. – Chwycił ją za rękę, a następnie rozejrzał się wokół i poprowadził za sobą.
Obeszli budynek kina i znaleźli się tuż za nim, na małym podwórku wyłożonym brukiem. Kontenery na śmieci nie dodawały romantyczności, ale Emil miał to gdzieś. W końcu znalazł się z nią sam na sam i nikt nie mógł zburzyć jego niecnego planu.
– Świetne miejsce. – Gwizdnęła przeciągle i teatralnie pokiwała głową.
– Cicho – szepnął i podszedł po niej, piorunując ją wzrokiem. Jego oczy płonęły; tańczyły w nich chochliki.
– Czego chcesz? – spytała, ale zrobiła to z kokieteryjnym uśmiechem na ustach. Wyraźnie z nim igrała! A to oznaczało, że była chętna. Czy tej nocy miało dopisać Emilowi szczęście?
– Dobrze wiesz, czego chcę – wyszeptał jej do ucha, aż przeszedł ją przyjemny dreszcz i chwycił ją za biodra, siłą przygwożdżając do betonowej ściany.
Była piękna i uwodzicielska. Śniła mu się każdej nocy od tygodnia, prowokowała, bawiła się nim. I w końcu miał ją dla siebie. W końcu jego marzenie się ziszczało.
– Pocałuj mnie – rozkazała, a na jego twarz wypłynęło zdziwienie pełne zadowolenia. Odnalazł jej usta, ale nie wpił się w nie od razu. Złożył na nich delikatny pocałunek, pełen obietnicy. Pobudzona chciała więcej, ale wtedy odsunął się od niej i zaczął przypatrywać się jej spod przymrużonych powiek.
– Czego ty chcesz Emil? Czego ty tak NAPRAWDĘ chcesz?
Emil nie miał wątpliwości czego chciał, lecz nie chciał również okazać się zwierzęciem, które w nim mieszkało. A czemu właściwie nie? Chrzanić to!
Zbliżył się do niej szybkim krokiem i mocno objął jej twarz wpijając się ustami w jej wargi. Odnalazł jej język, którym nie mógł się nasycić. Był głodny, praktycznie umierał z głodu. Czuł, że traci zmysły i mógłby umrzeć, gdyby teraz przerwał ten pocałunek. Uścisnął ją mocno, zmiażdżył w swoich ramionach i brutalnie docisnął do ceglanej ściany budynku. Jęknęła, ale miał to za nic, pragnął tylko ją całować i pieścić, nic nie miało znaczenia.
Jej usta były miękkie i czerwone pod wpływem narastających pocałunków, oboje z trudem łapali oddech. Czuł, że sam pocałunek mógłby doprowadzić go do szczytowania. Z nikim nigdy się tak nie całował. Ba! Nikogo nigdy tak nie całował. Myślał o Klaudii, chciał sprawić jej rozkosz, zależało mu na tym by i ona poczuła to samo co on.
Przez materiał płaszcza dotknął jej piersi i uścisnął lekko. Przeniósł swoje usta na szyję dziewczyny, dając chwilowo odpocząć podrażnionym wargom. Klaudia miało trudności z oddychaniem. Spojrzała do góry na nocne gwieździste niebo i bez cienia wątpliwości stwierdziła, że jest to jedna z bardziej wartościowszych chwil w życiu. Mimo, że tak brutalna i gwałtowna, mimo całej tej otoczki…
Emil doprowadzał ją do szaleństwa, ale nie mogła przecież mu na to pozwolić. Tylko jak ma to zrobić? Jak zmusić się do racjonalnego myślenia, gdy jest się na granicy obłędu?
– Emil…- jęknęła.
Napierał na nią całym swoim ciałem, jego twarde przyrodzenie wbiło się w jej udo. Na powrót odnalazł jej usta. Ich języki zaczęły ze sobą sprośny, zmysłowy taniec, jakby były sobie przeznaczone, jakby należały wyłącznie do siebie.
– Emil… – próbowała przerwać pocałunek.
Była unieruchomiona, jak w potrzasku, oddychając z utrudnieniem. Starała się wyswobodzić ręce by go odepchnąć.
– Emil!
– Hmmm…? – Podniósł na nią zamglony wzrok, nie przerywając przy tym pieszczot.
– Emil, za szybko…
– Co ty gadasz? – Szeptał tuż przy jej karku. – Jest cudownie.
– Nie, nie jest… Puść… Boli. – Próbowała manewrować uwięzionymi rękami. – Puść mnie.
Jej słowa jakby ginęły w powietrzu.
– Emil!
Szarpała się, ale on nie przerywał dotyku. Obcałowywał jej twarz, szyję i dekolt, dotykał jej piersi i nóg. Był jak w transie.
– Emil, zacznę krzyczeć. – Zagroziła przerażona. Obawiała się, że zmierzało to w niebezpiecznym kierunku.
– Krzycz sobie, i tak cię nikt nie usłyszy…
Krzyknęła więc. Najpierw cicho, a następnie głośniej, przeciągle. Emil zaśmiał się z niej i zakrył dłonią jej usta. Ugryzła go w rękę, więc ją puścił, klnąc pod nosem.
– Co ty wyprawiasz?
– Ja?! Co ty wyprawiasz debilu?! Puść mnie w tej chwili!
Lecz Emil nie ustępował. Wręcz odwrotnie, poczuł się bardziej rozjuszony i nakręcony. Kiedy znowu zaatakował ją natarczywymi pocałunkami, nie miała wyjścia. Wykorzystała ostateczną broń, wymierzając mu mocnego kopniaka w najczulszy punkt. Wrzasnął niczym zwierzę i puścił ją, zginając się w pół.
Kiedy ujrzał, że ucieka, krew uderzyła mu do głowy.
– Wracaj tu, słyszysz?! – Zażądał, ale Klaudia ani myślała na niego spojrzeć. Nie mógł pozwolić jej odejść ot tak, co gorsza mogła go przecież oskarżyć o napaść. Chwycił w dłoń coś, co znalazł pod ręką i cisnął z mocą w jej kierunku.
W pierwszym momencie usłyszał jedynie okropny dźwięk pękającej czaszki. Po chwili dotarły do niego następne dźwięki: upadającej cegły i dziewczyny.
Czuł jak włosy stają mu dęba, a usta układają się w krzyk, choć nic nie słyszał. Wszystko zagłuszało walenie jego serca.
Kiedy na klęczkach dotarł wreszcie do niej płakał już rzewnymi łzami. Ręce mu się trzęsły, a oddech łapał z wielkim trudem. Klaudia leżała twarzą do ziemi, a jak piękne kasztanowe włosy skąpane były teraz w kolorze purpury. Krwi przybywało, a sączyła się ona z rany na głowie. Emil nie musiał sprawdzać pulsu, by wiedzieć, że dziewczyna nie żyje.
I to on ją zabił. Przez swoje prymitywne zapędy pozbawił życia uroczą, wspaniałą dziewczynę. Dziewczynę, która miała rodzinę, plany, marzenia i świetlaną przyszłość przed sobą.
Długo płakał na jej martwym ciałem. Nie wie ile tak przesiedział tuląc ją do siebie, gładząc po mokrych włosach.
Ręce mu latały kiedy wyjmował swój telefon z kieszeni spodni. Przypomnienie sobie numeru na policję zajęło mu chwilę, ale nim zdążył go wystukać, jego telefon zadzwonił…

I dzwonił nieprzerwanie.

Emil otworzył oczy. Puls miał przyspieszony, w pierwszym momencie nie miał pojęcia co się dzieje. Był roztrzęsiony i rozdarty. Zamrugał oczami i wreszcie zrozumiał, że leży we własnym łóżku, w pokoju akademika.
Podniósł się odrętwiały z łóżka i opuścił stopy na podłogę w chwili, gdy telefon ucichł. Wziął aparat do ręki i spostrzegł trzy nieodebrane połączenia od Klaudii.
Emil był spocony i odrętwiały, a nade wszystko przerażony tym, co właśnie się stało. Ten realistyczny sen niemal doszczętnie rozszarpał mu nerwy.
Jego ciało ważyło tonę, ale zdołał dźwignąć się na nogi. Otworzył okno by móc zaczerpnąć powietrza. Kręciło mu się w głowie, oddychanie wciąż sprawiało mu trudność.
Zegarek wskazywał punkt osiemnasta, a więc właśnie miał rozpocząć planowaną randkę z Kasprzyk. Czy ta randka jak z dreszczowca na pewno była snem?
Ktoś zapukał do drzwi. Najpierw nie chciał otwierać, ale jednak to zrobił. W progu stała Klaudia.
– Jestem gotowa. To jak, idziemy? – Spytała rezolutnie.
Kaliszewski pobladł, w gardle zaschło mu całkowicie.
– Wszystko w porządku?
– T…tak – wydukał. Raptem przed oczami stanął mu obraz Klaudii pływającej w kałuży własnej krwi. Wzdrygnął się.
– Chcesz przełożyć?
– Nie. Nie możemy się spotkać. – Pokręcił głową i roztarł palcami czoło.
– Teraz?
– W ogóle.
– Nie rozumiem.
– Nie ma tu nic do rozumienia. Nie chcę się z tobą spotkać ani teraz, ani później. W ogóle. Myślę, że nic nas nie łączy. Nadajemy na innych falach, pomyliłem się z tą randką. Zresztą mam inne plany. Nie przychodź tu już więcej.
Klaudia stała jak wmurowana w podłogę, kiedy zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Tkwiła tam jeszcze dobrą chwilę, nie mogąc wyjść z szoku, jaki jej zafundował.
Nie miała pojęcia, że samolubny dotychczas Emil zrobił to dla niej. W ten przewrotny sposób chciał uchronić ją przed bestią, która w nim drzemała.

Rozdział 11 „Prawda zabija nadzieję”

6 października, Sobota

Dźwięk sms-a wyrwał Daniela z głębokiego snu. Standardowo śnił mu się koszmar, ale po przebudzeniu wolał tego nie rozpamiętywać.
Współlokatorzy wciąż spali, jego zaś obudziła wiadomość od matki. „Będę za godzinę”.
Włosy zjeżyły mu się na głowie, bo matka od pewnego czasu przebąkiwała, że go odwiedzi. Wcześniej uznał to za czcze pogróżki – aż do teraz – gdy sms był niezaprzeczalnym dowodem, że matka właśnie tu zmierza, by pogłębić jego uczelniane piekło.
Wstał z wolna z łóżka i przez chwilę przechadzał się po skąpanym w półmroku pokoju, zastanawiając się jak rozwiązać tę sytuację.
Matka nie może zjawić się w akademiku, bo narobi mu wstydu przed współlokatorami, a pewnie i innymi studentami. Niech lepiej nie pojawia się na terenie kampusu. Chwilę myślał, a potem wystukał odpowiedź: „Spotkajmy się w mieście, dobrze?”
Jednak szybka wiadomość zwrotna całkowicie pozbawiła go złudzeń, że coś wskóra, a ten dzień uda się jeszcze uratować.
„Nie wygłupiaj się”. Chcę zobaczyć jak się urządziłeś. I przede wszystkim chcę poznać ludzi, z którymi mieszkasz, twoich kolegów”.
– Kolegów. – Prychnął, przykładając telefon do ucha. Musi zadzwonić do matki i skutecznie wybić jej z głowy pomysł odwiedzenia go w akademiku. Pech chciał, że akurat, celowo bądź nie, nie odbierała telefonu. Niewyartykułowane przekleństwo Daniela zbudziło Emila, który popukał się w czoło i przełożył na drugi bok.
Wołynko oblały zimne poty, był zdruzgotany. Przed oczami stały mu już sceny tego niefortunnego spotkania, podczas którego matka robi mu wstyd na cały kampus. Następnie widział Emila i Igora, tarzających się ze śmiechu po podłodze.
Nie pozostało mu teraz nic innego, jak pociąć się w łazience. Tylko tyle mógł w tej sytuacji zrobić.

***

- Czy tak jest dobrze? – zapytała Monika, przywiązując wiązankę balonów tuż nad sufitem.
– Nie mam pojęcia o czym mówisz, byłem zbyt skupiony gapieniem się na twój cholernie zgrabny tyłek – odparł Maciek.
– Faceci. – Blondynka ze śmiechem przewróciła oczami i zeskoczyła ze stołka. Spojrzała na zegarek; jeszcze sześć godzin pozostawało do rozpoczęcia powitalnej imprezy w budynku bractwa Strong.
– No co? – Maciek wzruszył ramionami.
– Nico. Dmuchaj! –Wskazała mu stertę sflaczałych balonów porozrzucanych na stole.
– Dobra, już dobra – odburknął i napełnił powietrzem kolejny balon. Piaskowska zaśmiała się i obeszła salon bractwa, by wydać polecenia pozostałym pomocnikom – Klaudii, Sabinie, Natalii, Karolowi oraz jeszcze paru pierwszoroczniakom. Była im wdzięczna za pomoc, zważywszy, że w zeszłym roku z Pauliną musiały przygotować wszystko same, a inni przyszli po prostu na gotowe.
Impreza w bractwie Strong w pierwszą sobotę rozpoczęcia nauki, podobnie jak ognisko w kampusie, należała do uczelnianej tradycji. I podobnie jak zabawa na błoniach, była znacznie bardziej nieformalną rozrywką; młodzieży nikt nie kontrolował, nauczyciele nie czaili się na każdym rogu.
Klaudia odeszła na bok, by uporządkować miejsce, gdzie miał wkrótce stanąć zestaw stereofoniczny. Monika skorzystała prędko z okazji i zagaiła rozmowę:
– Jak twoja randka z Emilem? Udana?
Gdyby to była kreskówka, nad głową Klaudii zawisły by czarne chmury, tak spochmurniała.
– Weź nic nie mów… – żachnęła się.
– Aż tak źle?
– To spotkanie w ogóle się nie odbyło… Emil to pacan. – Machnęła ręką.
– Dlaczego? Skrzywdził cię?
– Nie zdążył. – Wisielczy humor nie opuszczał Klaudii. – Odwołał spotkanie.
– Serio? – Monika wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. – Raczej nie wyglądał na takiego co sobie odpuszcza. Tym bardziej takie ekstra laski.
– Dzięki. – Klaudia uśmiechnęła się z powątpieniem.
– Zapomnij o tym dupku – Monika położyła jej dłoń na ramieniu. – Jak nie ten, to inny. A z pewnością wielu się znajdzie na twej drodze. I z pewnością bardziej wartościowych. Uszy do góry.
– Dziękuję. – Posępna mina Klaudii trochę złagodniała.
Byłoby zupełnie inaczej, gdyby Emil był zwykłym chłopakiem, zwykłym dupkiem, który po prostu wodził ją za nos. Normalnie odpuściłaby sobie takiego drania i rozejrzała za kimś konkretniejszym. Ale tym razem było inaczej. Kaliszewskiego nie mogła sobie odpuścić, ot tak. Wplątała się w coś, nad czym powoli traciła kontrolę. Coś, co mogło wkrótce przynieść je zgubę.

***

Daniel nerwowo kroczył wśród klonów tuż przed budynkiem akademika. Matka miała zjawić się lada chwila, ale perspektywa spotkania z nią nie napawała optymizmem, a wręcz przeciwnie – budziła w chłopaku jedynie przerażenie.
Jesienne słońce ogrzewało mu kark, gdy przechadzał się wolnym, mechanicznym krokiem pomiędzy drzewami. Choć korzystający z weekendu studenci piknikowali wokół niego lub grali w gry drużynowe, Daniel widział ich jak przez mgłę.
Nie wie ile tak chodził. W końcu z odrętwienia wyrwał go samochodowy klakson. Stanął w miejscu jak wryty i podniósł wzrok na taksówkę, która właśnie zatrzymała się na uczelnianym parkingu. Dobry syn powinien podbiec i uściskać matkę. Powinien jej powiedzieć jak pięknie wygląda i jak się za nią stęsknił. Ale Daniel nigdy się za takiego nie uważał. Zawsze sądził, że matka musiała nieźle nagrzeszyć w poprzednim życiu, czego konsekwencją było jego poczęcie.
Zadbana kobieta w średnim wieku, z gracją sarenki, wyskoczyła z taksówki, zatrzaskując za sobą drzwi. Na nos włożyła przeciwsłoneczne okulary i zaczęła rozglądać się po okolicy. Miała na sobie efektowną czerwoną sukienkę do kolan i równie efektowne szpilki z czerwoną podeszwą. Na ramiona zarzuciła krótką szarą etolę. Kiedyś musiała uchodzić za piękność, ale do dziś dnia również wzbudzała zainteresowanie tam, gdzie się pojawiła.
– Daniel! – Zamachała do swojego jedynaka, kiedy go zobaczyła.
Jęknął i powłócząc nogami zaczął posuwać się w jej stronę. Był o głowę wyższy od matki, ale kiedy tuliła go w swoich ramionach, znowu poczuł się małym chłopcem. Pech chciał, że tę scenę czułości widziały dwie osoby, które chciał teraz spotkać najmniej – Emil i Igor.
– Mamo, chodźmy stąd…
– Pokażesz mi swój pokój, skarbie? – spytała, wycierając ślady szminki z jego policzka.
– Nie ma nic do oglądania. Zwykła klitka.
– Ależ kochanie, przyjechałam z daleka. Daj mi odsapnąć. A przede wszystkim chcę zobaczyć jak mój mały synek się urządził.
– Mamo… nie mów do mnie jak do dziecka, – mruknął – już dawno nim nie jestem. Nie moglibyśmy na przykład pójść do kawiarni? Albo na spacer, dzień taki piękny.
– Za chwilkę, kochanie. Najpierw zaprowadź mnie do pokoju. Mam dla ciebie parę rzeczy, – wskazała na swoją wypchaną po brzegi sportową torbę od Nucelle – potem możemy iść.
Gdyby tylko miał siłę, przekonałby matkę do zmiany planów lub zaciągnąłby ją siłą do kawiarni. Miał z nią prawdziwe skaranie boskie, więc nie ma się co dziwić, że miał ochotę zabić własną matkę, gdy szli w stronę akademika.

***

Daniel nigdy nie wierzył w przypadki. A nie było żadnego przypadku w tym, że w momencie, gdy zjawił się z matką w pokoju, pojawili się tam również jego współlokatorzy. Emil, zadowolony z siebie, omiótł wzrokiem pokój i usiadł na swoim łóżku, nie spuszczając wzroku z Daniela.
– Dzień dobry – przywitał się, a Igor zawtórował mu i powrócił do gry w komórce.
– Och, witajcie chłopcy. – Pani Badecka rozpromieniła się. Daniel pragnął zapaść się pod ziemię. Matka nigdy nie szczędziła mu wstydu, a ten jej uśmieszek to prawdziwa cisza przed burzą.
– Mamo, to są Emil i Igor. – Przedstawił współlokatorów i przełykając wielką gulę w gardle, próbował zmienić temat. – Co masz dla mnie?
– Bardzo mi miło, chłopcy. Nawet nie wiecie jak się cieszę, że Danielek trafił na takich fajnych chłopaków. Wiecie, bo on nigdy nie miał zbyt wielu kolegów.
– Mamo…
– To zrozumiałe – Emil wyszczerzył zęby – Znaczy, to zrozumiałe, że tak martwi się pani o syna. Ale proszę się nie obawiać, z nami nie będzie mu źle. Nigdy nie wierzyłem w przyjaźń, ale myślę, że zaprzyjaźnię się z Danielem, bardzo lubię tego dzieciaka.
Igor parsknął, ale matka Daniela jakby nie zauważyła sarkazmu w wypowiedzi Kaliszewskiego. Zadowolona klasnęła w dłonie i poczochrała swojego jedynaka po włosach. Daniel zrobił się czerwony jak burak, wstyd nie pozwalał my racjonalnie myśleć.
– Widzisz Danielku, okazuje się, że tutaj jest naprawdę fajnie, nie rozumiem twoich wcześniejszych obaw,
– Mamo, nie musimy o tym rozmawiać.
– Czego się obawiałeś Daniel? – To był głos Emila, ale jakiś dziwnie zmieniony, teatralny. Czy matka naprawdę nie widzi jaki z niego pozer?
Daniel wzruszył ramionami. Nie miał najmniejszej ochoty grać w grę Kaliszewskiego. Matka go jednak wyręczyła.
– Danielek od zawsze był nieśmiały, bał się ludzi.
– Naprawdę? – Igor zmarszczył brwi. – Nie wygląda na nieśmiałego. Wręcz przeciwnie, wciąż nad rozśmiesza i raczy anegdotami. Niezły ananas z tego pani syna.
Igor sam był zdziwiony z jaką łatwością przyszło mu odgrywanie chwilowej roli.
– Naprawdę, Danielku? – Badecka spojrzała z dumą na syna.
– Mamo… idziemy?
– Nie zobaczysz co ci kupiłam?
Nagły telefon do Emila uratował Daniela i przegonił gęstą atmosferę, która zawisła w pokoju. Kaliszewski spojrzał porozumiewawczo na swojego kompana i obaj podnieśli się z łóżka.
– Miło było panią poznać. – Emil posłał matce Daniela swój wart milion dolarów uśmiech. Daniel mógłby przysiąc, że matka, ta stara wyjadaczka i pożeraczka męskich serc, zarumieniła się.
– Wzajemnie chłopcy.
– I proszę się nie martwić o syna. Daniel będzie miał z nami dobrze.
Kiedy współlokatorzy gwarnie opuścili pokój, Daniel odetchnął z ulgą.
– Nie lubię ich mamo.
– Co? Przecież to tacy mili chłopcy.
– Są mili kiedy mają w tym interes. To pozory, mamo. Ci dawaj to najgorsze mendy, jakie znam. Nie są moimi przyjaciółmi.
– Jak ty się wysławiasz? Nie tak cię wychowałam!
– Mamo, to bez znaczenia. Po prostu musisz zrozumieć, że z tymi dwoma nic mnie nie łączy, nękają mnie i pomiatają mną.
– Co ty mówisz chłopcze? Sprawiali zupełnie odwrotne wrażenie, ja nigdy nie mylę się co do ludzi.
– Właśnie, że się mylisz! – wrzasnął i podniósł się z łóżka. Poczuł, że kręci mu się w głowie, ale zapanował nad tym.
– Daniel na litość boską! – Matka również wstała. – Nie bierzesz leków? – Ściszyła głos.
– Biorę mamo, biorę je regularnie!
– No dobrze, już dobrze, nie denerwuj się kochanie. Jeśli chcesz, porozmawiam z tatą, to załatwi ci…
– To nie jest mój tata. Nigdy nim nie będzie! Rozumiesz?
– Nie mów tak, Daniel! Przecież tyle dla ciebie zrobił!
– Bo miał w tym swój interes… – mruknął ponuro.
– Słucham?
– Mamo, on nie jest tym za kogo go masz.
– No masz! – Przewróciła oczami. – Znów zaczynasz te swoje dziwne bajki? Doktor Pilgrim powinien zdecydowanie zwiększyć ci dawkę.
– Posłuchaj mnie kobieto! – Chwycił matkę za ramiona i wbił wzrok w jej przerażone, piwne oczy. – Ten facet to zwyrodnialec i degenerat.
– Jak śmiesz? Po tym wszystkim co dla nas zrobił?!
– Nic dla mnie nie zrobił, rozumiesz?! Poradziłbym sobie bez jego pieniędzy.
– Nie wierzę, że prowadzimy tę rozmowę… Co ci odbiło? Po tych wszystkich latach?
– Od lat powtarzam ci mamo jakim paskudnym człowiekiem jest Badecki. Rzygać mi się chce jak o nim słyszę.
Tym razem to Danielowi naprawdę zakręciło się w głowie. Wszystko przez siarczysty, zaskakujący policzek, który wymierzyła mu matka. Poczuł, jak jego twarz płonie. Łzy napłynęły mu do oczu, usta zaczęły drżeć.
– Nie będę tolerować takiego zachowania. Porozmawiamy, jak ochłoniesz. – Ton głosu Emilii Badeckiej zmienił się w bezuczuciowy i zimny. – Nie zapomnij brać leków.
Więcej nic nie powiedziała, po prostu chwyciła swoją torebkę i wybiegła z pokoju. Daniel nie pobiegł za nią. Zamiast tego rozpłakał się jak dziecko. Tama pękła. Płakał desperacko, skrywając twarz w dłoniach. Dopiero jak się uspokoił, pobiegł do łazienki. Wiedział co musi zrobić, wiedział, czego potrzebuje.

Rozdział 12 „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”

- Które mam włożyć? – spytała Monika, wymachując parami kolczyków – dużymi, złotymi kołami oraz malutkimi perłowymi motylami.
– Motylki – odparła nieśmiało Natalia, rozczesując z niezwykłą starannością swoje mysie włosy.
– Jeśli chcesz, mogę ci któreś pożyczyć. A nawet możesz wziąć coś z mojej szafy – zaproponowała Piaskowska, całkowicie pomijając swój komentarz na temat wyglądu Zabłockiej. Na wielką imprezę bractwa współlokatorka włożyła brązowe sztruksy i modną – ale w latach 90. – koszulkę ze spranym kołnierzykiem, gdy tymczasem Monika kupiła na tę okazję nową sukienkę z metką dobrej firmy.
– Nie trzeba, – odparła Natalia z naturalną sobie grzecznością – najlepiej czuję się, jak się nie wyróżniam.
– Nie ma nic złego w wyróżnianiu się. – Monika popatrzyła na nią pokrzepiająco. – To może chociaż kolczyki, co? Albo bransoletka.
– Może być bransoletka – westchnęła po chwili Natalia, a na jej twarz wypłynął nieśmiały uśmiech.
Ostatecznie skończyło się i na bransoletce, i na kolczykach, a także na kunsztownej apaszce, którą Zabłocka zawiązała sobie na szyi.
Za dziesięć siódma dziewczyny wyszły ze swojego akademickiego pokoju, kierując się wprost do domu bractwa Strong. Klubową muzykę słychać było już na dziedzińcu, a niebo płonęło kolorowymi światłami reflektorów. Wieczór był chłodny, ale jak na tę porę roku i tak stosunkowo ciepły. Wkrótce pijana młodzież i tak będzie biegać po dworze, nie zwracając uwagi na temperaturę na zewnątrz.
Korzystając z okazji, że mają jeszcze chwilę samotności, Monika zagadnęła:
– Natalia, czy znałaś Emila Kaliszewskiego wcześniej?
Natalia spięła się w okamgnieniu i nawet na chwilę ustała, by w następnej sekundzie kontynuować wędrówkę wolniejszym krokiem.
– Co znaczy wcześniej? – spytała, przełykając ślinę z wyraźną trudnością.
– W sensie czy znałaś go zanim pojawił się w szkole?
– Nie rozumiem pytania… Oczywiście, że go nie znałam. Skąd niby miałabym? Nawet teraz go nie znam. To zwykły chłopak jakich wielu w tej szkole.
– Czyżby?
– Przepraszam, ale nie rozumiem o co ci chodzi. – Natalia sposępniała, a na jej twarz wypłynął wyraz konsternacji. Dziewczyny wyminęła właśnie Klaudia Kasprzyk, wyglądająca olśniewająco w czerwonej sukience z cekinami. Kiedy zniknęła z pola widzenia, Monika powiedziała:
– Przepraszam, nie chcę być wścibska, ale zauważyłam, że bardzo dziwnie się przy nim zachowujesz. Nawet teraz, gdy tylko o nim rozmawiamy. Ogólnie zawsze się spinasz i denerwujesz. Odniosłam wrażenie, że masz z nim na pieńku.
– Ale tak nie jest. Monika, nie obraź się, ale to nie twoja sprawa. Emila Kaliszewskiego nie znam i nie mam zamiaru poznawać. Czy możemy iść już na tę imprezę, proszę? Zaczynam marznąć.
– Oczywiście. – Monika odkaszlnęła, by ukryć zażenowanie. Chciała poprowadzić tę rozmowę najdelikatniej jak umiała, a skończyło się potwornym wyrzutem, że jest zbyt wścibska.
Wyciszone i skrępowane powłóczyły się do domu męskiego bractwa.

***

- Wyrywamy kogoś dzisiaj czy po prostu się bawimy? – spytała Anka, rozglądając się z zaciekawieniem po pokoju gościnnym stowarzyszenia Strong.
Gospodarze przeszli samych siebie, a impreza studencka była taka, jak być powinna. Na środku głównego pokoju przygotowano podest, który miał służyć jako parkiet. Wokół niego ustawiono najwyższej klasy sprzęt stereofoniczny, który raczył gości modną klubową muzyką. Nieopodal stały kanapy i stelażowe leżaki, gdzie można było odpocząć i porozmawiać. Jedzenie i alkohol znajdowały się w mniejszym pokoju obok, z którego można było wyjść na taras udekorowany kolorowymi lampionami.
– I to, i to – odpowiedziała rozochocona Jagoda, pociągając łyk swojego kolorowego drinka. Anka popatrzyła na kuzynkę z zazdrością. Niezmiennie próbowała walczyć o tak idealne ciało jakie miała blondynka. Ale nigdy nie powiedziała kuzynce, jak bardzo nienawidzi ją za figurę supermodelki, na którą pasują najmodniejsze ubrania, i jak bardzo życzy jej by przytyła.
Dziś Jagoda miała na sobie dopasowaną białą sukienkę bez pleców, która doskonale podkreślała jej smukłe biodra i wydatny biust. Z kolei Anka spędziła godzinę zastanawiając się co włożyć by zamaskować zbyt szerokie biodra i z lekka odstający brzuch. Prawda jest taka, że przy Jagodzie czuła się jak brzydsza siostra Kopciuszka, ale tej przyjaźni nie zamieniłaby na żadną inną.
– Znów Emil? – spytała, szukając wzrokiem Kaliszewskiego.
– Jeśli będzie chciał. – Jagoda wzruszyła ramionami – Zawsze to jakaś alternatywa, nie będę nachalna. Jeśli ma mnie gdzieś, to wystarczy, że zrobię tak – tu pstryknęła palcami – i jakiś chętny zawsze się znajdzie.
Anka zawsze podziwiała w kuzynce tę pewność siebie. Sama nie była najgorsza w te klocki, ale Jagoda, jak nikt inny, nie przejmowała się niepowodzeniami, bo święcie wierzyła, że zawsze jest opcja numer dwa, nawet jeśli nie trzy.
– A ty i Igor? – Blondynka wysunęła podbródek, wskazując chłopca, z którym Kaliszewski zjawił się na imprezie.
– Burak. – Anka pokazała jej opuszczony kciuk. – I prawdopodobnie gej.
Jagoda zaśmiała się.
– Zawsze jak chłopak nie chce się z tobą przespać, musi być gejem?
– Bo tak jest!
– Mylisz się koleżanko.
– Stawiam stówę, że nawet TY nie zaciągniesz go do łóżka.
– Stówę, powiadasz? – Jagoda z rozmarzeniem zakręciła sobie na palec kosmyk włosów i zlustrowała Marciniaka od stóp do głów. – Kusząca propozycja.
– Żebyś wiedziała. Już nie mogę się doczekać twojej miny, jak cię odrzuci. To będzie bezcenne! – Klasnęła w dłonie.
– Dobra, niech będzie. – Po krótkim namyśle blondynka pokiwała głową.
– A więc zgadzasz się? – Anka była zdumiona jak szybko udało jej się przekabacić kuzynkę.
– A więc o stówę?
– W rzeczy samej.
– Warunki?
– Masz czas do końca imprezy i mam mieć dowód. Tyle.
– Okej. Radzę skoczyć do bankomatu.
– Już się o to nie bój.
Dziewczyny uścisnęły sobie dłonie, obie z chytrym uśmieszkiem na twarzy. Gołym okiem widać było, że coś knują. Jagoda była pewna powodzenia, Anka zaś widziała już porażkę kuzynki.

***

Kiedy na imprezie zjawiła się Klaudia Kasprzyk, Emil mógł skupić się tylko na niej, mimo, że udawał, że tak nie jest. Wyglądała prowokacyjnie i zachwycająco w zwiewnej opinającej sukience w kolorze szkarłatu, idealnie podkreślającej jej gładkie opalone ciało i lśniące, opadające na plecy kasztanowe włosy. Nie miała przesadnie mocnego makijażu czy wymyślnej fryzury, jak reszta dziewczyn, a i tak była najpiękniejszą dziewczyną na imprezie. Jeśli nie we wszechświecie. Roztaczała wokół siebie blask i szyk, niczym gwiazda starego Hollywood i jedynym czego brakowało w tej scenerii to paparazzi.
Klaudii towarzyszyła drobna szatynka, Sabina Krysik. Emil mógłby przysiąc, że dziewczyna się nawet umalowała, ale przy Klaudii każda wyglądała tak jakoś nijako.
– Chciałbyś taką, co? – Igor szturchnął Emila łokciem w żebra, posyłając mu lubieżny uśmiech.
– Mogłem ją mieć, ale odpuściłem stary. – Emil starał się nadać swojemu głosowi wyraz obojętności.
– A właściwie czemu stary? Nigdy nie powiedziałeś czemu wasza randka nie doszła do skutku?
Przecież nie mógł mu powiedzieć o makabrycznym śnie, w którym zamordował Klaudię i przez który się bał, że wyrządzi dziewczynie krzywdę. Nie powiedział by tego nawet pod groźbą śmierci.
– Nie lubię lasek zapatrzonych w siebie. Nawet ja mam swoje kryteria. Za dużo z nią zachodu. Zwodziłaby mnie, chciałaby kwiatków, randek i obietnic, a na końcu i tak by się ze mną nie przespała. Mówię ci stary, nie warto w takie inwestować, bo to tylko strata czasu i pieniędzy.
Igor zarechotał. Zrozumiał aluzję. Tym bardziej, że teraz współlokator śledził wzrokiem śliczne kuzynki Sobczak.
– To którą chcesz teraz?
– Blondi już miałem, więc dziś wieczór chyba czarnulka będzie miała szczęście.
– To ja zaklepują blondi. – Igor wypiął pierś i pociągnął spory łyk swojego drinka. Czuł się nabuzowany z racji tego, że był to już jego czwarty.
– A więc zamiana? – Emil udawał, że się zdziwił, ale ta myśl podnieciła go.
– Zamiana! – Igor zaśpiewał pod nosem i tanecznym krokiem ruszył w stronę kuzynek.
Emil jednak pozostał na miejscu. Przez chwilę przyglądał się scenie jak Marciniak rozmawia z dziewczynami, a potem obejmując dziewczynę w pasie, wybrał Jagodę. Dziewczyna ochoczo mu na to pozwoliła, co go nawet nie zdziwiło – była takim jego odpowiednikiem w żeńskim wydaniu. Sam przywołał gestem do siebie tę drugą – Ankę – słodką brunetkę o kuszących kształtach w stylu Kim Kardashian. Nie do końca gustował w tego typu dziewczynach – jego ideałem były smukłe i wysokie, a najlepiej gdyby nazywały się Klaudia Kasprzyk – ale z całą stanowczością mógł stwierdzić, że brunetka miała w sobie pewien urok i nawet jakąś cząstkę dawnej niewinności.
Była w siódmym niebie, że wybrał właśnie ją, widać to było po jej zaróżowionych policzkach i przyspieszonym oddechu.
– Zatańczymy? – spytał, a potem pociągnął ją na parkiet. Objął dziewczynę w talii i zaczęli się poruszać w rytm muzyki. Patrzyła mu w oczy z żarliwością, niespłoszona i nieskrępowana tak bliską obecnością.
– Mówił ci już ktoś, że jesteś piękna? – Założył jej za ucho opadający kosmyk włosów.
– Ze sto razy. – Przewróciła teatralnie oczami i oboje zaśmiali się głośno.
Klaudia obserwowała ich chwilę i próbowała zapanować nad wzbierającą złością. Co takiego się stało, że ją odrzucił? Dlaczego wybiera dziewczyny znacznie słabsze, kiedy mógł mieć właśnie ją? Nic z tego nie rozumiała.
– Wszystko w porządku? – Sabina położyła jej dłoń na ramieniu. – Co ci zrobił ten kubek? – Zaniepokojona zwróciła uwagę na naczynie, które, dawno opróżnione, Klaudia miażdżyła w dłoni.
– Nic mi nie jest – wysyczała Kasprzyk przez zaciśnięte zęby, starając się skupić wzrok na czymś innym niż na Kaliszewskim obłapiającym jakąś lafiryndę.
– Chcesz zatańczyć?
– Jasne, czemu nie. – Kasprzyk wzruszyła bezwładnie ramionami i położyła zgnieciony kubek na jednym ze stołów. W tej chwili pragnęła jedynie by tak wyglądało serce Emila.

***

Miała przyjemny miętowy smak i całowała się zadziwiająco dobrze. Włosy pachniały jej szałwią, a na biodrze miała niewielki tatuaż w kształcie słońca. Jęczała w odpowiednich momentach, i tym razem Emil nie miał trudności, by dojść. Jeszcze przez chwilę Anka wiła się pod nim, kończąc swój orgazm, a potem zastygła, uśmiechając się do niego szeroko.
– Było świetnie – pochwalił ją, co nie było w jego naturze i sprytnie zdjął prezerwatywę, zawijając ją w papierowy ręcznik. Naga Anka podniosła się z łóżka i wciąż lekko dysząc, stanęła przed Kaliszewskim.
– No ja myślę. – Puściła mu perskie oko. – Chcę żebyś o czymś wiedział, sypiałam kiedyś z twoim bratem, kilka razy. Chociaż podobieństwo między wami jest uderzające, to ty byłeś nieporównywalnie lepszy. I mam nadzieję, że nie uraziłam cię tym komplementem.
– Tylko tak mówisz – żachnął się. – Z tego co słyszałem, Erik był tu królem.
– Był nim, o tak. Ale czas najwyższy by uczelnia upomniała się o nowego króla…
– Tak myślisz?
– Oczywiście. Erik był królem, ale to ty masz predyspozycje, by być Bogiem.
Pieściły go te słowa, były niczym miód na jego serce i muzyka dla uszu.
– Opowiedz mi o Eriku. Co w nim zapamiętałaś najlepszego?
Anka zaśmiała się, ukazując rząd białych, pięknych zębów.
– Jesteś ostatnią osobą, która może o to prosić. Oprócz ostrego rżnięcia niewiele nas łączyło.
– A więc opowiedz mi o tym jak lubił się posuwać, co lubił najbardziej.
Lubieżny błysk w oku Anki mógłby oświetlić kampus, gdyby nagle zabrakło prądu.
– Mogę ci pokazać – rzekła, klękając przed nim na kolana i zsuwając z niego bokserki, które dopiero co zdążył włożyć.

***

- Nie rozumiem, nie pociągam cię? – Jagoda zrobiła kwaśną minę. Leżała naga i chętna na łóżku, podczas gdy Igor wkładał spodnie. Kiedy piętnaście minut temu wtargnęli tutaj, nie mógł oderwać od niej rąk i była pewna, że wygranie zakładu ma w kieszeni. Całowali się, rozebrali, ale nagle Igor odskoczył od niej jak oparzony. Nie rozumiała tego.
– Nie o to chodzi – odpowiedział, rozglądając się za swoją koszulką.
– A więc o co? – Skrzyżowała ręce na piersi, kompletnie nie przejmując się tym, że jest naga.
– Nie mam nastroju.
– Co? – Prawie połknęła język. – Jesteś jedyny w swoim rodzaju, wiesz? – Kpiła – Facet, który ma TAKĄ okazję i jej nie wykorzystuje. Nieprawdopodobne.
Wzruszył ramionami, gdy wkładał t-shirt.
– Słuchaj, a może ty jesteś homo? – zadrwiła.
Wyglądał jakby ktoś uderzył go czymś ciężkim.
– Bluźnisz dziewczyno – warknął i wyszedł z pokoju, w ostatniej chwili by uniknąć ciosu poduszką. Mógłby przysiąc, że słyszał za sobą krzyk niezadowolenia. Za drzwiami wpadł na kogoś. Nerwy mu puściły i zachowywał się jak słoń w składzie porcelany. Podniósł wzrok by przeprosić chłopaka, z którym się zderzył, i natychmiast się rozjaśnił.
– Och, witaj pedale. Dobrze się bawisz? – Po czym wyminął przerażonego Karola, uderzając go barkiem.

Rozdział 13 „Zazdrosne serce nie uznaje uśmiechu”

Sobota
Dochodziła północ, kiedy to rozanielona młodzież przestała przejmować się jakimikolwiek zasadami panującymi na uczelni. Zachęceni nieobecnością wykładowców, studenci kopulowali gdzie popadnie, pili na umór, wrzeszczeli i tańczyli do upadłego.
Było chwila po dwunastej, kiedy to Monika musiała sprzątać zarzyganą łazienkę, a potem zamiast dobrze się bawić z resztą, była zmuszona pilnować i strzec pozostałych. Nikt od niej tego nie wymagał, taka już była.
– Pozwól, że ci pomogę. – Maciek położył jej dłoń na ramieniu, gdy przechadzała się pomiędzy meblami z plastikowym workiem, sprzątając wszelkie śmieci.
– Nie trzeba, – odparła – wracaj do zabawy. Zaraz do ciebie dołączę.
– Dobrze, kochanie. – Z czułością pocałował ją w policzek i dołączył do Karola, pijącego piwo na jednej z kanap.
– Coś ty taki nieswój? – spytał kumpla. Praktycznie od początku imprezy Karol był apatyczny i małomówny.
Karol wzruszył ramionami.
– Powiesz mi?
– Nic mi nie jest. Po prostu – wyłapał wzrokiem Igora, który pastwił się nad nim od kilku dni, a serce podeszło mu do gardła – nie mam dziś nastroju . Wracam do pokoju, jestem zmęczony.
– Na serio?
Leśniewski skinął głową i podniósł się z kanapy. Maciek z konsternacją patrzył jak jego najlepszy przyjaciel oddala się, zrezygnowany, w stronę wyjścia. I on podniósł się z miejsca, z zamiarem porozmawiania z kumplem, ale drogę zastąpiła mu pewna dziewczyna. Śliczna blondynka z ładną cerą i ciałem bogini. Pamiętał jak raz wpadła na niego na szkolnym korytarzu.
– Zatańczymy? – spytała trzepocząc rzęsami.
Miała w sobie niebywały urok i pewność siebie, które brały się właśnie z jej nieprzeciętnej urody.
– Pewnie. – Maciek skinął głową i pozwolił poprowadzić się blondynce na parkiet i wmieszać w tłum tańczących.
Piosenka była dość szybka i skoczna, a on prowadził dziewczynę, okręcając ją wokół siebie i posyłając jej czarujący uśmiech.
– Jestem Jagoda – przedstawiła się, coraz śmielej ocierając się o niego.
– Maciek – odpowiedział.
– Wiem. – Puściła mu perskie oko. – Jesteś tutaj kimś w rodzaju vipa, wiesz?
Zaśmiał się.
– Wiesz, wolałbym żeby ludzie pamiętali mnie bardziej z powodu moich zasług.
Już po chwili dało się zauważyć, że to Jagoda próbowała zawładnąć tym tańcem, a on już dawno przestał prowadzić. Ocierała się o niego pupą, prowokacyjnie wydymała usta i wymachiwała włosami. Jej ręce błądziły po jego klatce piersiowej i szyi, a kiedy przeniosły się na twarz, Maciek musiał zaprotestować.
Każdemu facetowi na tej planecie schlebiłoby zainteresowanie tak pięknej dziewczyny, jaką bez wątpienia Jagoda była. Ale Maciek musiał pamiętać, że jest zaręczony. I to z dziewczyną, w której był zakochany po uszy.
Odsunął się od niej i strącił jej dłoń.
– Jeśli szukasz przygód, to nie ze mną dziewczyno. – Ściągnął brwi.
Zrobiła minę niewiniątka.
– Nie wiem czy wiesz, ale…
– Tak wiem – przerwała mu niegrzecznie – bla bla bla. Ty i Piaskowska. Nudy. Ale ty i ja…
Znów próbowała go objąć, ale odskoczył jak oparzony. Ostatnio nie przywykł do takich zaczepek, choć kiedyś były one na porządku dziennym.
– Kocham Monikę – rzekł z mocą. Czy tylko on czuł skrępowanie tą rozmową?
– Miłość i pożądanie to dwie różne sprawy. Kochaj ją sobie do woli, ale to JA mogę spełnić twoje zachcianki.
– Kocham Monikę i pożądam – podkreślił. – Zresztą to nie twoja sprawa.
Odsunął ją od siebie, co było groteskowo podobne do sceny, w której matka w sklepie odstręcza swoje dziecko od słoja ze słodyczami.
– Jak chcesz. – Jagoda cmoknęła. – Jakby co wiesz gdzie mnie znaleźć.
Odeszła, prowokacyjnie kręcąc pupą.
Kiedy na horyzoncie pojawiła się Monika, Maciek wiedział, że nadciągają kłopoty.
– Co to było? – Położyła dłonie na biodrach i wbiła w niego baczne, niewzruszone spojrzenie.
– Zwykła namolna laska. Nic takiego. – Próbował zaciągnąć ją do tańca, ale nie dała się zwieść.
– To po co z nią tańczyłeś?
– Oj wiesz, że nie umiem odmawiać.
– Nie umiesz odmawiać atrakcyjnym laskom.
– Jesteś zazdrosna? – Wyszczerzył zęby.
– Co za głupia zmiana tematu! – Przewróciła oczami. – Oczywiście, że jestem! Powiedz co ty być zrobił, jakby obłapywał mnie namolny przystojniak.
– Udusiłbym gołymi rękami!
– No widzisz! Więc jeśli jeszcze raz zobaczę się z tą, lub inną laską, delikwentka będzie martwa, słyszysz? Więc radzę uważać, chyba nie chcesz mieć nikogo na sumieniu? – Pogroziła mu palcem.
– To nic nie znaczyło.
– No ja myślę. A teraz możemy zatańczyć. – Uśmiechnęła się do niego szeroko.

***

- Zatańczymy? – Kolejny natręt zasłonił Klaudii widok.
– Spadaj – syknęła, a winowajca uciekł jak oparzony.
– Coś ty taka wybredna? – spytała siedząca obok na kanapie Sabina. – Masz ogromne powodzenie. To już chyba piąty chętny. Czemu posyłasz wszystkich do diabła?
Klaudia była zbyt wkurzona by odpowiedzieć Sabinie. Bezustannie wlepiała wzrok w mahoniowe drzwi, za którymi ponad pół godziny temu zniknął Emil z pewną brunetką. W dłoni ściskała pusty plastikowy kubek, który teraz nie nadawał się już do niczego.
– Masz ochotę zatańczyć? – Następny chłopak zawisł tuż nad Klaudią. Ze znużeniem podniosła wzrok do góry, ale gdy widok jej nie zaciekawił, w powrotem ją opuściła. Odwróciła wzrok do współlokatorki.
– Moja koleżanka bardzo chętnie z tobą zatańczy. – Skierowała te słowa do Sabiny, zamiast do chłopaka. Sabina wytrzeszczyła oczy i spłonęła rumieńcem. Chłopak natomiast wyglądał jakby ktoś zdzielił go czymś ciężkim po głowie. Wyciągnął jednak swoją szczupłą dłoń w stronę Krysik. Sabina podniosła się kanapy, jakby nogi miała z ołowiu i poczłapała na parkiet z chłopakiem.
Klaudia wierciła się jeszcze chwilę na sofie, ale nie mogąc dłużej wytrzymać tej nerwówki wstała z miejsca i zaczęła przechadzać się po pokoju. Ostatecznie zdecydowała się stanąć pod jedną ze ścian, skąd miała jeszcze lepszy widok na drzwi.
– Proszę, to dla ciebie. – Jakiś chłopak podał jej drinka. Grzecznie podziękowała, chociaż nie obdarzyła go szczególnym zainteresowaniem. Pozwoliła mu jednak tak stać przy sobie, co powinno być dla niego wystarczającą nagrodą.
– Jestem Marek…
Uciszyła go otwartą dłonią, bo właśnie drzwi otworzyły się, a ona ujrzała jak z pokoju schadzek wychodzi brunetka z zaczerwienionymi policzkami, a zaraz za nią niezwykle z siebie dumny Emil.
Przez chwilę spojrzenia Kaliszewskiego i Kasprzyk skrzyżowały się. Świat stanął w posadach, zachybotał się, gdzieś wybuchł jakiś wulkan. Chociaż Klaudia cała się spięła, jej mózg pracował na pełnych obrotach. Odwróciła się w stronę chłopaka.
– Mariusz, tak?
– Marek – poprawił ją, ale nie wyglądało na to, że poczuł się urażony.
– Jak zwał, tak zwał. – Przewróciła oczami.- Słuchaj Marek, jak się całujesz?
– Że co proszę?
– Mam ochotę to sprawdzić – wychrypiała i przywarła do niego całym ciałem. Odnalazła jego ciepłe usta o zapachu soku z limonki i tytoniu. Całowała go czule i z pasją, ignorując jego podniecenie, które dało o sobie znać.
Zatraciła się w tym pocałunku, utraciła kontakt z rzeczywistością. A niczemu winny chłopak stał się właśnie jej pierwszą ofiarą.

***

- Proszę. – Jagoda z kwaśną miną wręczyła Ance stuzłotowy banknot. – Dzisiaj to na pewno nie mój dzień.
Uradowana kuzynka schowała papierek w staniku i poprawiła szminkę przed lustrem.
– Och, nie przejmuj się. Mówiłam ci, że z Igorem jest coś nie tak. Facet, który nie korzysta z okazji to nie facet. Odrzucił nas obie, a to oznacza, że z nim jest konkretnie coś nie tak. Może to homoś?
– Mniejsza z tym. – Jagoda skończyła poprawiać tusz na rzęsach. – Mam teraz inny cel, ale nie będzie łatwo.
– Nie mówisz chyba o Emilu?
– Zapomnij o Emilu! Jaki z niego niby trudny cel? Wystarczy, że obie rozłożyłyśmy nogi i był nasz. Czym się tu niby zachwycać? Nad czym się głowić? Skończyłam z nim. A jeśli chodzi o ciebie lafiryndo, mam nadzieję, że się zabezpieczyłaś. Nie wiadomo, czy Kaliszewski nie roznosi jakiegoś choróbska.
– O to się nie martw. – Sobczak machnęła ręką. – Jestem dużą dziewczynką. Powiedz lepiej co to za nowy cel?
– Maciek Piotrowski. – Jagoda dumnie wypięła bujną pierś.
Jakaś dziewczyna właśnie weszła do łazienki, więc kuzynki na moment przerwały rozmowę.
– Coś ty? – Anka wybałuszyła oczy. – Maciek? Nie wiesz do kogo należy?
– Też mi coś. – Jagoda prychnęła. – Nie ma takiego wagonu, którego nie można odczepić. Zresztą mówisz jakby Piaskowska miała na niego jakieś cholerne prawo własności.
– Bo tak jest.
– Bzdury. Pamiętasz jak w zeszłym roku sama odbiła go Paulinie?
– To chyba nie było tak…
– Było. Pamiętasz co mówiła Paulina? Wciąż czuła coś do Maćka, nigdy tak naprawdę z nim nie zerwała, potrzebowała po prostu przerwy. Ale Piaskowska od razu wyczuła w tym swoją szansę. Związek Paulina – Maciek wciąż się tlił, a Monika przysypała ogień ziemią by im nie wyszło.
– Ja to pamiętał trochę inaczej.
– Och, nieważne! – Jagoda pokręciła tylko głową. – Chcę tylko powiedzieć, że Maciek nie musi być przywiązany do jednej dziewczyny, że łańcuch łatwo zdjąć.
– Nie wydaje mi się, że to będzie takie łatwe.
– Sama się przekonasz. Jeszcze wspomnisz moje słowa.
Anka z przerażeniem popatrzyła na swoją piękną kuzynkę. Ale przerażenie szybko ustąpiło miejsca fascynacji i podziwowi. Jagoda, bez wyjątku, odnosiła sukcesy na każdej płaszczyźnie swojego życia. A sukces zapewniała jej najsilniejsza kobieca broń – własne ciało.

***

Kiedy Klaudia oderwała się od chłopaka, do którego przyssała się niczym pijawka minutę wcześniej, nawet na niego nie spojrzała. Otarła usta, a potem zmrużyła oczy by odszukać Emila. Była gotował umrzeć byleby tylko zobaczyć teraz jego minę. Ale Emil nie był tam, gdzie ostatnio. Rozejrzała się więc po pokoju pełnym zapijaczonej młodzieży i z paniką na twarzy zobaczyła jak Kaliszewski tańczy z jej współlokatorką. Z nieśmiałą, zalęknioną, zakompleksioną i podatną na wpływy Sabiną. A Sabina całkowicie uległa jego urokowi, pozwalała, by dotykał jej twarzy i włosów. Ba! Nawet szepnął jej coś do ucha.
Pod Klaudią ugięły się nogi. Nie dlatego, że Emil jej się wymykał, ale dlatego, że cholernie bała się teraz o Sabinę.

Rozdział 14 „Spodziewaj się niespodziewanego”

Sobota

Chłód nocy przynosił ukojenie, choć nerwy miała teraz w strzępach. Przez kilka minut Klaudia chodziła w kółko, niczym pantera w klatce, przed budynkiem bractwa. Obraz cholernie z siebie zadowolonego Emila i wpatrzonej w niego Sabiny wciąż stał jej przed oczami. Musiała wyjść z imprezy, pomyśleć, ochłonąć.
W środku zostawiła swój sweter, ale nie było jej zimno w samej sukience, tak była zdenerwowana. Musiała zastanowić się nad wszystkim, a im bardziej chciała to wszystko ogarnąć, tym bardziej czuła, jak jej głowa zbliża się do eksplozji. Lucyna chce by skrzywdziła Emila. Emil chce skrzywdzić Sabinę. Sabina jest jak Lena. Erik skrzywdził Lenę. Lena się zabiła. Jak do cholery ona ma skrzywdzić Emila, skoro ten ją odrzucił? Jak zmusić do miłości kogoś, kto jest uczuć pozbawiony? Jak za jednym razem pogrążyć Emila i uratować przyjaciółkę?
Klaudia czuła się zdruzgotana. Znalazła się w beznadziejnej sytuacji i nie miała pojęcia jak wybrnąć. Lucyna na nią liczyła, ale ona najlepiej odesłałaby Emila do wszystkich diabłów.
Przed domem bractwa pewna dziewczyna zaczęła wymiotować. Zniesmaczona Kasprzyk odeszła stamtąd i skierowała swoje kroki do akademika. Nie weszła jednak do środka. Wybrała najniższy stopień schodów i usiadła na nim, krzyżując nogi. Popatrzyła na nocne niebo, usiane gwiazdami, na księżyc w pełni, który dopełniał ten cudny widok. Westchnęła. Lena uwielbiała niebo, mogłaby wpatrywać się w nie godzinami. Na wsi, skąd pochodziły, było najlepiej widoczne z niewielkiego wzgórza, na które wspinały się w każdą Noc Świętojańską. Urządzały sobie wtedy nocny piknik i do rana opowiadały zmyślone, fantastyczne historie.
Samotna łza spłynęła po policzku Klaudii. Zacisnęła zęby z bezsilności, mimowolnie ściągnęła także dłonie w pięści. W kościach czuła, że tak należy postąpić. Lena zasłużyła na swoją zemstę.
Objęła się dłońmi i jeszcze przez chwilę cichutko płakała.

***

Daniel czuł, że przyjazd matki popsuje mu cały dzień. Nie przypuszczał jednak, że ta wizyta nadszarpnie mu nerwy do tego stopnia, że nie będzie mógł zasnąć. Choć miał dużo swobody – współlokatorzy byli na imprezie i z pewnością do rana nie mieli wrócić – to mimo usilnych starań, sen nie przychodził.
Jakąś godzinę przewracał się z boku na bok i liczył barany, ale nic to nie dało. Zrezygnowany podniósł się z łóżka i szeroko ziewnął. Był zmęczony, nieprzytomnie zmęczony, lecz również poruszony i dziwnie ożywiony, jak po amfetaminie. Wiedział, że to prawdopodobnie połączenie Citalu i kolejnych cięć, dało taki efekt, ale wolał wierzyć, że to matka zniweczyła jego szanse na spokojny sen.
Włożył na nos okulary. Pospiesznie ubrał spodnie, bluzkę i bluzę z kapturem oraz buty i przeskakując co drugi stopień, zbiegł po schodach. Nagle zapragnął pobiegać. W domu robił to od czasu do czasu bez większego powodu, ale liczył, że może jeśli się zmęczy, uśnie o wiele łatwiej.
Naciągnął kaptur na głowę i popchnął drzwi wejściowe. Chłód wieczoru uderzył go w twarz, ale było to dość przyjemne. Zmrużył oczy, starając się dostrzec, co dzieje się na terenie domu bractwa Strong, zrobił krok do przodu i wtedy… zamarł. Zatrzymał się w półkroku i z niedowierzaniem dostrzegł Klaudię Kasprzyk, samotnie siedzącą na schodach, która…płakała?
Nigdy nie był typem rycerza ratującego damy w opałach. Cokolwiek Klaudii było, on nie chciał pogłębiać jeszcze bardziej niezręczności tej sytuacji. Po cichu wycofał się z powrotem do budynku. Ale nie wrócił do pokoju. Schował się za framugą i nie spuszczał oka ze ślicznej dziewczyny. Coś musiało ją trapić, bo nie wyglądała na zbyt szczęśliwą. Ale mimo wszystko wyglądała zjawiskowo, gdy tak siedziała, samotnie. Gdyby tylko miał w sobie więcej odwagi, gdyby tylko potrafił rozmawiać z dziewczynami, wszystko byłoby inaczej.
Daniel westchnął głęboko i przyłożył czoło do szyby w drzwiach, nie odrywając od niej spojrzenia. Rusz się Daniel, rozkazał sobie. Jeszcze chwilę stał bez ruchu, oddychając szybko i płytko. Wytarł mokre od potu dłonie, a potem pchnął drzwi ponownie. Serce miał już w gardle i właściwie nie wiedział co robi. Widział tylko jak nogi prowadzą go naprzód, chociaż rozum nakazywał pozostać w środku. W tej samej sekundzie po prostu usiadł obok dziewczyny i zapytał bez zastanowienia:
– Wszystko w porządku?
Był zdumiony jak łatwo zadał to pytanie, zważywszy, że aż cały się trząsł ze zdenerwowania. Podniosła głowę i utkwiła w nim spojrzenie swoich fascynujących, brązowych oczu.
– Och, cześć – powiedziała spokojnie i na chwilę odwróciła głowę, by obetrzeć łzy rękawem swojej efektownej sukienki. Udał, że nic nie zauważył. Kiedy na powrót ich spojrzenia się skrzyżowały, obdarzyła go najcudowniejszym uśmiechem na świecie.
– Cześć – odparł, poprawiając od niechcenia okulary. – Nie jesteś na imprezie?
– Byłam tam, ale nie spodobało mi się – wyjaśniła. – Sodoma i Gomora. Jak dla mnie za dużo tego wszystkiego. – Przewróciła oczami. – Nie przywykłam imprezować co kilka dni.
Pokiwał głową ze zrozumieniem. Mimo, że była najgorętszą dziewczyną w kampusie, bardzo szybko rozluźnił się, jej obecność miała na niego dziwny, kojący wpływ, choć nie potrafił wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje.
– A ty? – zwróciła się do niego. – Nie poszedłeś na libację?
Westchnął.
– Nie lubię tego typu zabaw…. Zawsze…. Zawsze istnieje obawa, że można zrobić coś głupiego.
– Taaa. – Pokiwała ze zrozumieniem głową. – Lepiej nie kusić losu. – Uśmiechnęła się do niego nieśmiało. – Pamiętam…
– Nie. – Pokręcił głową. – Wtedy zaszło nieporozumienie.
– Ale… sądziłam, że przesadziłeś z alkoholem.
– Wierz mi, tamtego wieczoru nie wypiłem ani kropli.
– Więc jak…?
– Biorę leki, a wtedy to nie był chyba mój najlepszy dzień. Stres w związku z przyjazdem tutaj spotęgował jedynie wszystko. Zachowałem się wtedy jak palant. Przepraszam, że naraziłem cię na towarzyskie samobójstwo.
Sam nie wiedział skąd wziął się u niego ten niespodziewany słowotok. Po prostu obecność Klaudii uspokajała go. Otwierał się. Przy niej nie musiał się martwić, że zostanie wyśmiany, czy pominięty.
Niezwykła to była dziewczyna. I całkowicie neutralnie zareagowała na informację o lekach. Inni zawsze pytali, co mu jest, a uzyskawszy informację, odwracali się na pięcie i odchodzili. Klaudia pokiwała jedynie głową ze zrozumieniem i nie rozwijała tematu.
– Za nic nie przepraszaj. Zrobiłam, co należało zrobić. – Wzruszyła ramionami.
– Dzięki.
– Podziękuj też Emilowi. Gdyby nie on nie dałabym sobie sama rady.
– Czekaj. – Cofnął głowę ze zdumieniem. – Emil?
– Tak. Pomógł mi zaprowadzić się co pokoju. Zachował się bardzo szlachetnie, tym bardziej, że nikt inny się nie odważył.
Ta informacja całkowicie wybiła go z rytmu. Emila jako ostatniego podejrzewałby o coś takiego.
– Jesteś zdziwiony?
– A to tak widać?
– Nie przepadasz za swoim współlokatorem, co?
– To raczej on nie przepada za mną. – Wzruszył ramionami.
Nie chciała teraz rozmawiać o Emilu. Zranił ją tej nocy, kiedy to wybrał inną na jej oczach. Łzy porażki zawsze trudno było przełknąć.
– Nie jest ci zimno? – spytał po chwili, z zadowoleniem, że tak łatwo przystała na niekontynuowanie tematu Emila.
Pokręciła przecząco głową, ale jej nie uwierzył.
– Boże. – Przewrócił oczami. – Ale ze mnie kretyn. Gdzie moje maniery?
Z nie lada zaskoczeniem obserwowała jak Daniel ściąga przez głową swoją bluzę z kapturem i nakłada na jej ramiona. Nagle zrobiło jej się tak ciepło na sercu, że żadna bluza nie była potrzebna. Gest ten przywrócił jej wiarę w ludzi, a raczej wiarę, że prawdziwi faceci jeszcze nie wyginęli.
– Matko, co zrobiłeś? – Zaśmiała się. – Przecież teraz będę miała cię na sumieniu. Zaraz mi tu zamarzniesz! Przecież ty jesteś chudszy ode mnie!
Kuriozalny był to widok, kiedy tak siedział koło niej, jedynie w cieniutkiej bluzce pod którą widać było jego wystające żebra. Sam Daniel dziękował w duchu, że włożył coś na długi rękaw. Ciężko byłoby mu wytłumaczyć się z ran na rękach.
– Nic mi nie będzie – skłamał, próbując zapanować nad szczekającymi zębami.
– Nie jestem potworem. Chodź, podzielimy się – zakomunikowała, przysuwając się do niego i zarzucając mu na plecy połowę bluzy.
Stykała się z nim nagim ramieniem, mógłby nawet przysiąc, że jej włosy muskały jego szyję. Cały spiął się w sobie, ale cholernie przyjemnie czuć było jej ciepło i zapach perfum.
– Nie pasujesz do tego miejsca Daniel. – Nie odrywała od niego oczu. – I jest to komplement.
– Dzięki. – Nie tracił z nią kontaktu wzrokowego, co było aktem niezwykłej odwagi. Jeśli chodzi o sprawy damsko – męskie, Wołynko był całkowitym laikiem, ale obecność tej dziewczyny napawała go niezwykle przyjemnym uczuciem. – Powiesz mi co cię tak zmartwiło?
– Słucham?
– Nie chcę się wtrącać, ale płakałaś wcześniej…
– Ach… to nic. Ale dzięki, że pytasz. – Jej uśmiech rozpromieniał całe wieczorne niebo.
Klaudii podobał się ten chłopak. Był jak z innej epoki: uprzejmy, taktowny. Był również dla niej wielką tajemnicą, chłopakiem przepełnionym bólem i własnymi lękami. Lubiła z nim rozmawiać, bo słuchał jej z zapałem i zaangażowaniem. Nie potępiał, nie dopytywał. Po prostu słuchał i starał się zrozumieć.
– Powiedz mi coś o sobie – poprosiła. – Skąd jesteś? Dlaczego akurat ta szkoła? Masz dziewczynę? – Szturchnęła go ramieniem.
– Zacznę od tego ostatniego. – Westchnął i uśmiechnął się. – Nie, nie mam. Nie nadaję się do tego.
– Jak to? – Zdziwiła się. – Przecież bardzo fajny z ciebie chłopak.
– Dzięki. Raczej niewiele osób tak uważa. Właściwie jesteś pierwszą dziewczyną, która powiedziała o mnie coś takiego. Nie wliczając w to mojej mamy. – Przewrócił oczami.
Zaśmiała się uroczo.
– Musi być z ciebie bardzo dumna.
Postanowił nie wyprowadzać jej z błędu.
– Czym się zajmuje?
– Była sekretarką prezesa w firmie meblarskiej. Ale teraz nie pracuje. Wszystko zaczęło się od tego, że zaczęła z owym prezesem sypiać. W końcu wyszła za niego.
– Dobrze dogadujesz się z ojczymem?
– Nie bardzo.
Nie chciał jej mówić o tym, jakim popierdolonym zboczeńcem jest Badecki.
– A co z twoim prawdziwym tatą?
– Zostawił nas, jak miałem dziesięć lat. Od tego czasu go nie widziałem.
– Przykro mi. – Spuściła głowę. – Przepraszam, że tak cię wypytują. Czasem moja głupia gęba zaczyna paplać nim głowa pomyśli.
– Spokojnie, nie ma sprawy. Możesz pytać. Dobrze mi się z tobą rozmawia.
– To się cieszę. – Jej śliczną twarz rozjaśnił uśmiech wart milion dolarów.
Była blisko, niebezpiecznie blisko. Doskonale widział odcień jej oczu…, widział każdy pojedynczy pieg pokrywający jej zgrabny nos. Ale to usta, pełne, karminowe, najbardziej przykuły jego uwagę.
Pocałował ją nagle i niespodziewanie. Niespodziewanie także dla niego, bo pierwszy raz zrobił coś tak odważnego. Już nie pamiętał, kiedy ostatni raz całował jakąś dziewczynę. Chyba było to dwa lata temu na urodzinach kolegi, ale dziewczyna była tak pijana, że zarzygała mu spodnie.
Klaudia nie odepchnęła go, na co był przygotowany, a wręcz przeciwnie: przywarła do niego z mocą i zaczęła oddawać pocałunek. Smakowała cudnie, niczym najwspanialsza słodycz, całowała z pasją i czułością, całkowicie oddana. Czy robiła to z litości? Nie chciał teraz tego roztrząsać.
Bluza, którą byli okryci, zsunęła się z ich ramion, ale żadne się tym nie przejęło. Daniel niezdarnie objął dziewczynę ramieniem; była już tak blisko, że mogła poczuć jak łomocze mu serce.
Gdzieś nieopodal trzasnęły drzwi, na co Wołynko odskoczył od Kasprzyk. Spuścił głowę i zdjął zaparowane okulary, by je przetrzeć.
– Przepraszam – bąknął, gdy nałożył je z powrotem. – To było głupie, nie wiem co mnie napadło.
Miał wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu z klatki piersiowej.
– Nigdy nie przepraszaj dziewczyny za pocałunek – powiedziała cicho i przeczesała włosy dłonią. – Za bardzo się nie opierałam, więc nie musisz robić sobie wyrzutów. – Wzruszyła ramionami.
Wtem jej wzrok padł na Emila i Sabinę, zajętych rozmową przed budynkiem bractwa.
– Przepraszam cię, ale teraz muszę coś załatwić – powiedziała i podniosła się z miejsca, kierując się szybkim krokiem w tamtą stronę.
Kaliszewski w subtelny sposób dotykał ramienia Krysik, natomiast Sabina śmiała się cichutko z tego, co właśnie powiedział. Klaudia czuła się nabuzowana i rozjuszona. Niech Emil trzyma ręce z dala od tej dziewczyny!
– Sabina! – Zawołała, gdy znalazła się zaledwie parę metrów od nich.
Krysik podskoczyła w miejscu, spięła się automatycznie i utkwiła wzrok we współlokatorce.
– Och, Klaudia, cześć. Gdzie byłaś?
– Trochę tu, trochę tam. – Kasprzyk machnęła ręką, a następnie chwyciła współlokatorkę za dłoń, próbując odciągnąć ją od Kaliszewskiego.
– Zaraz, zaraz. – Emil zaprotestował. – Właśnie rozmawiałem sobie z Sabiną, kiedy niegrzecznie nam przerwałaś.
– Już ja tam dobrze wiem, co ty z nią robiłeś – warknęła niczym pies, który gryzie nieprzyjaciół.
Sabina poczuła jakby znalazła się pomiędzy młotem a kowadłem. Z jednej strony Klaudia ciągnęła ją w stronę akademika, z drugiej Emil przytrzymywał, by została.
– Niby co?
– Może inne laski cieszy to, jak łatwo dają się zbałamucić, ale nie z Sabiną te numery. Może biedna dziewczyna nie wie co robi, ale na szczęście ma mnie. Jestem jak rzep. Pojawiam się niechciana, przyczepiam się i nie daję spokoju. Sabina, chodź, zostaw tego gnojka.
– Ale my tylko rozmawialiśmy. – Sabina odparła cicho.
– Gnojka? – Emil uniósł brwi i puścił rękę Sabiny, zrównując się teraz z Klaudią. Był o głowę od niej wyższy, ale Klaudia wbiła w niego pewne siebie spojrzenie, nie mogąc pozwolić by nad nią górował. – A niby co takiego zrobiłem? Czyżby odwołanie randki tak cię zabolało? Twoje ego i urażona duma nie są w stanie znieść tego, że interesują mnie inne dziewczyny?
– Nie wygaduj głupot – syknęła. – Tutaj nie chodzi o mnie! Sabina, chodź.
– Zawsze chodzi o ciebie. Masz się za królową, której nikt do pępka nie sięga. Sabina nie będzie na każde twoje skinienie, dziewczyna ma swój rozum.
Oboje spojrzeli na Krysik, która stała bezradnie z opuszczonymi wzdłuż ciała rękami i nie wiedziała co ze sobą zrobić.
– Odwal się ode mnie i od niej. Nie prowokuj. Na uczelni masz tysiąc panienek, które możesz pieprzyć. Sabinę zostaw w spokoju – warknęła Klaudia przez zaciśnięte zęby, a następnie minęła Emila, szturchając go barkiem i chwyciła Sabinę za rękę, prowadząc niczym matka niegrzeczne dziecko, do akademika.

Rozdział 15 „Nie sposób uciec od przeszłości”

7 października, Niedziela

O pół do dziewiątej Klaudię zbudził sms. Przeciągnęła się leniwie na łóżku i wyciągnęła dłoń po swojego smartfona. Zanim odczytała wiadomość rzuciła spojrzenie na śpiącą współlokatorkę: pogrążona we śnie Sabina nie miała pojęcia jakie miała szczęście. Kto wie jakim nieszczęściem skończyłaby się dla niej ta impreza, gdyby nie odciągnęła jej w porę od Emila?
Tyle szczęścia z pewnością nie miała Lena, siostra Klaudii. Po jednej z takich imprez Lena została brutalnie zgwałcona przez Erika, brata Emila, a później, targana nieszczęściem, pozbawiła się życia.
Klaudia zamrugała szybko, by nie dopuścić swoich oczu do płaczu; Sabina tak strasznie przypominała jej starszą siostrę. Leny nie udało jej się ocalić, o Sabinę będzie walczyć do ostatniej kropli krwi.
Idę pobiegać, masz ochotę? – głosiła wiadomość od Moniki.
Po cichu, by nie zbudzić współlokatorki, Klaudia wstała z łóżka. Równie cicho naciągnęła na siebie legginsy i bluzę z kapturem. Włosy związała w koński ogon. Do kieszeni bluzy schowała telefon wraz ze słuchawkami i wyszła z pokoju.
Akademik pogrążony był w kompletnej ciszy. Nikt, absolutnie nikt nie poruszał się po jego terenie, większość studentów wciąż spała po balangowaniu do późna.
Kiedy Klaudia schodziła po schodach, przypomniała sobie wczorajszą imprezę i w tej samej sekundzie poczuła niesmak. Po pierwsze zachowała się jak idiotka próbując wzbudzić w Emilu zazdrość. Wykorzystała do tego celu obcego chłopaka, który w niczym jej nie zawinił. Dzisiaj nie pamiętała nawet jego imienia. Potem to zdarzenie z Danielem. Naprawdę przyjemnie jej się z nim rozmawiało, był wyrozumiały i wspaniały, ale nie powinna go całować. Nie miała pojęcia czemu na to pozwoliła. Będzie musiała z nim porozmawiać, koniecznie. I wreszcie ta sprawa z Emilem i Sabiną. Co za bezczelny typ! Kłaść swoje brudne łapska na Bogu ducha winnej dziewczynie! Poderwanie takich cichych myszek to błahostka, zwłaszcza dla takiego starego wyjadacza jak Emil. Dobrze, że w porę się zjawiła i uratowała Sabinę z opresji. Ale przecież nie może być z nią zawsze i wszędzie…
– Cześć. – Monika przywitała Klaudię tuż przed drzwiami akademika. Ubrana była w dresowe spodnie znanej firmy i lnianą kurteczkę z kapturem. Wyglądała ślicznie, świeżo i promiennie, pomimo, że do czwartej nad ranem sprzątała po imprezie.
– Hej. – Klaudia posłała w jej stronę uśmiech i zrównała się z blondynką.- Rundka po parku?
– Niech będzie. – Monika skinęła głową i włożyła do uszu słuchawki. Klaudia pospiesznie zrobiła to samo, wcześniej włączając swoją playlistę.
Wystartowały spod terenu uczelni i wolnym truchtem, ramię w ramię, wybiegły na ulicę, przy której znajdowało się miasteczko studenckie.
To był chłodny, mglisty i szary dzień. Niebo przybrało ponury odcień, jakby złe na wszystko. Na ulicy i chodnikach zalegały liście, których już niewiele pozostało na drzewach. Co pewien czas dziewczyny mijał samotny samochód, ale poza tym można było ulec złudzeniu, że cały świat pogrążył się we śnie.
Kiedy ulica skończyła się, dziewczyny zatrzymały się, by otworzyć bramę. Były to tak zwane „wrota do miasta”, bo tutaj właśnie kończyło się akademickie miasteczko, a zaczynała normalna aglomeracja miejska.
Studentki weszły na chodnik przyglądając się jak przechodnie, niespiesznie, maszerują do sklepów lub do swoich domów przy tej leniwej niedzieli. Samochodów było tutaj znacznie więcej, ale i tak dość mało, ponieważ było to osiedle na obrzeżach miasta.
Jako, że do najbliższego parku było jeszcze około pół kilometra, dziewczyny postanowiły przejść się na miejsce, by móc choć przez chwilę porozmawiać.
– Chyba kiepsko bawiłaś się wczoraj – zauważyła Piaskowska, próbując zapanować nad oddechem. – Szybko się zmyłaś.
– Nie byłam w nastroju. Zmyłam się szybko, bo był tam palant, co działa mi na nerwy – prychnęła Klaudia.
– Emil.
– W rzeczy samej.
– Daj sobie z nim spokój.
– Próbuję. – Kasprzyk wzniosła ręce ku niebu.
– To nie wystarczy. Musisz dobitnie dać mu do zrozumienia, że nie jesteś nim zainteresowana. No… chyba, że jesteś? – Monika próbowała uchwycić wzrok koleżanki.
Klaudia zrobiła kwaśną minę. Przecież nie może powiedzieć Monice, że chce się zemścić na Emilu za krzywdy wyrządzone przez jego brata, a mimo usilnych starań nienawidzenia Kaliszewskiego, jej plan spala na panewce.
– Nie wiem jaki jest naprawdę… wciąż kogoś gra, udaje.
– Nikt tego nie wie – wyjaśniła Monika. – Emil to pozer i cwaniak. Z tego co zdążyłam zauważyć w niczym nie różni się od swego brata, Erika.
Na wspomnienie o Eriku, Klaudii przewróciło się w żołądku. Podły typ doprowadził do śmierci jej siostry. Choć nie żył, nienawidziła go z całego serca. Zacisnęła ręce w pięści i wciąż tak je trzymała, aż wreszcie dotarły do niewielkiego parku.
Dziewczyny wybrały jedną ze żwirowych alejek i ponownie wkładając do uszu słuchawki, rzuciły się do biegu.
Klaudia biegła nieco z tyłu, widząc plecy Moniki. Przyjemnie było tak biec, pozwalać swoim myślom swobodnie płynąć, kiedy chłodny wiatr smagał po twarzy, a ulubione kawałki dźwięczały w uszach. W pewnym momencie nawet rozpuściła włosy, by pozwolić im fruwać na wietrze.
Dziewczęta okrążyły niewielki par kilkakrotnie, a kiedy obie poczuły, że opadają z sił, usiadły na ławce, by odpocząć. Włosy przykleiły się Klaudii do czoła, więc na powrót je związała. Piaskowska wyciągnęła z niewielkiej torby na ramieniu małą butelkę wody i podała ją Kasprzyk, a następnie sama się napiła.
Klaudia przez chwilę przyglądała się psom, beztrosko bawiącym się nieopodal z ich leciwą, lecz pełną energiczną panią, a potem zapytała:
– Dobrze znałaś Erika?
Monika zmrużyła oczy, zdziwiona tym pytaniem.
– Wystarczająco – odpowiedziała po chwili.
– Wystarczająco na co?
– Wystarczająco by wyrobić sobie opinię.
– I jaka to opinia?
– Nienajlepsza. – Piaskowska skrzywiła się. – Pewnie co nieco słyszałaś, tak?
– Co nieco – skłamała Kasprzyk, próbując przełknąć wielką gulę w gardle.
– Erik był tutaj wszystkim. Królem, panem, zwali go różnie. Miał mnóstwo przyjaciół, garść panienek na zawołanie, dobre stopnie, bogatych rodziców i wszystko czego dusza zapragnie.
– Brzmi jak idealne życie.
– Taa. Ale Erikowi przestało to wystarczać. Uwielbiał gry. Dużo mącił.
– Mącił?
– Życie szkolnego króla przestało go zaspokajać. Aby dostarczać sobie rozrywki wymyślał różne głupie zakłady, stawiał przed sobą zadania. A przez to cierpieli inni, nigdy on.
– Rozumiem, że przedmiotem tych zakładów były przede wszystkim dziewczyny.
– Praktycznie tak – przyznała szczerze Monika. – Swego czasu, a było to rok temu – tutaj Piaskowska zatrzymała się na chwilę, jakaś dziwna nostalgia wypłynęła na jej twarz – Erik założył się, że przeleci jedną ze studentek.
Serce Klaudii praktycznie stanęło.
– Biedna dziewczyna – wykrztusiła tylko.
– Och tak, biedna. Miała na imię Lena i do dziś żałuję, że nie miałam szansy poznać jej lepiej. Wiesz, bardzo mi ją przypominasz… Przepraszam, to głupie.
Klaudia z całych sił próbowała skupić się na tym, by Monika nie zauważyła, jak bardzo jest poruszona.
– W jakim sensie przypominam?
– Jak zobaczyłam się pierwszy raz, uderzyło mnie to podobieństwo. Później zdałam sobie sprawę, że się jednak różnicie. Lena była zupełnie inna. Nie tylko z wyglądu, ale także z charakteru. Ale oczy… oczy macie podobne.
Klaudia uśmiechnęła się blado. Rozmowa o zmarłej siostrze za każdym razem doprowadzała ją do płaczu; teraz jednak musiała się kontrolować.
– Co się stało z tą dziewczyną?
Doskonale wiedziała, co stało się z Leną, ale cholernie chciała usłyszeć to z ust osoby niepostronnej.
– Jak mówiłam, był o nią zakład. Pomiędzy Erikiem, a… Maćkiem.
Imię ukochanego Monika wypowiedziała jakby to było przekleństwo. Maciek naprawił swoje błędy, ale pomimo to jakaś cząstka żalu wciąż w Piaskowskiej pozostała.
Klaudia wybałuszyła oczy. Nie miała pojęcia, że to z Maćkiem Piotrowskim założył się Erik. W życiu by nie przypuszczała, że to o niego chodzi. Poczuła ogromną wściekłość na chłopaka, ale nie dała tego po sobie poznać.
– Założyli się o pieniądze?
– I to o duże. Zakład był prosty: wygrywa ten, który pierwszy przeleci Lenę.
– Nie rozumiem czemu wybrali właśnie ją?
– Przecież to proste. Erik był zdobywcą. Mógł mieć każdą dziewczynę na uniwersytecie. Lena jako dziewica i szara myszka, a do tego spłoszona i nieprzystępna stanowiła dla niego wyzwanie, rozumiesz? Znudziły mu się lafiryndy rozkładające nogi na pstryknięcie palcem. Lena raz go spławiła, więc poczuł się wyzwany.
– A Maciek?
– Maciek był jego pionkiem. Był popularny, ale na fali popularności Erika, a bez Erika ta popularność mogła szybko przeminąć. Rozumiesz mój tok myślenia? Wszystko co Erik wymyślił, Maciek wykonywał jak sługa. Czy mu się to podobało, czy też nie.
– Na szczęście się zmienił.
– Tak. Ale bywało różnie… Niemniej chłopcy wykorzystywali swój urok by wyrywać dziewczyny. Z czasem Maciek powoli odsuwał się od zakładu, przestało mu zależeć na wygranej. Myślę, że zrozumiał, jak źle postępuje. Ale Erik zachowywał się zupełnie odwrotnie, wręcz odbiło mu na punkcie wygranej. Kiedy Lena mu odmówiła, wkurzył się. Wyszedł z niego potwór, który mieszkał tam od dawna. Pijany i rozjuszony przyszedł w nocy do pokoju Leny. Pobił ją i zgwałcił…
Klaudia miała łzy w oczach. Nie obchodziło jej czy Monika to zauważy. Sama Piaskowska opowiadała o tym z coraz większym trudem.
– Najgorsze jest to, że wszystko umieścił na filmie, by chwalić się tym niezwykle świetnym wyczynem przed kolegami.
Ta informacja zwaliła Klaudię z nóg. Świat zawirował. Gdzieś tam, w świecie, krąży film na którym Erik gwałci Lenę… Ile osób musiało go widzieć? Ile osób bezkarnie przyglądało się cierpieniu jej siostry?
– Nie wiedziałam – powiedziała cicho Kasprzyk, zanim zdążyła ugryźć się w język. Była poruszona, a nerwy miała w strzępach. Jeszcze chwila i mogłaby wybuchnąć. Na szczęście Monika nie doszukała się w jej stwierdzeniu jakiegoś większego przekazu. – To po tym się zabiła, tak? Nie mogła znieść myśli, że jej to zrobił, prawda?
– Więc słyszałaś? Czekaj, czy ty płaczesz?
– A ty nie płakałabyś po usłyszeniu takiej historii? Jezu, biedna dziewczyna.
Monika poczuła się jak zbita z pantałyku.
– Rozumiem, co czujesz. Ja też byłam zdruzgotana. Ale ty nie znałaś tej dziewczyny, a to było rok temu. Świat idzie naprzód. Niepotrzebnie się zamartwiasz.
– Może i niepotrzebnie. Ale po prostu ciężko mi myśleć o tym co czuła ta dziewczyna! Na pewno miała plany na przyszłość, swoje marzenia, rodzinę, która pogrążyła się w smutku i w żałobie. Wszystko przez durny zakład niewyżytego kolesia.
Klaudia gwałtownie podniosła się z ławki i zaszlochała. W nosie miała to, że może się zdradzić. Monika wstała zaraz za nią i przytuliła ją pospiesznie. Kasprzyk zaskoczył ten gest, ale miło było poczuć, że ktoś się nią przejął.
– Spokojnie – powiedziała po chwili Piaskowska. – Erika już nie ma. Może nie jestem za karą śmierci czy morderstwem, ale drań dostał to, na co zasłużył. Już nikogo nie skrzywdzi.
– I świetnie! – Klaudia tupnęła nogą i otarła łzy rękawem. – Mam nadzieję, że zgnije w piekle! Wracamy?
Monika z konsternacją i lekkim przerażeniem patrzyła jak Klaudia wkłada do uszu słuchawki i rzuca się do biegu.

Rozdział 16 „Wszystko wydarzyć się może”

8 października, Poniedziałek

Jagoda otworzyła leniwie jedno oko, by natychmiast je zamknąć. Światło późnego poranka, sączące się przez okno, sprawiało jej niemal fizyczny ból.
– Słabo mi – powiedziała, chowając twarz w poduszce.
Anka zaśmiała się ochryple z sąsiedniego łóżka.
– Trzeba było pić bez opamiętania? – spytała, przeciągając się.
– Trzeba było się tyle pieprzyć? – burknęła Jagoda, wciąż w stanie pół – snu.
Anka wyszczerzyła zęby.
– Co, żal dupę ściska, bo pierwszy raz więcej zaliczyłam od ciebie?
– A daj mi święty spokój! – Jagoda ze złością nakryła się cała kołdrą.
Impreza bractwa Strong miała być jej nocą, a skończyło się tak, że czuła się jak nieudacznik. Nie dość, że kuzynka miała na imprezie więcej facetów niż ona przez cały tydzień, to w dodatku wzbudzała większe zainteresowanie. Czyżby teraz tłuste karlice stanowiły kanon piękna?
– No już, nie bocz się, wstawaj! – Anka rzuciła w nią poduszką. – Znam świetny sposób na kaca.
Jagodzie było nadzwyczaj niedobrze, nie miała pojęcia ile tak naprawdę wypiła, choć nie było tego mało. Chyba poprzez alkohol chciała poprawić sobie zepsuty humor.
– Nie dam ci spokoju. No już, rusz tyłek, podnoś się z łóżka!
Blondynce zaschło w gardle, a oczy szczypały ją od rozmazanego makijażu, którego nie zmyła przed położeniem się do łóżka. Anka wyglądała natomiast promiennie, mimo, że też dopiero przed chwilą wstała.
– Co to za świetny pomysł? – Jagoda skrzywiła się, kiedy kuzynka zdarła z niej przykrycie, a potem rozsunęła zasłony. Światło wypełniło cały pokój.
– Przydałaby się jakaś współlokatorka. Z tobą czasem nie można wytrzymać – rzekła Anka, spoglądając na trzecie, puste łóżko. W odpowiedzi Jagoda pokazała jej język, ale w końcu zwlekła się z posłania. Kości jej przedramion strzelały, kiedy przeciągała się z głośnym jękiem.
– Idziemy na późne śniadanie, wybornie tłuste, najlepsze na kaca – zakomunikowała brunetka, uśmiechając się bez przerwy.
– I to ten twój znakomity pomysł? – Jagoda uniosła brwi. Kręciło jej się w głowie i nie miała siły teraz na przekomarzanie.
– No co? – Anka wzruszyła ramionami. – Mam wielką ochotę na tłustą przekąskę.
Ostatecznie dziewczyny wybrały restaurację McDonald, która była niedaleko miasteczka akademickiego. Wyglądały prawie jak gwiazdy telewizji, kiedy tak siedziały przy stoliku obok okna, w najmodniejszych ubraniach i nieodzownymi okularami przeciwsłonecznymi na nosach. Oczekując na jedzenie obie esemesowały ze znajomymi lub przeglądały swoje profile na Facebooku, aktualizując informacje.
– Wszyscy piszą o wczorajszej imprezie. – Jagoda przewróciła oczami. – Jakby nie mieli ciekawszych tematów…
– Bo to gorący news! Nie rozumiesz? Taka impreza to okazja by się wybić, pokazać światu. A przynajmniej tej uczelnianej społeczności.
Tego dnia był ładny, słoneczny, chociaż wietrzny dzień. Wchodzący do restauracji ludzie narzekali na ziąb i wiatr, a ci co wychodzili – naciągali na głowy kaptury i owijali się szczelnie szalikami. Nieopodal jakaś grupa studentek plotkowała z zacięciem o imprezie bractwa. Kilka stolików dalej kilku chłopaków ze Strongów śmiało się z dowcipów jednego z członków. Ktoś pokazywał komuś ciekawy filmik, ktoś inny czytał książkę. Wszyscy jedli i się cieszyli, więc można było ulec złudzeniu, że McDonald to także terytorium uniwersytetu.
Ktoś z obsługi wywołał ich numer zamówienia, więc Jagoda poszła odebrać jedzenie.
– Naprawdę zamierzasz to wszystko zjeść? – Blondynka nie kryła zdziwienia, stawiając tacę przed kuzynką. Zamówienie Anki opiewało na trzy burgery, sałatkę oraz porcję frytek z panierowanym kurczakiem, podczas gdy ona sama zamówiła jedynie małą sałatkę z łososiem i dietetyczną colę.
– No co? – Anka uniosła jedno z ramion, odwijając wołowego burgera z opakowania. – Jestem głodna jak wilk!
– Ja też, – Jagoda przełknęła głośno ślinę, bo w gardle wciąż nieprzyjemnie ją suszyło – ale to nie znaczy, że życzę sobie zawału serca. Przecież to prawdziwa bomba kaloryczna!
– Oj nie marudź. – Brunetka machnęła ręką. – Spalę wszystko na siłowni.
– Jak chcesz. – Jagoda uniosła obie dłonie, jakby się wycofywała. – To twoje zdrowie i ciało.
Anka wiedziała, do czego zmierza kuzynka. Jagoda była niezaprzeczalnie od niej szczuplejsza i zgrabniejsza. Nie musiała ukrywać wystającego brzucha pod obszernymi swetrami czy trzymać wciąż uniesionej głowy, by nikt nie zauważył podwójnego podbródka. Jagoda była konsekwentna i właśnie tej cechy Anka zazdrościła jej najbardziej. Dzięki temu blondynka miała nienaganną figurę. Mogła sobie pozwolić na frytki raz w miesiącu, pod warunkiem, że obiecała sobie spalić je intensywnymi ćwiczeniami.
Podczas lunchu dziewczyny sporo plotkowały o uczelni i kolegach ze szkoły, a luźna rozmowa pomogła Jagodzie prawie całkowicie zapomnieć o kacu.
– Muszę do toalety – zakomunikowała Anka, po skończonym posiłku i podniosła się z krzesła. Jakiś chłopak ze stolika w rogu restauracji zagwizdał na nią, a zadowolona Sobczak pomachała do niego i zachichotała. Jagoda przewróciła oczami i powróciła do sprawdzania swojego profilu na Facebooku. Zmarkotniała widząc jedynie dwa polubienia ostatnio dodanego przez nią zdjęcia.
Anka upewniła się, że wszystkie trzy kabiny w łazience są puste. Przez chwilę wpatrywała się beznamiętnie w swoje odbicie w lustrze, by na koniec wzruszyć do niego ramionami. Jakby chciała zademonstrować, że ma gdzieś, co myśli jej podświadomość. A ta wielokrotnie podpowiadała jej, że nie powinna tego robić, że psuje swoje zdrowie i psychikę, że to udawane życie. Ale chęć posiadania przez Ankę nienagannej sylwetki była znacznie silniejsza niż zdrowy rozsądek.
Powoli weszła do środkowej kabiny i zamknęła się w niej od środka. Jej serce przyspieszyło, co zawsze miało miejsce, gdy planowała to zrobić. Działo się tak z obawy, że ktoś ją przyłapie, usłyszy, osądzi.
Podniosła deskę klozetową i nachyliła się nad muszlą. Szybkim ruchem umieściła w swoim przełyku dwa palce – środkowy i wskazujący. Lepkie, ciepłe wymiociny wypełniły jej gardło, a następnie wpadły do sedesu. Robiła to tak często, że organizm nie protestował, niestrawione jedzenie bez oporów wydostawało się z niej i wypełniało muszlę klozetową. Starała się wymiotować cicho, na wypadek gdyby ktoś niepowołany pojawił się w toalecie.
Kiedy poczuła, że pozbyła się wszystkiego, urwała kawałek papieru toaletowego i przetarła usta, a następnie brzegi muszli. Spuściła wodę. Poprawiła włosy i odetchnęła głęboko. Serce powoli wracało do normalnego rytmu.
Na powrót znalazła się przez lustrem. Jej policzki były zaróżowione, oddech przyspieszony. W kieszeni spodni wyszukała gumę; usta pomalowała pomadką. Jeszcze przelotny uśmiech do samej siebie i opuściła łazienkę, akurat w chwili gdy ktoś się w niej zjawił.
– Coś długo cię nie było – stwierdziła Jagoda, teatralnie demonstrując znudzenie.
Kuzynka uśmiechnęła się do niej lekko.
– Dużo zjadłam. Przycisnęło mnie.
– Zawsze zazdrościłam ci tej twojej przemiany materii. – Szturchnęła ją w ramię.
Anka pokiwała głową i podniosła ramiona.
– Widzisz, mam szczęście.

***

Juliusz Karpiński kroczył bez większego celu po swoim skromnym gabinecie. Jego głowę od pewnego czasu zaprzątały wciąż te same myśli – czy postępuje moralnie?
Wszystko zaczęło się kilka dni temu od, odebranego w godzinach wieczornych, prywatnego telefonu. Zajęty był właśnie papierkową robotą związaną ze świeżym objęciem stanowiska rektora, gdy służbowa komórka rozdzwoniła się na jego biurku. Zmarszczył brwi zdając sobie sprawę jak późno jest. Poza tym numer, z którego do niego dzwoniono był zastrzeżony. Tym bardziej nie miał zamiaru go odbierać, wiedząc, że w domu czeka na niego żona i gorąca kąpiel. Ale coś go tknęło, rozum podpowiadał, że może być to coś naglącego. Z ociąganiem odebrał w końcu telefon.
– Biuro rektora. Karpiński, słucham?
– Witam rektorze, moje nazwisko Kawiecki. Przepraszam, że niepokoję o tak późnej porze. Już wyjaśniam o co chodzi.
Przez dziesięć minut rektor wysłuchiwał mocnego, zdecydowanego głosu po drugiej stronie słuchawki. Osoba, która do niego przemawiała była dominantem, człowiekiem zuchwałym i kategorycznym. Przez te minuty oczy Juliusza Karpińskiego rozszerzyły się dwukrotnie. Zaschło mu w gardle. Nie spodziewał się takiego telefonu.
– Proszę o przemyślenie mojej oferty i o dyskrecję. Kiedy mogę spodziewać się odpowiedzi?
– Ode…odezwę się w ciągu kilku dni. – Kiedy rektor odzyskał zdolność mówienia, próbował nadać swojemu głosowi naturalny wydźwięk.
– Świetnie. Proszę nie trzymać nas dłużej w niepewności. Będę czekać zatem na telefon. Liczę na współpracę. Do widzenia.
Kawiecki rozłączył się, a rektor opadł zmęczony na fotel. Tej nocy nie dane mu było zasnąć.
Kiedy teraz tak nerwowo przechadzał się po swoim gabinecie, wciąż nie wiedział czy postępuje właściwie. Wszak wczoraj odzwonił do Kawieckiego oznajmiając o przyjęciu oferty i zgodził się spotkać, lecz dręczyło go nieprzyjemne, wiercące od środka poczucie winy.
Z pewnością zrobił kilka kilometrów po niewielkim gabinecie, gdy usłyszał za oknem, że na uniwersytecki parking zajechał właśnie samochód. Podbiegł do okna jak gdyby znów miał dwadzieścia lat i z sercem w gardle przyglądał się scenie jak z filmu.
Wraz z nim scenę tę oglądała zgromadzona na dziedzińcu młodzież, a ludzi wciąż przybywało, jakby to wszystko stanowiło prawdziwą sensację.
Z czarnego, cholernie drogiego Bentley’a wysiadł mężczyzna z wąsikiem, w czarnym garniturze i takiej samej czapce do kompletu. Szofer obiegł samochód i otworzył tylnie drzwi od strony pasażera. Z auta wyszedł wysoki, umięśniony mężczyzna w średnim wieku. Miał na sobie czarny płaszcz, a pod nim garnitur od Armaniego. Oczy zasłonił przeciwsłonecznymi okularami, a na jego głowie tkwił mały, czarny melonik. Dla ludzi postronnych mógł wyglądać komicznie, gdyby nie elegancja i wytworność, z jaką się poruszał. Mężczyzna zdawał się nie zwracać uwagi na to, że jest obserwowany przez zdziczały tłum, niczym gwiazda kina.
Następnie szofer podał dłoń młodej kobiecie, która wysiadła tuż za mężczyzną. Wyglądało na to, że to efektowne, pełne klasy wejście ćwiczyła przed przyjazdem.
Była idealna w każdym calu. Piękna niczym marzenie. Czarne jak smoła i długie do pasa włosy opadały jej kaskadami na plecach. Miała drobną czarowną twarz ze zgrabnym noskiem i pełnymi ustami pomalowanymi we wściekłą czerwień. Była klasycznie i olśniewająco piękna. Wysoka i szczupła, ubrana w białą sukienkę z wycięciem na plecach oraz wysokie szpilki z czerwoną podeszwą. Była bez okrycia.
Wyglądała jakby dopiero co zeszła z wybiegu. Gołym okiem dało się zauważyć, że dziewczyna kocha być w centrum uwagi. Poruszała się z gracją i lekkością, kiedy wraz z mężczyzną zmierzała do budynku, jakby frunęła. Czy była aniołem?
Ludzie na dziedzińcu zaczęli ją rozpoznawać, zdawać sobie sprawę kto to jest. Wśród tłumu podniósł się szmer. Studenci szeptali, dziwili się, przecierali oczy ze zdumienia. Głosy zaczęły się podnosić. Kilka osób było już otwarcie przerażonych, inni po prostu stali, zszokowani, jakby nie wierzyli w to, co widzą.
Kiedy dziewczyna i mężczyzna zniknęli w budynku, tylko nieliczni się rozeszli; mimo chłodu studenci wciąż z zawziętością stali przed budynkiem, dzieląc się informacjami i czekając na rozwój wypadków.
Wiedząc, że za chwilę będą w jego gabinecie, Karpiński próbował się rozluźnić i w przyspieszonym tempie wyćwiczyć obojętny ton. Rozparł się przy swoim biurku, na którym wcześniej rozsypał papiery, by zrobić wrażenie, niezwykle zajętego człowieka.
Gdy usłyszał pukanie do drzwi, odchrząknął i poprosił o wejście.
Wstał zza biurka by uścisnąć dłoń Adamowi Kawieckiemu, biznesmenowi, założycielowi imperium kawowego, a także jego uroczej, olśniewającej córce. Niewiele o niej słyszał, bo dopiero od tego roku objął to stanowisko. Informacje o niej docierały do niego jednak co jakiś czas z różnych źródeł, i tak naprawdę nie wiedział w które wierzyć. Żałował, że wcześniej nie sprawdził akt w szkolnym archiwum, chociaż doskonale wiedział za co została wyrzucona w ubiegłym roku.
– Proszę usiąść. – Rektor wskazał gościom fotele po przeciwnej stronie jego biurka, sam wrócił na miejsce.
Byli za dobrze ubrani i za wytworni do jego małego, skromnego, pozbawionego osobowości gabinetu. Dominowały tu staroświeckie wytarte fotele i potężne biurko z obdrapanym blatem. Nie wisiał tutaj żaden obraz, nie stał żaden kwiat. Tak naprawdę nic tutaj nie napawało optymizmem. Choć Karpiński lubił to miejsce, to mógł je jakoś przygotować przed przybyciem tak znakomitych gości.
– Przejdźmy od razu do rzeczy – powiedział z mocą Adam Kawiecki. Rektor czuł, że ten mężczyzna już niejednokrotnie wcześniej nadużywał władzy, jaką posiadał nad ludźmi. A tą władzą było przede wszystkim pokaźne konto w banku.
Biznesmen wyciągnął zza pazuchy sporej grubości kopertę, położył ją na biurku, a następnie przesunął ją w stronę rektora.
– Tak jak się umawialiśmy.
Karpiński spoglądał ze skupieniem na kopertę przez kilka minut, jakby doszukiwał się podstępu, ale za chwilę położył na niej swoje chude, długie palce.
– To nasz szkołę – powiedział twardo, przełykając głośno ślinę.
– Oczywiście. – Kawiecki z uśmiechem wychylił się w fotelu, jakby nie do końca w to wierząc. – Czy wszystko załatwione?
– Tak. Oficjalny powrót pańskiej córki to resocjalizacja. Innymi słowy szkoła otwiera się na to, by dawać naszym studentom drugą szansę. Obmyśliłem, że idealnym pretekstem będzie zbliżający się coroczny bal halloweenowy. Jeżeli pańska córka sprawdzi się jako pomoc przy organizowaniu, dostanie zielone światło do całkowitego powrotu. Powiedzmy, że to coś w rodzaju okresu próbnego. W ten sposób nikt nie nabierze podejrzeń.
– Świetnie. – Kawiecki klasnął w dłonie i wstał z fotela. Karpiński pospiesznie zrobił to samo.
– A zatem załatwione.
Biznesmen i rektor uścisnęli sobie dłonie. Następnie Juliusz Karpiński odwrócił się w stronę dziewczyny, do której również skierował wyciągniętą dłoń.
– Witaj z powrotem w szkole, Paulino.

Rozdział 17 „Blizny przypominają nam, że przeszłość była rzeczywistością”

Rok wcześniej

Nowinki to niewielkie miasteczko we wschodniej Polsce. Prawa miejskie uzyskało prawie sto lat temu, lecz mimo to przejezdni, jak również wielu mieszkańców traktowało je wciąż jako urokliwą wieś. Być może z powodu niewielkiej liczby mieszkańców, która za chlebem wyemigrowała do pobliskich, większych miast. Wpływ na takie postrzeganie Nowinek miała z pewnością także bogata flora okolic, bujne, niemalże dzikie lasy, dwa duże jeziora o gładkiej powierzchni, domki plantatorów.
Nowoczesność mieszała się tutaj ze starymi, rustykalnymi domami. To właśnie wygląd domu świadczył o zamożności jego mieszkańców. Ci, którzy posiadali rozległe, urodzajne pola, zagrody czy też dorobili się w miastach, mogli pozwolić sobie na wybudowanie okazałych domów z tarasami czy oczkami wodnymi. Biedota wciąż uzależniona była od swoich skromnych chałup, które z roku na rok, nieremontowane, coraz bardziej podupadały. Od pewnego czasu w Nowinkach osiedlała się ludność napływowa – bogaci ludzie z miasta, pragnący odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku i hałasu, szukający spokoju, wyciszenia, odpoczynku. Często byli to emeryci lub ludzie, których było po prostu stać na dodatkowy, letni dom.
To tutaj spełniały się marzenia o wszystkim co sielskie i naturalne. Nowinki urzekały harmonią i ciszą, a czas w mieście płynął jakby wolniej.
Klaudia Wojciechowska uwielbiała Nowinki. Tutaj się urodziła, dorastała, chodziła do szkoły. Chociaż los nie oszczędzał jej matki i rodzeństwa, to Klaudia za nic w świecie nie zamieniłaby komfortu jakim było przynależnie do tej małej, życzliwej społeczności. Jej siostra Lena była nieco inna. Od dawna pragnęła czegoś więcej – chciała wyjechać z Nowinek zaraz po maturze i osiedlić się w mieście. Klaudia początkowo nie rozumiała siostry. Po cóż wyjeżdżać tak daleko, skoro sąsiednie miasteczka proponują równie dobre uczelnie? Ale Lena od początku pragnęła tylko jednej szkoły i tylko tam zgłosiła swoją aplikację. Gdyby jej nie przyjęli, innego wyboru by nie było. Lecz Klaudia zawsze wierzyła w straszą siostrę. I chociaż z jednej strony było jej smutno, gdy Lena otrzymała list gratulacyjny oraz stypendium Ministra za wzorowe wyniki w nauce, to bardzo się cieszyła, że Lena spełnia swoje marzenia.
Martwiła się jednak o siostrę. Lena nigdy nie opuszczała domu. Co gorsza, nie sprawiała wrażenia takiej, która mogłaby poradzić sobie sama w mieście. Była zbyt skromna i zbyt nieśmiała do szybkiego życia, jakie proponowało miasto. Bała się, że siostra sobie nie poradzi, że to wszystko ją przyćmi i sprawi, że jeszcze bardziej zamknie się w sobie. Bo tylko w domu Lena potrafiła być otwarta. Dodatkowo cechy jakie posiadała mogły w mieście odwrócić się przeciw niej. Skromność i ufność nie były już pożądane w tych czasach. Od ludzi wkraczających w dorosłość wymagano przede wszystkim twardego tyłka. Klaudia nie mogła przestać o tym myśleć.
Stało się, Lena wyjechała. Drugiego października pożegnała się z matką i rodzeństwem, a Klaudia zawiozła ją na stację kolejową pożyczonym od sąsiada pick-upem. Kiedy dziewczyny czekały na pociąg, Klaudia nie miała pojęcia, że po raz ostatni rozmawia z siostrą. Czy gdyby wiedziała, czy to by coś zmieniło? Czy powstrzymałaby Lenę przed wyjazdem? Czy pojechałaby za nią? Nigdy tak naprawdę nie wiemy, kiedy rozmawiamy z kimś po raz ostatni, i po dziś dzień młodsza z sióstr nie mogła sobie darować, że nie powiedziała czegoś więcej.
– Obiecujesz, że będziesz pisać?
– Obiecuję. – Lena przytaknęła, ściskając na kolanach swój bilet kolejowy.
– I zadzwoń jak tylko dojedziesz.
– Zadzwonię.
Lena i Klaudia były ze sobą bardzo zżyte. Dzielił je jedynie rok różnicy, kiedy to pozostała trójka rodzeństwa była znacznie młodsza. Dziewczyny spędzały ze sobą każdą wolną chwilę, były przyjaciółkami na śmierć i życie, tak przywiązanymi do siebie, że każda rozłąka była udręką i przynosiła niemal fizyczny ból. Taka nieznośna separacja miała właśnie dziewczyny czekać i Klaudia wciąż nie wymyśliła sposobu, jak sobie z nią poradzić.
Gwizd lokomotywy obwieścił, że pociąg zaraz zajedzie na stację. Młodsza z sióstr Wojciechowskich poczuła, jak coś podchodzi jej do gardła.
– Boże, nawet nie wiesz ile bym dała, żebyś nie jechała.
– Wszystko będzie dobrze. – Lena przytuliła siostrę. – Zobaczysz, za rok się spotkamy. Dołączysz do mnie, zamieszkamy razem. – Jej oczy przepełnione były nadzieją.
– Nie wydaje mi się. – Smutna Klaudia pokręciła przecząco głową. – Nie zostawię matki ani dzieciaków.
– Przestań, bo wpędzisz mnie w poczucie winy. – Lena uśmiechnęła się blado. – Matka sobie poradzi, jak zawsze. To silna kobieta. Wcale nas nie potrzebuje. Trzeba pomyśleć zupełnie odwrotnie, że studiami, a potem dobrą pracą, pomożemy jej znacznie bardziej.
Klaudia nie myślała o studiach. Swoją przyszłość od dawien dawna, niezmiennie wiązała z Nowinkami. Nawet miała już załatwioną pracę w fabryce mebli, gdzie miała pracować tuż po maturze.
– Uważaj na siebie. Nie zapominaj o nas. O mnie.
Siostry ściskały się i płakały dłuższą chwilę. W końcu Lena z ociąganiem podniosła się z ławki i chwyciwszy w rękę swoją nylonową walizkę, zaczęła kierować się w stronę pociągu. Kiedy zniknęła w środku, Klaudia także wstała z ławki. Otarła oczy chusteczką i wydmuchała nos. W końcu Lena zjawiła się w jednym z okien. Kiedy zawiadowca obwieścił odjazd pociągu, młodsza z sióstr płakała rzewnymi łzami. Pociąg ruszył, a ona biegła wraz z nim, machając Lenie na pożegnanie i śląc całusy. W końcu lokomotywa zniknęła za zakrętem.
Oddałaby wszystko, by zatrzymać siostrę przy sobie. Chociaż była młodsza to zawsze broniła Lenę przed całą brzydotą świata. Jej najlepsza przyjaciółka właśnie ją opuściła, zostawiając dotkliwą pustkę w sercu.
Klaudia jeszcze długo stała na pustym, małym dworcu i spoglądała w ślad za torami. Nie mogła przestać płakać. Obiecała sobie, że jak tylko będzie miała możliwość, odwiedzi siostrę. A może nawet zdecyduje się na studia, byleby tylko być z nią. Ale jak Lena poradzi sobie sama przez ten rok? Czy znajdzie się ktoś kto ją obroni, wesprze?
Z nadzieją, że tak będzie, smutna Klaudia objęła się ramionami i tak, powłócząc nogami, zaczęła iść w stronę parkingu.

14 października, Rok wcześniej

Był późny wieczór kiedy Klaudia wymknęła się z domu. O tej porze roku było już chłodno, więc ubrała swój ulubiony skórzany płaszczyk z kołnierzykiem imitującym prawdziwe futro. Uwielbiała wieczorne spacery po Nowinkach, kiedy to mogła delektować się zapachem lasu i rzeki, ciszą i przyjemnym lekkim wiatrem. Wybrała drogę asfaltową, która ciągnęła się przez miasto. Co jakiś czas mijał ją samochód któregoś z mieszkańców, niektórzy nawet trąbili na nią jakby chcieli powiedzieć Dobry wieczór.
Liczyła, że matka nie zauważy jej nieobecności. Nie pierwszy raz wymykała się z domu o tak późnej porze, ale zawsze robiła to niezauważona. Gdyby rodzicielka dowiedziała się o jej nocnych ekscesach, wyszłaby z tego niezła awantura. Troska Ewy Wojciechowskiej o własne dzieci nieraz ocierała się o nadkontrolę.
Klaudia wyciągnęła z płaszcza swój telefon i naprędce wystukała parę słów „Zaraz będę. Otwórz okno.”
Przeszła jeszcze kilka metrów nowo wyłożonym chodnikiem z czerwonego bruku. Nowinki coraz bardziej zyskiwały na rządach nowego wójta, który jeszcze przed wyborami zapewnił, że stawia na rozwój i modernizację miasta.
Za zakrętem wyłonił się okazały, piętrowy dom, pięknie pomalowany w odcienie bieli i żółci. Charakterystyczną cechą domu był ganek z żelazną poręczą, obrośniętą bujną winoroślą, jak również spadzisty dach z czerwonej cegły. Dom bez wątpienia świadczył o bogactwie jego mieszkańców; Franciszek Rodowski był właścicielem dwóch świetnie prosperujących zakładów stolarskich w Nowinkach, natomiast jego żona posiadała własną praktykę lekarską w sąsiednim mieście.
Klaudia uwielbiała państwa Rodowskich, a oni uwielbiali Klaudię. Gdyby jednak dowiedzieli się, że po raz kolejny zakrada się do ich domu po nocy, straciłaby w ich oczach. Rodowscy byli bowiem katolikami i w ich mniemaniu takie zachowanie nie przystawało młodym ludziom, w dodatku bez ślubu.
Dom pogrążony był w ciszy i ciemności. Klaudia weszła do okazałego ogrodu i skradając się pod oknami, obeszła południową ścianę budynku. Znalazłszy się z tyłu domu spostrzegła niewyraźne światło w pokoju na piętrze. Podniosła z ziemi gładki, niewielki kamień i z lekką siłą cisnęła nim w szybę. Po chwili okno otworzyło się i Klaudia uznała to za zaproszenie. Zaczęła wspinać się po trejażu porośniętym bluszczem. Robiła to tak często, że jej nogi i ręce same odnajdowały drogę. Bez większego wysiłku, po chwili znalazła się na piętrze. Zaraz poczuła jak silne i zdecydowane ręce wciągają ją do środka. Kiedy znalazła się wewnątrz, czyjeś miękkie i stanowcze usta przywarły do jej warg. Chłopak przycisnął ją do ściany i całował mocno, bez wytchnienia, sprawiając, że zapomniała o całym bożym świecie. Uwielbiała jego pocałunki i sposób w jaki ją dotykał. Jakby była jego powietrzem i sposobem na przetrwanie, jakby nadawała sens jego egzystencji.
Kiedy w końcu ją puścił, przygryzła wargę i z zadowoleniem przyglądała się jego klatce piersiowej, bo na sobie miał jedynie spodnie od dresu.
– Cześć śliczna – powiedział. – Stęskniłem się za tobą.
Usiadł na łóżku i poklepał miejsce obok siebie. Usiadła obok niego.
– Ja za tobą też. Bo ile to się nie widzieliśmy? Trzy godziny?
Zaśmiał się i pocałował ją znów.
– Kocham cię, wiesz?
– Wiem, wiem. – Machnęła ręką. – Ja też cię kocham, Marcin.
Marcin Rodowski był bez wątpienia najcudowniejszym chłopakiem w Nowinkach i Klaudia mogła mówić o prawdziwym szczęściu, że wybrał właśnie ją. Nie był jedynie super seksowny, ale stanowił najlepszą partię w mieście, jako spadkobierca rodzinnego imperium.
– Lena dzwoniła? – spytał, odnajdując jej dłoń.
– Nie. – Klaudia posmutniała. Odchyliła się do tyłu i rzuciła bezwładnie na łóżko. Marcin zrobił to samo, ale położył się na boku, podpierając głową na ramieniu. Nie spuszczał z niej oka.
– Zadzwoni – zapewnił ją, bawiąc się guzikiem jej płaszczyka.
– Zadzwoniła w dzień przyjazdu, ale nie było mnie wtedy w domu. Mama przekazała mi pozdrowienia. Od tego czasu nie odezwała się. Szkoda, że mnie wtedy nie było.
– Oboje dobrze wiemy, gdzie wtedy byłaś – mruknął, całując ją za uchem. – Próbowałaś zadzwonić na komórkę?
– Jeszcze nie. Nie wiedziałabym, co powiedzieć. Chcę dać jej chwilę na przyzwyczajenie się, rozumiesz?
– Chyba tak. – Zmarszczył czoło. – Nie martw się o nią, Lena to duża dziewczynka, poradzi sobie.
– Mam nadzieję. – Odpowiedziała z nadzieją w głosie i podniosła się do pozycji siedzącej by zdjąć płaszcz.
– O niebo lepiej – powiedział, przyciągając ją do siebie.
Był ucieleśnieniem jej fantazji o księciu z bajki. Piękny, bogaty i mądry, a co najważniejsze kochał ją do szaleństwa. Miał ciemne, gęste włosy, które posiadały uroczą zdolność podwijania się przy końcówkach. Jego piwne oczy i śniada cera robiły z niego ucieleśnienie współczesnego Adonisa. Do tego dbał o własne ciało; regularnie ćwiczył w domowej siłowni i zdrowo się odżywiał. Klaudia nie miała pojęcia dlaczego ten piękny chłopiec wybrał właśnie ją.
Długo trzymał ją w ramionach, obsypując jej twarz pocałunkami, by na koniec zrobić jej niewielką malinkę.
– No ładnie – zaśmiała się. – Jak mama zauważy, będzie niezłe piekło.
– To musisz zaopatrzyć się w stertę golfów, – podsunął, pieszcząc jej kark – albo powiedz jej że napadł cię wilk.
– Wyjątkowo niegrzeczny wilk – stwierdziła, chwytając w dłonie jego przystojną twarz.
Wpatrywała się w niego jak urzeczona, póki szybkim, zdecydowanym ruchem nie przywarł do niej ustami. Odnalazł jej język i pieścił go swoim, wolno, zmysłowo, zachłannie. Te pieszczoty całkowicie ją rozluźniły. Pozwoliła by zdjął z niej sweterek oraz koszulkę na ramiączkach. Całował jej usta, twarz i szyję, a Klaudia gładziła go po umięśnionych barkach i plecach. Warknął, gdy ugryzła go w ucho.
– Co to było? – Zdziwił się, szczerząc zęby.
– Coś spontanicznego. – Zarechotała, czochrając jego włosy.
– No nie! Za takie coś należy się chłosta!
– Jak to, mój panie? Przecież to nie przystoi chłostać biedną dziewkę!
– Ja ci dam biedą dziewkę! – odrzekł i przewrócił ją na brzuch, twarzą do łóżka. Usiadł na niej okrakiem i skrępował jej dłonie jedną ręką, gdy tymczasem drugą wymierzył słodkiego klapsa. Udawała, że protestuje, a tak naprawdę uwielbiała się z nim droczyć. Nachylił się nad nią i szepnął jej do ucha:
– Wiesz, że cię kocham?
Wiedziała. Powtarzał jej to niemalże codziennie, a mimo to słowa te bezustannie robiły na niej piorunujące wrażenie.
– Wiem. I ja kocham ciebie.
Ześlizgnął się z niej i położył na plecach tuż obok, po czym wciągnął dziewczynę na siebie. Leżała twarzą przy jego twarzy, czując pod sobą bicie jego serca. Nie odrywali od siebie wzroku. Znów ją pocałował, chwytając w dłonie jej głowę. Pozwoliła by odpiął jej stanik. Westchnęła gdy delikatnie ugryzł ją w sutek. Płynnym ruchem uwolnił się od dresowych spodni, a Klaudia poczuła pod sobą jego palącą erekcję. Chwilę potem i z niej zdjął pozostałe ubrania. Był zmysłowy i tak seksowny, że pozbawiał ją tchu. Pozwoliła całować się i pieścić bez wytchnienia; uwielbiała się z nim kochać. Był jej pierwszym chłopakiem i to on wprowadził ją w świat seksu, pokazał jaki potrafi być cudowny i fantastyczny.
Podniósł się wraz z nią do pozycji siedzącej, pozwalając by oplotła nogami jego plecy. Całował jej kark, szepcząc jej do ucha sprośny wierszyk. Uwielbiała, gdy to robił.
Kiedy już myślała, że oszaleje z podniecenia, uniósł ją lekko do góry, po czym wypełnił ją swoim okazałym przyrodzeniem. Kochał się z nią czule, delikatnie i żarliwie. Kiedy szczytowała, wychyliła się do tyłu, a on przytrzymywał jej plecy. Po wszystkim opadła w jego ramiona. Przez chwilę oboje trwali w ciszy, panując nad oddechem.
– Wyjdź za mnie – powiedział, gładząc jej włosy. Zaśmiała się.
– W swoim czasie – odpowiedziała i zsunęła się z niego. Odnalazła swoją bieliznę i zaczęła ją wkładać. Zaspokojony Marcin podparł głowę dłońmi i nie spuszczał z niej wzroku.
– A kiedy ten czas nadejdzie?
– W swoim czasie – powtórzyła i przewróciła oczami. Tym razem to on się zaśmiał.
– Marcin, wszystko w porządku? – Ktoś zawołał tuż za drzwiami. Klaudia poczuła, jakby ktoś uderzył ją czymś ciężkim. Szybko oceniła sytuację: miała na sobie jedynie bieliznę i z pewnością nie zdążyłaby ubrać pozostałej części garderoby. Kiedy Marcin naciągał na siebie spodnie od dresu, chwyciła swoje ubrania i szybko wpełzła pod łóżko. Zakryła dłonią usta, bo zdenerwowanie wzięło górę.
Zobaczyła, że drzwi do pokoju uchylają się i ujrzała damskie kapcie z naszywką Playboya.
– Tak, mamo, w porządku. – Odrzekł Marcin, chrząkając. – Właśnie sobie ćwiczyłem.
Po odgłosie Klaudia poznała, że musiał pokazywać mamie swoje sztangi.
– Dobrze synku – odpowiedziała tak, jakby przemawiała do pięciolatka. – Idę się położyć, nie siedź długo, jutro szkoła.
Wtedy coś zabrzęczało i w tej samej chwili dało się usłyszeć dźwięki przeboju Please don’t stop the music Rihanny. Kiedy zszokowana Klaudia zdążyła pojąć, że to jej telefon dzwoni, ukryty w kieszeni płaszcza, było już za późno. Telefon rozdzwonił się na dobre. Zamarła i wyłączyła go tak szybko jak potrafiła. Ale nie miała złudzeń. Anna Rodowska musiała to usłyszeć. Z otwartymi ustami obserwowała jak różowe kapcie zatrzymały się w pół kroku, aby po chwili kierować się w stronę drzwi. Niemalże słyszała jak wali jej serce.
– Dobry wieczór Klaudio. Kochanie, jak będziesz wychodzić, zechciej zrobić to drzwiami, niebezpiecznie wspinać się po pergoli. – I wyszła.
Klaudia jeszcze chwilę leżała pod łóżkiem, zwinięta w kłębek i analizowała to, co się przed chwilą stało. W końcu Marcin wyciągnął ją spod mebla i postawił do pionu. Oboje spojrzeli na siebie i w tej samej chwili wybuchnęli niekontrolowanym, serdecznym śmiechem. Śmiali się tak długo, że w oczach Klaudii pojawiły się łzy, a Marcina rozbolały płuca.
– No ładnie – przyznała. – Od kiedy twoja mama wie o naszych schadzkach?
– Nie mam pojęcia. – Wzruszył ramionami. – Ale mój pokój przestał być bezpieczny. Nawet jeśli nie powie o tym ojcu, to wątpię żeby się zgodziła by to odbywało się pod jej dachem. – Przyciągnął ją do siebie i potarł nosem jej nos. – Kto dzwonił?
– Chyba moja mama. Poczekaj, sprawdzę.
Uklękła przy łóżku, by pozbierać swoje rzeczy. Kiedy wreszcie się ubrała, odnalazła telefon w kieszeni płaszcza.
– Zabije mnie. – Klaudia spochmurniała. – Mam od niej aż siedem nieodebranych połączeń! – Zagryzła wargi. – Pewnie zauważyła moje zniknięcie.
– Odzwoń do niej. Niech się nie martwi. A ja odprowadzę cię do domu.
Klaudia wybrała numer matki i nerwowo czekała na połączenie. Po krótkim sygnale Ewa Wojciechowska podniosła słuchawkę.
– Mamo, ja…. Mamo…? Mamo, halo, zwolnij! Mów spokojnie… Mamo, uspokój się!
Marcin z przerażeniem patrzył na scenę, w której telefon wypada Klaudii z dłoni, by roztrzaskać się na podłodze. Za chwilę rzucił się do przodu, by podtrzymać padającą dziewczynę.

***

Tylko dzięki silnym lekom przeciwdepresyjnym i przeciwlękowym mogła zasnąć w nocy przed pogrzebem siostry. Niezmiennie nie spała od trzech dni, czyli od chwili, gdy dowiedziała się o samobójstwie Leny. Żyła w amoku i półśnie, niezdolna funkcjonować. Czuła jakby świat się zatrzymał i nie było sensu na jego kontynuację. Wszystko straciło na ważności. Leny nie było. Świat Klaudii runął.
Pierwszej nocy wraz z matką trafiły do szpitala w wyniku silnego stresu jakiego doznały. Młodsze rodzeństwo Klaudii trafiło pod opiekę sąsiadów; dzieci nie rozumiały właściwie co się dzieje. Ewa Wojciechowska dostała ataku histerii i paniki, więc lekarz zmuszony był podać jej silny lek uspokajający, który jednocześnie ją uśpił. Klaudia wręcz przeciwnie – zamknęła się w sobie i przez całą noc leżała skulona na szpitalnym łóżku, nie wypowiedziawszy ani słowa
Mieszkańcy Nowinek wspomogli Ewę Wojciechowską w przygotowaniu pogrzebu. Państwo Rodowscy, rodzice Marcina, podarowali jej drewnianą urnę, w której miano przewieźć prochy jej córki.
Ceremonia pożegnalna miała odbyć się w miasteczku akademickim, gdzie Lena studiowała. Rektor uczelni nalegał na to, ponieważ studenci chcieli pożegnać swoją koleżanką. Potem urna miała zostać przewieziona do Nowinek, gdzie odbyłby się tradycyjny pogrzeb i nastąpiłoby złożenie urny do rodzinnego grobu.
W dzień pogrzebu Klaudię obudził dokuczliwy ból głowy, spowodowany mieszanką antydepresantów, niedostatecznym pożywieniem i odwodnieniem. Po omacku, jak ślepiec, trafiła do łazienki, gdzie długo wymiotowała. Ohydna żółć mieszała się z jej łzami, kiedy leżała na podłodze obejmując muszę klozetową. Przymknęła oczy i poczuła, że gdzieś odpływa, na jakieś nieznane wody. Widziała nieskończone morze, czuła zapach soli morskiej i piasku, w tle słyszała skwir krążących ponad nią mew.
– Klaudia? – ktoś zapytał. Usłyszała to pytanie, ale nie podniosła głowy, która ważyła chyba z tonę, a leżała jej bezwładnie na ramieniu. – Klaudia, otwórz! – Ktoś zapukał do drzwi łazienki. Znała ten głos, bez wątpienia, ale nie mogła skojarzyć do kogo należał. Za chwilę, a może było to znacznie później, usłyszała jak ktoś wywarza drzwi (- Co zrobiłeś? To takie piękne drzwi – łkała) i szarpiąc ją, podnosi z ziemi. Wtuliła się w czyjeś silne ramię, racząc rzygowinami drogi garnitur. A potem była już tylko ciemność.

***

- Ona nie jest w stanie jechać.
– Musi, na Boga, to jej siostra!
– Widziałem w jakim jest stanie pani Ewo, musi odpocząć. Ona nic nie kontaktuje!
– Mój Boże, co robić? Co robić?
– Zostanę z nią, proszę jechać, moi rodzice już czekają, dzieciaki są w środku. Będę z nią tutaj. Sądzę, że jeśli prześpi się podczas waszej nieobecności, będzie mogła brać udział w pogrzebie, teraz trzeba dać jej spokój.
Klaudia nie była pewna, czy słyszała tę rozmowę naprawdę. Mogła jej się przyśnić. Kiedy jednak zrozumiała, że nie zabrali jej na pożegnanie Leny na uczelni, gorzko zapłakała. Niemożliwość pożegnania siostry wraz z innymi doprowadzała ją do rozpaczy. Chciała podnieść się z łóżka i choćby tam pobiec, ale ponownie zapadła w sen.

Ktoś gładził ją po włosach i szeptał słowa piosenki. Lena? Otworzyła oczy i chwilę zajęło jej zrozumienie tego, co się dzieje. Cuchnęła wymiocinami, jej włosy były mokre i posklejane, oczy szczypały ją od rozmazanego makijażu. Nad sobą ujrzała znajomą twarz; twarz, którą kochała i którą wciąż miała w pamięci,. Lecz nie była to twarz jej siostry. Przecież Lena nie żyła.
– Jak się czujesz? – spytał Marcin z troską.
– Gdzie…?
– Spokojnie, oszczędzaj siły. – Położył palec na jej spierzchniętych ustach. – Moja mama dzwoniła, że już wyjechali. Będą tu za jakąś godzinę. Zdążysz się umyć i ubrać na pogrzeb, a ja ci w tym pomogę. Pytanie tylko, czy masz tyle siły by to zrobić? I nie mówię tutaj tylko o sile fizycznej. Bo jeśli czujesz, że za chwilę znowu zemdlejesz, proszę powiedz, nie chcę cię katować. Nikt cię nie będzie obwiniał malutka…
– To moja siostra. – Przełknęła wielką gulę, która zebrała się w jej gardle. – Muszę ją pożegnać. Nie przeżyłabym, gdyby było inaczej.
– A więc w porządku. – Pokiwał głową. – Chodźmy więc.
Powoli pomógł wstać jej z łóżka. Odniósł wrażenie, że w przeciągu tych paru dni znacznie schudła, choć było to fizycznie niemożliwe. Kiedy niósł ją do łazienki, była lekka jak piórko.
Nalał wody do wanny, sprawdził temperaturę, a potem ją rozebrał i włożył do wody. Podkuliła nogi pod brodę i objęła kolana rękami, jej wzrok natomiast powędrował gdzieś na wyłożoną kafelkami ścianę i stał się całkowicie nieobecny. Nie protestowała gdy mył jej włosy, mydlił ciało, czy nawet szczotkował zęby. Była jak w transie, jak w katatonii, całkowicie zdana na łaskę innych ludzi.
Marcin zawsze był silniejszy psychicznie niż większość ludzi, których znał. Sam kiedyś stracił brata, więc wiedział, co przeżywała. Niemniej jednak widok dziewczyny, z której uleciało całe światło, sprawiał mu ból tak ogromy, że z trudem hamował łzy. Ostatecznie robił to dla niej, musiał ją wspierać i nie mógł pozwolić sobie na chwilę słabości.
Pomógł wyjść jej z wanny, a kiedy stała bez ruchu na środku łazienki, wytarł ręcznikiem jej ciało i włosy. Wybrał jej nawet strój – czarną garsonkę i pończochy w tym samym kolorze. Kiedy jej włosy wyschły związał je w niedbały warkocz. W innych okolicznościach mógłby powiedzieć, że wyglądała wprost uroczo.
– Zjesz coś? – Zapytał z nadzieją, ale wiedział jaka będzie odpowiedź. Była gotowa, kiedy dostał wiadomość od matki, że orszak pogrzebowy Leny ruszy spod kościoła za piętnaście minut. Znaleźli się w przedpokoju, gdzie nałożył na nią czarny, elegancki płacz, a na stopy czółenka, również w tym samym kolorze. Nim wyszli rzuciła mu się na szyję i długo ściskała.
– Teraz tylko ty mi pozostałeś. – Łkała. – Obiecaj, że ty mnie nie opuścisz.
– Przysięgam Klaudio. Zawsze będę przy tobie.
Pocałował ją w policzek, a kiedy wreszcie go puściła schwycił mocno jej dłoń.
– Gotowa?
Skinęła głową.
Nacisnęła na klamkę i oboje wyszli z domu.

Rozdział 18 „Fałszywych przyjaciół poznaje się w biedzie

8 października, poniedziałek

Tego dnia lekkie poczucie winy nie opuszczało Klaudii od rana. Kiedy budzik w jej telefonie zadzwonił o siódmej trzydzieści, wstała z łóżka z przeświadczeniem, że musi coś zrobić, coś naprawić. Uczucie to nie opuszało jej, kiedy naprędce brała prysznic, robiła makijaż i ubierała się. Gdy wraz z Sabiną zmierzały na wykłady z marketingu, na chwilę o tym zapomniała, pogrążona w luźnej rozmowie ze współlokatorką. Jednak podczas zajęć znowu nawiedziły ją ssące od środa wyrzuty sumienia. Chyba domyślała się, czym może być to spowodowane.
Od sobotniej imprezy nie rozmawiała z Danielem. A powinna! Chłopak nie był niczemu winny, a jej gierki nie powinny mieć z nim nic wspólnego.
Koniecznie musiała wyjaśnić mu, że nie miała niczego złego na myśli. Co gorsza bała się, że chłopak potraktował ich pocałunek poważnie i będzie oczekiwał czegoś więcej. Należały mu się wyjaśnienia i jej punkt widzenia. Tylko co takiego miała mu powiedzieć, by go nie urazić? Nie potrafiła rozmawiać z t a k i m i ludźmi. Zbyt wrażliwymi i zbyt zranionymi. Lena była podobna, ale Lenę znała jak własną kieszeń.
Błądząc wśród swoim myśli, tępo wpatrywała się w wykładowcę, starszego siwiejącego faceta ze znaczną nadwagą. Z trudem opanowała ziewnięcie. Była znużona, ale przede wszystkim poddenerwowana sytuacją z Danielem. Wychyliła się nieco do przodu, by lepiej go widzieć; siedział niżej, na prawo od niej i notował coś, co nauczyciel nabazgrał na tablicy. Obserwowała go dłuższą chwilę, próbując odgadnąć jaki jest ten chłopak.
Uwielbiała z nim rozmawiać, bo słuchał jej jak nikt inny. Miał wrodzoną wrażliwość dzięki której rozumiał znacznie więcej niż inni ludzie. Nigdy nie umawiała się z kimś takim. Przeważnie spotykała się z pewnymi siebie, odważnymi chłopcami, którzy zrobiliby wszystko by zaciągnąć ją do łóżka.
Daniel był zupełnie inny. Pocałował ją, to fakt, ale mogła się założyć, że w tym pocałunku nie było żadnej prośby. Po prostu dał się ponieść chwili, a i ona nie za bardzo się broniła. Musiała przyznać, że podobało jej się. Była zdumiona, ale jednak tak było.
Jej zadumę przerwał kuksaniec w bok, zadany przez Sabinę. Rzeczywiście, musiała wyglądać niemądrze, wpatrując się w Wołynko i przygryzając skuwkę od długopisu. Czy Sabina to zauważyła?
– Co? – Wyjęła długopis z ust.
– Jesteś obserwowana. Punkt jedenasta.
Klaudia podążyła za jej wzrokiem i aż zjeżyła się cała, widząc na sobie baczne spojrzenie Emila Kaliszewskiego. Czy zauważył jak wpatrywała się w Daniela? Co sobie pomyślał? Jego wzrok był nieprzenikniony, ale brwi uniesione, jakby chciał jej pokazać, że nie podobało mu się to, co zobaczył. Klaudia pokazała mu język i wróciła do robienia notatek. A raczej zaczęła je robić.
Kiedy profesor obwieścił koniec zajęć, leniwie podniosła się z siedzenia. Jej serce spadło gdzieś niżej, niż powinno być. Powłócząc nogami, wraz z innymi studentami zaczęła kierować się schodami audytorium do wyjścia.
– Boże, co za nuda – stwierdziła Sabina, ziewając jej nad uchem.
– Żebyś wiedziała. – Klaudia przytaknęła.
Kiedy znalazły się na korytarzu, zatrzymała się w miejscu i stanęła na palcach, z nadzieją, że dostrzeże Daniela. Chwilę to trwało, ale wreszcie wypatrzyła jego szare włosy i za duży, granatowy sweter. Daniel kierował się właśnie do wyjścia ze szkoły.
– Muszę coś załatwić, widzimy się na stołówce – poinformowała współlokatorkę i mocno zaciskając dłonie na pasku swojej torebki, zaczęła przepychać się w tamtą stronę. Nie znosiła tłumów, najchętniej powystrzelałaby teraz wszystkich, którzy stali na jej drodze.
– Uważaj jak leziesz! – warknęła, odbijając się od wysokiego blondyna. Jej nerwy były u skraju wytrzymałości.
– Milusio. – Emil wyszczerzył do niej swoje białe zęby. Był blisko, niebezpiecznie blisko. Czuła, że robi jej się gorąco, gdy ściskał jej ramiona, ratując przed upadkiem.
– Nie pozwalaj sobie – burknęła przez zaciśnięte zęby i strąciła jego ręce. – Nie marnuj mojego czasu, śpieszę się.
– Jak chcesz. – Wzruszył ramionami i odszedł od niej, cofając się, ale nie spuszczając z niej wzroku. Śmiał się głupkowato, co całkowicie wytrąciło ją z równowagi. Co za błazen! Popukała się tylko w czoło i prędko podbiegła do wyjścia.
Pchnęła ciężkie, szklane drzwi i znalazła się na szerokim patio pomiędzy budynkiem uczelni, a akademikiem. Było dość chłodno, ale zauważyła, że kilka osób rozłożyło się na kocach wokół klombów. Mimo jesieni trawa była wciąż gęsta, zielona i miękka. Klaudia pomyślała, że to dobry sposób na naukę, z dala od zgiełku, gdzie można się wyciszyć, otrzeźwieć. Zanotowała sobie w głowie, żeby koniecznie zrobić tak któregoś dnia.
Ale teraz myślała już tylko o Danielu. Spostrzegła go na ścieżce prowadzącej do domu studenckiego. Przyspieszyła kroku, ale był zdecydowanie szybszy. Dokąd tak pędził? Skąd u licha w tak wątłym ciele tyle energii?
– Daniel! – zawołała, a kiedy nie zareagował, rzuciła się do biegu. – Daniel! – powtórzyła po chwili, gdy już prawie wchodził do budynku. Zatrzymał się w pół kroku i odwrócił w jej stronę. Na jego twarzy malował się wyraz konsternacji i nie mogła pojąć czy to dobrze, czy źle.
Zrównała się z nim i położyła ręce na kolanach, by odsapnąć.
– Ładne rzeczy. Dziewczyny uganiają się za tobą, a ty nawet tego nie widzisz – rzuciła z uśmiechem
Przyjął to za żart i także się uśmiechnął. Był to uśmiech skromny i krótki, ale na pewno nie wymuszony.
– Och, cześć, przepraszam. Śpieszyłem się.
– Zauważyłam. Wszystko w porządku? Masz rozszerzone źrenice.
Utkwiła w nim baczne spojrzenie, na co poczuł, że nogi się pod nim uginają. Przecież do diabła nie mógł jej powiedzieć, że właśnie szedł się pochlastać.
– To nic. Nie wyspałem się po prostu – odpowiedział wymijająco, próbując nadać swojego głosowi swobodną wymowę.
– Mam tak samo.
– Chciałaś o czymś porozmawiać?
– No… tak. Ale nie tutaj co? Chyba doskonale wiesz, o czym chcę mówić.
– Rozumiem – odparł po chwili. Rozejrzał się wokół i musiał przyznać jej rację. Wejście do akademika nie było najlepszym miejscem do prowadzenia tego typu rozmów. Wchodzący i wychodzący z budynku ludzie mogli coś podsłuchać, opacznie zrozumieć, lub, co gorsza, siać niepotrzebne plotki.
– Może mój pokój? – zaproponowała. – Sabina ma teraz wykład z biologii.
– My też powinniśmy być teraz na tym wykładzie.
– Daniel, musimy porozmawiać. Nie wiem jak ty, ale ja nie mogę przestać o tym myśleć – zniżyła głos niemal do szeptu, gdy wyminęła ich Anka Sobczak, przyglądając się z zaciekawieniem.
Skinął głową, na znak, że się zgadza. Nie skomentował ucieczki z zajęć, a pozwolił poprowadzić się do pokoju najpiękniejszej dziewczyny w kampusie.
Kiedy w ciszy szli po schodach, nie mógł oderwać od niej wzroku. Poruszała się z gracją i pewną wytwornością, której brakowało wielu dziewczynom. Jej biodra kołysały się przy każdym kroku, a piękne włosy falowały na jej plecach. A on właśnie szedł do jej pokoju. Czy to nie za dużo szczęścia?
Kiedy stanęli przez drzwiami o tabliczce z numerem 17A, Klaudia wyciągnęła klucz z zewnętrznej kieszeni w swojej torebce i wpuściła go do środka. W pokoju panował półmrok, ale szybko rozchyliła ciężkie, beżowe zasłony i zrobiło się jasno jak na zewnątrz.
– Usiądź, proszę. – Wskazała mu łóżko Sabiny. Sama usiadła na drugim, naprzeciwko chłopaka, by uniknąć niezręczności.
Daniel zdjął plecak z ramion, który położył na podłodze i usiadł na wskazanym miejscu. Chwilę przyglądała mu się spod przymrużonych powiek, splatając i rozplatając dłonie.
– Do sedna. – Odchrząknęła. – Chcę porozmawiać o tym co wydarzyło się w sobotę…
– O naszym pocałunku – podsunął.
– Właśnie. Jak widzę jesteś lepszy w nazywaniu rzeczy po imieniu ode mnie.
Atmosfera w pokoju była tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Dlaczego tak ją to krępowało? Dlaczego nie potrafili porozmawiać jak dorośli ludzie?
– Stało się – powiedział po chwili. – Po prostu się stało. Żadna w tym wina nikogo z nas. Według mnie ta cała rozmowa jest niepotrzebna. Ale skoro chciałaś pogadać, to spieszę wyjaśnić, że z mojej strony nie musisz się niczego obawiać. Nie oczekuję teraz jakiejś reakcji od ciebie, deklaracji związku czy coś w tym stylu. Nie martw się, nie będę cię gnębił. – Uśmiechnął się blado.
Ale jej wcale nie było do śmiechu. Chociaż kamień spadł jej z serca kiedy to powiedział, poczuła się również jakoś dziwnie smutno.
– Czyli między nami cool? – spytała, szukając odpowiedzi w jego oczach.
– Cool – przytaknął. – Jak byś nie zauważyła, nie jestem raczej typem chłopaka, który umawia się z dziewczynami.
Zabrzmiało to tak groteskowo, że zaśmiała się głośno.
– A z kim w takim razie się umawiasz?
– Nie, nic z tych rzeczy! – Zaprotestował, gdy zrozumiał jej tok myślenia. – Zdecydowanie wolę dziewczyny. Po prostu… nie teraz. Nie rozgryzłem jeszcze do końca kim jestem i mam nadzieję, że ta szkoła mi w tym pomoże. Na razie żadnych ekscesów, żadnych dramatów, cisza, spokój.
– Dlaczego wychodzisz z założenia, że posiadanie dziewczyny łączy się z dramatem?
– A tak nie jest? – Wzruszył ramionami.
– Oj widzę, że masz naprawdę małą wiedzę o kobietach.
Po co miał się spierać? Każdy wiedział, że tak było.
– Po prostu dziewczyny: kiedyś. Teraz: nauka.
– I odkrywanie samego siebie – dokończyła za niego.
– W rzeczy samej. – Pokiwał głową.
– Mój Boże. – Wstała i usiadała obok niego, lustrując go od stóp do głów. – Kim ty jesteś Danielu Wołynko? Gdzie ty się uchowałeś?
Za późno pojął, że to komplement, by podziękować. Po prostu odebrała mu dech swoją piękną twarzą, która znalazła się niebezpiecznie blisko. Przypomniał sobie o tym jak ją całował i znów miał ochotę to zrobić. Ale cóż za ironia! Przecież właśnie rozmawiali o tym, że to był błąd.
– Przyjaciele? – Lekko oderwany od rzeczywistości zauważył wyciągniętą w jego stronę dłoń ze starannie pomalowanymi na czerwono paznokciami.
– Przyjaciele – powiedział po chwili, odwzajemniając uścisk.
Siedziała obok niego i coś tam jeszcze mówiła, ale do Daniela nie docierał sens tych słów. Był coraz bardziej przerażony myślą, że zakochuje się w tej dziewczynie.

***

- Jezu, to się dzieje, rozumiesz? Dzieje się naprawdę! Alleluja! – Anka skakała po łóżku i wykrzykiwała podziękowania tak głośno, że aż rozbolały ją płuca.
– Nasze modły zostały wysłuchane! – wtórowała jej Jagoda, tańcząc po pokoju w rytm przeboju Jamesa Browna I feel good.
– Wszystko się teraz zmieni, prawda? Nasze uczelniane życie nabierze rumieńców!
– No pewnie, nawet nie zdajesz sobie jeszcze sprawy, jak poprawi się nasza pozycja w tej szkole!
– Taaa… – Anka rozmarzyła się. Przestała skakać jak mała dziewczynka i usiadła na łóżku. – Kiedy ją zobaczyłam, aż mi dech zaparło, wiesz? Ale to, że będzie z nami mieszkać to już szczyt szczęścia.
– Będzie niesamowicie – stwierdziła blondynka. – Paulina jest tutaj kimś, a gdy weźmie nas pod swoje skrzydła, o nas tez będą mówić.
– Już o nas mówią, jakby na to nie patrzeć.
– Przez twoje puszczalstwo! – Jagoda przewróciła oczami.
– Ej, wypraszam sobie! – Anka udała urażoną i rzuciła w kuzynkę poduszką. Ta uchyliła się przed ciosem. Obie zaczęły się śmiać. W tej samej chwili drzwi do ich pokoju uchyliły się i do środka wkroczyła, jak po czerwonym dywanie, zniewalająca brunetka. Mężczyzna w czapce szofera postawił na podłodze dwie pokaźne, purpurowe walizki i pożegnał się skinieniem głowy. Kiedy drzwi zatrzasnęły się za nim, Paulina stanęła na środku pokoju i położywszy ręce na biodrach zaczęła rozglądać się wokół, analizując każdy szczegół skromnego pomieszczenia.
– Ech, trzeba tu będzie trochę pozmieniać. W takich warunkach nie da się mieszkać. – Westchnęła.
– Masz rację. – Anka pokiwała głową, wpatrując się w Paulinę jak w obiekt kultu.
– Cześć suczki – powiedziała Kawiecka i rozparła ramiona, przywołując dziewczyny do siebie.
Nigdy nie były prawdziwymi przyjaciółkami, ale kuzynki stanowiły świtę Pauliny w ubiegłym roku, i całkiem nieźle sprawdzały się w roli ślepych naśladowczyń. A teraz, gdy nie miała Moniki, Paulina musiała zadowolić się nimi.
– Fajnie, że wróciłaś – rzekła Jagoda, wymieniając się z Pauliną uściskiem i całusem w powietrzu. Anka była tak wzruszona przywitaniem, że cała się trzęsła.
– Przytyło się, co? – Kawiecka uniosła brwi.
– Daj spokój, świetnie wygląda! – Jagoda machnęła ręką, ratując kuzynkę z opresji. Słowa Pauliny starała się obrócić w żart, chociaż Ance nie było do śmiechu. Poczuła się dotknięta do żywego, ale nie dała tego po sobie poznać.
– Mogłaby lepiej. – Paulina wzruszyła ramionami i podeszła do okazałego lustra, zawieszonego na jednej ze ścian. Dokładnie przyjrzała się swojej idealnej twarzy, a potem przez chwilę obserwowała z profilu swoją sylwetkę. Kuzynki Sobczak przyglądały się jej, stojąc na baczność.
– Tam jest wolne łóżko, Paulino. – Po chwili Jagoda wskazała Kawieckiej puste posłanie.
– Wolę spać tutaj. – Paulina wskazała łóżko najbliżej okna. – Muszę mieć dużo światła i dostęp do świeżego powietrza. Ostatnio jestem przemęczona.
– Nie ma sprawy, Anka chętnie się z tobą zamieni. – Odpowiedziała Jagoda, nie pytając kuzynki o zdanie. Brunetka poczuła jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim. Uwielbiała swoje łóżko, choćby dlatego, że co rano budziło ją słońce, otulając twarz. Skinęła jednak głową, bo przecież prośba Pauliny była dla niej świętością. Najważniejsze było zadowolenie Kawieckiej.
Kiedy pół godziny później zadowolona Paulina piłowała swoje paznokcie siedząc na łóżku, wydawała się zrelaksowana. Kuzynki Sobczak były nieco spięte i zaniepokojone, ale jednocześnie bardzo szczęśliwe. Paulina Kawiecka była ich nową współlokatorką i ich przyjaciółką, a przynajmniej na to drugie liczyły. Co myślała o tym wszystkim Paulina? Tego nikt nie wiedział.
– Opowiadać suczki. Co działo się, gdy mnie nie było? Ze szczegółami.
Anka skoczyła na równe nogi, w oka mgnieniu zapominając o tym, jaką przykrość zrobiła jej Paulina. Uwielbiała wszystko, co działo się na tej plugawej uczelni i uwielbiała o tym opowiadać.
– Wyobraź sobie, okazało się, że Erik Kaliszewski miał brata bliźniaka!
– Gdzieś o tym słyszałam. – Paulina nie przerywała pielęgnacji paznokci. – Rzeczywiście taki podobny?
– Jak skórę zdjąć! – przyznała Anka, krążąc teraz po pokoju niczym pantera w klatce.
Jagoda leżała na swoim łóżku i podpierając głowę na łokciu obserwowała Kawiecką. Uśmiech nieprzerwanie nie schodził jej z twarzy.
Paulinę zastanowiło dlaczego Erik nigdy nikomu nie wspomniał o swoim bracie. Czemu ukrywał go przed światem?
– I pewnie taki sam z niego goguś – rzuciła Kawiecka.
– Przyznaję, ma predyspozycje do bycia królem. Jest tutaj tydzień, a wszyscy mówią tylko o nim.
– Mówią o nim, bo jest schedą po bracie. Erik utorował mu drogę. Czy ten cały Emil zrobił coś sam?
– Nie wymagajmy cudów po tygodniu – wtrąciła Jagoda przewracając oczami.
– Ciekawe jaki jest w łóżku? – Paulina przygryzła wargę, bujając w obłokach.
– Chcesz powtórki z rozrywki? – Anka wyszczerzyła zęby w chytrym uśmieszku.
– Najpierw muszę wybadać teren. Wiecie, sprawdzić czy jest coś wart. Jeśli rzeczywiście chce być królem, to przyda mu się królowa, czyż nie?
– Bylibyście świetną parą! – Anka aż podskoczyła.
– Idealną! – Jagoda klasnęła.
– Zobaczymy. – Paulina cmoknęła, oglądając dokładnie swoje paznokcie. – Co poza tym?
– Paulina i Maciek…
– Stop! – Kawiecka uniosła dłoń. – O nich słuchać nie chcę. Cukierkowa para, aż rzygać się chce.
– Taaa, masz rację. Monika zachowała się naprawdę nie fair.
– I zapłaci za to. W swoim czasie. Maciek też. Nie będzie litości…. Coś jeszcze?
– Wśród nowym studentów żadnych rewelacji. Jest kilku fajnych pierwszoroczniaków, ale przebierać nie ma w czym – powiedziała Anka.
– Nie ma w czym, bo wszystkich już przeleciałaś. Kilkakrotnie! – Jagoda zaśmiała się, a jej kuzynka wypięła pierś do przodu, jakby była niezwykle dumna ze swojego wyczynu.
– Jest ktoś kogo nie przeleciałam. – Anka pokazała wyprostowany palec wskazujący. – Nowy nauczyciel…
– Opanuj swoją szparkę. Nie popełniaj mojego błędu! – W głosie Pauliny pobrzmiewała konsekwencja.
Dziewczyny nastawiły uszu. Nigdy nie usłyszały, co tak naprawdę wydarzyło się, że Paulinę wyrzucono. Teraz mogły się tego dowiedzieć ze źródła.
– A jeśli już chcesz pieprzyć się z nauczycielem, to rób to poza terenem uczelni – poradziła, a następnie odstawiła swoje przybory kosmetyczne i podniosła się z łóżka.
– Dokąd idziesz?
– Nieważne. Muszę… muszę coś załatwić.
Włożyła na nogi swoje drogie szpilki z czerwoną podeszwą i zwiewnym krokiem wyszła z pokoju.

***

Przesłuchania do żeńskiego bractwa Różyczki miały ruszyć już jutro. Monika, jako przewodnicząca organizacji, była podekscytowana tym faktem. Przygotowania ruszyły pełną parą już kilka dni temu, na kampusie pojawiły się plakaty promujące zapisy, a dziewczyny opracowały plan przesłuchań i otrzęsin. W tym roku zmieniły się także kryteria przyjęć. Do stowarzyszenia mogła dostać się każda dziewczyna, przejawiająca chęć uczestnictwa w organizacji nie dla sławy, ale dla celów wyższych, jak choćby udziału w akcjach charytatywnych, pomocy w nauce, czy przygotowywaniu imprez okolicznościowych. Paulinie zależało jedynie na zebraniu najpiękniejszych na uczelni, głupich, pustych dziewczyn, dbających tylko o wygląd i pozycję wywłoki. Monika nie odrzucała z powodu nadwagi, trądziku czy statusu materialnego. Monika nie była Pauliną.
Piaskowska myślała o tym, jak wiele zmieniło się na lepsze, od kiedy Kawiecka zniknęła z uczelni. Zniknęły gierki, uprzedzenia i ocenianie ludzi przez pryzmat wylądu lub konta w banku. Monika dążyła, by wszyscy studenci byli sobie równi, potrafili się jednoczyć i nie tworzyli, spopularyzowanych przez Paulinę, elit. Rozmyślała o tym, krążąc wokół klombów i studentów rozsianych na trawniku. Wszyscy wydawali się szczęśliwi więc i ją cieszył ten widok. Z zadowoleniem i uczuciem spełnienia kroczyła chodnikiem, delektując się piękną pogodą i nastrojem w jaki ją wprawiła.
Nieopodal dostrzegła kilka dziewczyn, z którymi chodziła na zajęcia. Podeszła, żeby się przywitać, lecz zanim zdążyła się odezwać, usłyszała jak dziewczyny zawzięcie o czymś rozmawiają, próbując się przekrzyczeć. Były niezwykle poruszone.
– O czym rozmawiacie? – Monika wtrąciła się w rozmowę. Chętnie wysłuchiwała nowych uczelnianych plotek, większość przyjmując z przymrużeniem oka.
– O Pa… – zaczęła jedna, ale dostała kuksańca pod żebra od innej.
– To ty nie słyszałaś? – Oczy innej dziewczyny, w kolorowej czapce, zrobiły się wielkie niczym spodki.
Pozostałe dziewczyny wstrzymały oddech, wbijając wzrok w Piaskowską. Jedna nawet zakryła dłonią usta. Sytuacja nagle zrobiła się bardzo napięta. Monika poczuła jak włos zjeżył jej się na głowie. Cokolwiek miała właśnie usłyszeć, nie było to nic dobrego.
– O czym nie słyszałam?
Wcześniej rozgadane dziewczyny teraz zamilkły i żadna z niech nie chciała odezwać się pierwsza. Monika napięła się, oczekując na jakąkolwiek reakcję.
– Lepiej się odwróć. – W końcu któraś z nich wybąkała, czerwona na twarzy. Piaskowska odwróciła się, dźwigając się na nogi.
Nie od razu ją dostrzegła. Przez chwilę nie wiedziała na co właściwie ma patrzeć. Była gotowa nawet uznać to za głupi żart. Naprawdę chciałaby, żeby tak było. Kiedy wreszcie zrozumiała, o co chodziło, poczuła silną ochotę by stąd uciec, zacząć biec i nie oglądać się za siebie. Dawna Monika by tak zrobiła. Nowa Monika stała jednak, jakby wrosła w ziemię i po prostu patrzyła jak nagle nawiedził ją okropny koszmar w postaci czarnowłosej piękności na długich nogach.
Paulina nieprzerwanie uśmiechała się, kiedy tak szła, pozdrawiając swoich poddanych. A przynajmniej tak to wyglądało. Piaskowska poczuła jak zaschło jej w ustach, a serce podeszło prawie pod gardło. Cały ten koszmar z ubiegłego roku powrócił w oka mgnieniu, żywy obraz stanął jej przed oczami.
Paulina zrównała się z Moniką. Emanowała z niej pewność siebie i seksapil tak wielki, że Piaskowska poczuła nikim. Czuła się tak nieprzerwanie, przyjaźniąc się z Kawiecką i długo trwało nim wyleczyła się z kompleksów.
– Cześć. – Paulina była z siebie niezwykle zadowolona. Zebrani na placu ludzie wstrzymali oddech, bacznie obserwując tę konfrontację.
– Co tutaj robisz, do kurwy nędzy? – warknęła Monika poprzez zaciśnięte zęby.
Paulina chciała sprowokować byłą przyjaciółkę i świetnie jej się to udało.
– No, uroczo witasz przyjaciółkę.
– Nie jesteś moją przyjaciółką. Nigdy nią nie byłaś.
– Czyżby?
– Ty nie masz przyjaciół, Paulino. Nie potrafisz się przyjaźnić. Nie widzisz nic poza czubkiem swojego nosa.
– Nie rozumiem po co ta uszczypliwość. Długo będziesz chować urazę?
– Jak długo trzeba. Czego k u r w a chcesz?
– Nie sądziłam, że upadniesz tak nisko.
– Wybacz, nie będę przed tobą klękać.
– Nie oczekuję tego. – Paulina cmoknęła.
– Jeśli spodziewałaś się ciepłego powitania, to byłaś w błędzie. Nie chcę mieć z tobą do czynienia. Wynoś się stąd!
Paulina zaśmiała się przeciągle. Nie wróżyło to nic dobrego. Monice krew zmroziło w żyłach.
– Widzisz, to nie takie proste…. Bo nie wiem czy już wiesz, ale dostałam zielone światło i… zostaję.
– Że co? – Monikę zatkało. Dosłownie.
– Przyjęli mnie z powrotem. Co lepsze, jestem także w Różyczkach. Na razie tylko mam ci pomagać, ale wierz mi kochana, to tylko kwestia czasu, aż odzyskam przywództwo. To, co zrobiłaś z tym towarzyszeniem, przechodzi ludzkie pojęcie…
– Nigdy nie będziesz przewodniczącą!
– Przekonasz się. – Paulina ukazała rząd idealnie białych zębów. A potem, zostawiając Monikę w stanie kompletnej rozsypki, odeszła krokiem supermodelki.

Rozdział 19 „Twoje myśli kształtują twoje decyzje”
Poniedziałek

Po rozmowie z Danielem, Klaudia uspokoiła się. Potworne wyrzuty sumienia, że wykorzystała chłopaka, całkowicie ją opuściły, ustępując miejsca zdenerwowaniu na Emila, który wciąż wchodził jej tego dnia w drogę. Najpierw wpadła na niego na korytarzu, gdzie miał czelność ją dotykać, jak gdyby nigdy nic. Potem natknęła się na niego na stołówce, kiedy to stał za nią w kolejce po jedzenie i rzucał głupie aluzje pod jej adresem. Puściła je mimo uszu. Miarka się jednak przebrała, gdy zastawił jej drogę na schodach, miedzy półpiętrami w akademiku. Próbowała go wyminąć, ale nie pozwolił jej na to.
– Czego chcesz? – syknęła, czując jak wzbiera się w niej wzburzenie.
– Pogadać.
– Nie mamy o czym.
– Słuchaj. To, że się z tobą nie umówiłem, nie znaczy, że nie możemy się kumplować… – powiedział pewnie.
– Słucham? – Nie kryła zdziwienia. – Kumplować? Z tobą? – Prychnęła.
– Dlaczego nie chcesz ze mną pogadać?
– Bo nie mamy o czym.
– A ja jednak będę się upierać, że mamy ze sobą wiele wspólnego. – Założył ręce i wypiął do przodu klatkę piersiową. Zachowywał się, jakby chciał jej zaimponować. Prężył się niczym dzikie zwierzę, prowokował zachowaniem i gestami.
– Nie wydaje mi się.
– Źle zaczęliśmy.
– To TY źle zacząłeś. Prowokujesz mnie, a potem odrzucasz, bez słowa wyjaśnienia odwołując naszą randkę. Nie żeby mnie to zabolało czy coś, ale twoje zachowanie jest irytujące. Potem ta cała sprawa z Sabiną…
– Nie rozumiem o co ci chodzi. – Emil uniósł ramiona i zrobił minę niewiniątka.
– Oj, doskonale wiesz. – Przewróciła oczami. – Trzymaj się od niej z daleka! To nie jest dziewczyna dla ciebie.
– Ciekawe – zaśmiał się. – A według twojego mniemania, kto jest dla mnie w takim razie?
– Te wszystkie panny, które przeleciałeś od czasu przyjazdu tutaj – odpowiedziała pewnie, bez zastanowienia. – One są ciebie warte. Sabinę zostaw w spokoju.
– Nie przeleciałem jeszcze wszystkich – wyszczerzył zęby i nachylił się nad nią, by tylko ona to usłyszała. Powinna go walnąć albo napluć mu w twarz. Więc czemu tego nie zrobiła? Czemu nagle zrobiło się jej gorąco, a świat zawirował? Praktycznie ledwo stała na nogach.
– Niedoczekanie. – Warknęła, gdy dotarł do niej sens jego słów.
– Jak chcesz. – Wzruszył ramionami. – Byłoby ci dobrze.
– Nie wydaje mi się – pokręciła głową. – Zresztą kiła nie jest teraz w modzie.
– Bardzo śmieszne – powiedział i dotknął jej policzka opuszkami palców. Odskoczyła jak oparzona.
– Nie pozwalaj sobie! – Uderzyła go w dłoń. Spostrzegła, że kilka osób z zaciekawieniem obserwowało tę scenę. Najchętniej dałaby mu po gębie, by zetrzeć mu z twarzy ten głupi uśmieszek. Ale wiedziała też, że takie zachowanie niczemu się nie przysłuży – a wręcz przeciwnie – jej misja będzie trudniejsza do wykonania. – Przepuść mnie wreszcie!
Po chwili zastanowienia, Emil zszedł jej z drogi, pozwalając jej przejść. Wyminęła go szybko i zaczęła biec schodami do góry.
– Jakbyś jednak chciała wiesz gdzie mnie szukać! – krzyknął za nią i bardzo z siebie zadowolony skierował się w stronę głównego wyjścia.
Klaudia wpadła do pokoju niczym burza, zatrzaskując głośno za sobą drzwi. Sabina aż podskoczyła, kiedy ktoś przerwał jej tak nagle czytanie.
– Co za dupek! Dupek i egoista! Palant! Szowinista! Prostak i cham!
– Co cię napadło? – Sabina odłożyła książkę i z osłupieniem przyglądała się Klaudii, biegającej w kółko po pokoju i ciskającej różnymi przedmiotami.
– Trzymaj się z Daleka od Emila, słyszysz?
– O czym ty mówisz?
Klaudia zatrzymała się w miejscu, na środku pokoju i przez chwilę nad czymś gorączkowo myślała. Potem podeszła do Sabiny, zrównując się z nią. Była sporo wyższa od tej drobnej, nieśmiałej szatynki.
– Rozgryzłam go.
– Kogo?
– Kaliszewskiego!
– Emila!
– Tak do diaska, Emila! I proszę, nie nazywaj go tak przy mnie, dobrze? Bo aż się krew we mnie gotuje jak słyszę imię tego parszywca!
– Co ci takiego zrobił, że masz ochotę go zabić? To bardzo miły chłopak.
Klaudia wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. Patrzyła na Sabinę jak na wariatkę. Nie mogła uwierzyć, że współlokatorka to powiedziała.
– Miły? – Prychnęła. – Omamił cię! Ogłupił! Proszę, zrób coś dla mnie dobrze? Nie zbliżaj się do niego?
– Słuchaj, nie jestem głupia. – Sabina mówiła spokojnie. – Może wyciszona, ale nie głupia. Wiem co za typ z Emila. Ale ze mną łatwo mu nie pójdzie, nie martw się, nie dam się wykorzystać. Zresztą ty mnie bronisz.
Klaudia uśmiechnęła się. Cieszyły ją te słowa. Szkoda tylko, że Lena nie miała tyle oleju w głowie, by trzymać się z dala od innego Kaliszewskiego. Zdziwił ją ten gest, ale uściskała przyjaciółkę.
– Co zamierzasz? – spytała Krysik, gdy Klaudia ją puściła. Kasprzyk wzruszył ramionami.
– Nie mam pojęcia.
– Gołym okiem widać, że między wami jest chemia. To, jak on na ciebie patrzy…. Chciałabym, żeby kiedyś ktoś tak na mnie spoglądał… – Sabina posmutniała.
– I tak będzie. Ale będzie to facet wartościowy. Nikt pokroju tego łotra.
– Mówisz o nim łotr, a jednak ciągnie cię do niego…
– Nie wiem jak to wytłumaczyć. Zawsze miałam słabość do złych facetów. To chyba moja największa wada.
Klaudia była zdziwiona z jaką łatwością przyszło jej to wierutne kłamstwo. No ale przecież nie mogła powiedzieć Sabinie prawdy. Nikomu nie mogła jej wyjawić.
– Chcę wybadać teren. Sprawdzić, czy ten chłopak potrafi się zmienić. No wiesz, wybadać grunt…
– I jesteś pewna, że sobie z nim poradzisz? Wiem, że jesteś silna. Ale Emil też wygląda na silnego. Co gorsza, pretenduje do tytułu uczelnianego króla.
– Nie umknęło to mojej uwadze. – Klaudia spochmurniała. – Nie wiem jak będzie. Ale wiem jedno, będę chyba musiała zmienić taktykę.
– Co masz na myśli?
– Najpierw: przebiorę się.
– Przebierzesz?
– Tak. – Kasprzyk podeszła do swojej szafy i otworzyła szeroko drzwi. – Może w ten sposób zacznę go prowokować?
Wiedziała, czego szuka. Od rana myślała o tej bluzce: białej, koronkowej, bez pleców. Nie nadawała się na zajęcia. Ale na popołudnie, owszem. Jeśli Emil zobaczy ją w tej bluzce, z pewnością zwariuje. Była to jedna z tych rzeczy, co trzyma się na czarną godzinę.
– Cholera. – Jęknęła Klaudia chwilę później. Jeszcze raz przejrzała wieszaki i półki. Uklękła na podłodze i wyrzuciła zawartość szafy na podłogę. – Nie ma jej!
– Czego nie ma? – Sabina stanęła tuż nad nią.
– Mojej koronkowej bluzki!
– Jesteś pewna? – Krysik uklękła obok współlokatorki, pomagając jej w szukaniu.
– Tak! Nie ma! – Klaudia poczuła jak wzbiera się w niej złość. W panice rozrzucała ubrania.
– Nie masz jej w praniu?
– Nie miałam jej jeszcze ani razu!
– A na pewno ją zabrałaś?
– Tak, na pewno! Pamiętam jak wieszałam ją tutaj! – Wskazała na wieszaki.
– Sprawdź dobrze.
– Nie ma!
Poderwała się na nogi i ze złością zaczęła krążyć wokół swojego łóżka, jakby to miało w czymś pomóc. Złapała się za głowę, stanęła w miejscu i ciężko westchnęła. Zdecydowanie nie był to jej dzień.
– Ktoś mi ją ukradł, nie ma innego rozwiązania!
– Ukradł? – Oczy Sabiny zrobiły się wielkie jak spodki. – Chyba nie sądzisz, że ja…?
– Nie, skąd! Ciebie nie obwiniam, jesteś moją przyjaciółką.
Sabinę radowały te słowa.
– Ale każdy mógł tutaj wejść! Często nie zamykamy pokoju, pamiętasz?
– To okropne. Myślisz, że w akademiku grasuje złodziej?
– Tak mi się wydaje. – Klaudia tupnęła wściekła nogą i podeszła do okna. – Czekaj – przypomniała obie po chwili. – Znasz Daniela, z pierwszego roku?
– Myślę, że tak.
– Mówił mi, że zginął mu telefon.
– Może go zgubił. Ludzie często gubią telefony. – Sabina machnęła ręką.
– Może tak, może nie. Ale słyszałam też, że jednej dziewczynie z drugiego roku ktoś ukradł kolczyki z szafki na wuefie!
– Słuchaj Klaudia, nie możesz ot tak rzucać oskarżeń…
– Ale ja przecież nikogo nie oskarżam! Ja tylko sugeruję, że ktoś może tutaj kraść. I nie zostawię tego tak!
– Co zrobisz?
– Pójdę do rektora.
– Tak od razu?
– Tak. Jak to mówią zło należy niszczyć już z zarodku! Nawet nie wiesz jak to ogromna strata dla mnie! Ta bluzka nie była tylko piękna, była też cholernie droga!
Chciała jeszcze dodać, że jej rodziny nigdy nie było stać na kupno lepszych ubrań, ale powtrzymała się w odpowiednim momencie. Im mniej o niej wiedzieli, tym lepiej.

***

- Co czytasz? – spytał Igor, wchodząc do pokoju. Emil gwałtownie podniósł głowę znad pamiętnika brata i zatrzasnął go z hukiem.
– Nic takiego – odpowiedział, starając się nadać swojemu głosowi obojętny wydźwięk. Schował dziennik pod poduszkę i zeskoczył z łóżka.
Igor wzruszył ramionami, zrzucił na ziemię swój plecak i usiadł przy biurku, otwierając laptopa.
Emil cały się spiął w sobie. Nikt nie mógł dowiedzieć się, jaką fascynacją obdarzył całą przeszłość swojego brata i jak bardzo uzależniony jest od czytania jego pamiętnika, czyli czegoś w rodzaju schedy.
– Pójdę się przejść. – Powiedział do współlokatora i ukrył dziennik Erika pod bluzą.
– Jak chcesz. – Igor machnął do niego ręką i powrócił do obserwowania swojego profilu na portalu społecznościowym.
Kaliszewski zapiął bluzę pod szyję i wyszedł z pokoju. Zbiegł szybko po schodach, przeskakując co drugi stopień i pchnął drzwi wyjściowe akademika.
Dzień był chłodny i wietrzny, ale najwidoczniej nie przeszkadzało to studentom, którzy piknikowali, odpoczywali lub uczyli się na trawniku.
Emil spoglądał teraz na samotny dąb nieopodal i tam, po chwili zastanowienia, skierował swoje kroki. Rozglądając się wokół, czy na pewno jest bezpieczny i nikt nie zakłóci jego spokoju, usiadł pod drzewem, opierając się o pień. Dopiero wtedy wyciągnął zza pazuchy dziennik brata i otworzył go na stronie, którą czytał ostatnio.

7 października

Ach Teresa, słodka Teresa. Nauczycielka – marzenie. Nie żeby była dobra w tym zawodzie – nie wnikam. Wiem jedno – rżnie się niesamowicie i nigdy nie odmawia. Ma wrodzony talent i uwielbiam dymać ją kilka razy pod rząd w kantorku. Podnieca mnie to jak jęczy, jak się wije pode mną lub nade mną, ta cała adrenalina, że ktoś może usłyszeć, zobaczyć, ewentualnie dołączyć się. Jest wciąż napalona, mokra i niewyżyta. Stanowi ucieleśnienie męskich fantazji o posuwaniu seksownych nauczycielek. Można powiedzieć, że jestem szczęściarzem, bo mam okazję ziścić moje fantazje. Irytuje mnie, że sypia także z innymi, ale Teresa zapewnia mnie pomiędzy kolejnymi orgazmami, że jestem jej ulubieńcem, że nikt nie jest tak obdarzony jak ja, że inni mogą mi buty czyścić i że skutecznie zabezpiecza się i niczym nie zaraża. Czy mogę jej wierzyć? Oczywiście, przecież nie mam podstaw by jej nie wierzyć. Jest w końcu piekielnie inteligentna, po kilku fakultetach, z tytułem pani doktor. Tak fascynująca kobieta, do tego świetna w łóżku, nie może kłamać. Co z tego że jest mężatką? A komu to przeszkadza?

Emil oderwał się od czytania i próbował zapanować nad oddechem. Poczuł jak krew uderza mu do głowy i starał się zrobić wszystko, by ukryć narastający wzwód. Nikt nie mógł poradzić na to, że podniecała go myśl o posuwaniu nauczycielki po godzinach lekcyjnych. Perspektywa pieprzenia się tą wyuzdaną kobietą, którą wcześniej pieprzył Erik, doprowadzała do na szczyt szaleństwa.
Dalsza część zapisu poświęconego Teresie Pietrulewicz dotyczyła pozycji i metod do jakich dochodziło podczas spotkań w kantorku. Kaliszewski wolał się teraz w to nie zagłębiać, gdyż obawiał się, że wybuchnie.
Uspokoił oddech i poczekał aż emocje opadną. Kiedy poczuł, że wzwód nie uciska go już w rozporku, podniósł się z miejsca. Schował dziennik i szybkim krokiem wrócił do akademika. Kiedy znalazł się na powrót w pokoju, nawet nie widział swoich współlokatorów. Igor coś tam do niego mówił, ale on machnął tylko ręką, by go uciszyć, Skrzętnie schował dziennik, a potem wyrwał z zeszytu kartkę, na której nabazgrał naprędce kilka zdań. Złożył kartkę na dwa i wsunął do tylnej kieszeni swoich dżinsów.
Działał jak w transie, żadne zewnętrzne bodźce nie docierały do niego. Wybiegł z pokoju, a potem, również biegiem, z budynku domu studenckiego. Przebiegł trawnik, wymijając nic nieznaczących dla niego ludzi i lekko zdyszany, wbiegł do chłodnego budynku uczelni.
Panowała tutaj przyjemna cisza, z racji, że kończyły się właśnie ostatnie tego dnia zajęcia. Kaliszewski wbiegł na piętro, by znaleźć się pod ścianą, na której wisiał rozkład zajęć. Szybkim wzrokiem przeszukał plan, by odnaleźć nazwisko nauczycielki biologii.
Mógł jedynie liczyć na łut szczęścia. Wiedział, że prawdopodobnie nie zastanie jej tutaj o tej porze, ale chciał wierzyć, że chociaż jej klasa będzie otwarta. Ruszył korytarzem przed siebie, mijając kilka sal wykładowych i pracownię komputerową. Wspiął się po schodach na drugie piętro i zaczął zczytywać z drzwi numery pokoi.
Klasa biologii mieściła się mniej więcej w połowie korytarza, naprzeciw sali gimnastycznej. Stanął przed nią jak wryty, jakby zapominając po co się tutaj znalazł. Obejrzał się uważnie na boki, licząc, że nikt niepowołany nie znajdzie się akurat na holu. Ale Emil miał szczęście. Oprócz niego nie było tutaj żywej duszy. Jedynie co słyszał, to pracująca gdzieś niżej maszynę sprzątającą.
Wziął głęboki oddech i nacisnął klamkę. Ulga wypłynęła na jego twarz, gdy okazało się, że drzwi są otwarte. Wszedł po cichu do skąpanej w mroku sali wykładowej i szybko spojrzał na rząd krzeseł, które majaczyły nieopodal. Teraz audytorium wydawało mu się o wiele więcej, niż za dnia, gdy są tutaj setki ludzi.
Z wolna wszedł na katedrę i stanął przed biurkiem nauczycielki. Wymacał szufladę i próbował ją otworzyć, ale tutaj miał pecha, bo prawdopodobnie została zamknięta na klucz. Nie poddał się jednak. Pomiędzy szufladą a blatem biurka była niewielka, wąska szpara, przez którą bez problemu udało mu się wsunąć kartkę.
Z poczuciem, że spełnił właśnie obowiązek i z zadowoleniem, wyszedł z powrotem na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Teraz czekał na rozwój wydarzeń.

***

Zegar na wieży uczelni wybił punkt osiemnasta, gdy Anka weszła do budynku. Ubrana w króciutką spódniczkę i seksowny top ruszyła opustoszałym korytarzem w kierunku sali, gdzie miały odbyć się zajęcia z doktorem Żywickim. Sobczak zgodziła się na nie nie tylko z powodu ekstra punktów, które mogła uzyskać i co z pewnością poprawiłoby jej sytuację, lecz przede wszystkim z powodu seksownego, rozpalającego zmysły nauczyciela.
Myślała o nim nieprzerwanie od chwili, gdy ujrzała go po raz pierwszy, na zajęciach. Od tego momentu zaprzątał jej myśli, jej sny i fantazje erotyczne. Robiło jej się mokro i gorąco, gdy go widziała, puls przyspieszał, oddech stawał się ciężki. I choć Paulina przestrzegała ją, że nic dobrego nie wyjdzie z romansu z nauczycielem, to nic nie mogła poradzić, że rozpalał ją do czerwoności.
– Dobry wieczór – powiedziała słodko, wchodząc do sali. Wokół katedry ktoś ustawił rząd krzeseł, teraz w większości zajętych. Na oko Anki mogło tu być około dwudziestu osób, nikogo nie znała ani nawet nie kojarzyła. – Przepraszam za spóźnienie.
– Witamy. Jak miło, że kolejna osoba zdecydowała się do nas dołączyć. Zapraszam, proszę wybrać sobie miejsce. – Piotr Żywicki wskazał Sobczak rząd krzeseł.
Anka wkroczyła do sali z dumą i nonszalancją. Z wysoko uniesioną głową obeszła wszystkich siedzących i wybrała jedno z środkowych krzeseł, z dala od towarzystwa. Kilka osób przypatrywało jej się przez chwilę; pewne dwie dziewczyny, raczej przeciętnej urody szeptały coś do siebie.
– Poczekajmy pięć minut, może ktoś jeszcze się zjawi – powiedział nauczyciel, wpatrując się w swój zegarek. Siedział pewny siebie przy biurku i obserwował czujnie zgromadzonych. Miał na sobie czarny t-sirt i niebieskie dżinsy, a na oparciu krzesła wisiała jego nieodzowna, ulubiona czarna kurtka ze skóry. W szkole uchodził za luzaka i rzeczywiście nim był. Gdyby nie inteligencja i charyzma, które słychać było w każdym wypowiadanym przez niego zdaniu, można by pomyśleć, że to jeden ze studentów.
Młody, błyskotliwy i cholernie seksowny. Nic dziwnego, że Anka straciła dla niego głowę. Zresztą nie tylko ona. Sobczak od razu rozpoznała konkurencję w postaci niewyżytych, wpatrzonych w profesora pannic. Wiedziała jednak, że jeśli ktoś na tej sali ma szanse u profesora, to jedynie ona. Była od nich zdecydowanie ładniejsza, wiedziała to.
W przeciągu kolejnych pięciu minut nikt się nie zjawił. Żywicki zamknął drzwi i wrócił na katedrę.
Odkaszlnął.
– A więc. Cieszę się na tak liczne przybycie. – Szczerze się uśmiechnął. – Wydaje mi się jednak, że kiedy dowiecie się, co was czeka na tych zajęciach, kolejna frekwencja nie będzie już tak liczna.
Kilka osób zaśmiało się, a kilka było totalnie przerażonych. Anka zachowała zimną krew; nic nie było w stanie odwieść jej od uczestniczenia w tych zajęciach.
– Na samym początku poproszę was o wpisanie się na listę obecności, którą puszczę teraz w obieg. Tylko proszę o wskazanie waszych prawidłowych danych, co znacznie ułatwi mi pracę. Wierzcie, proszę o to nie z byle powodu. Na zajęciach bywali już różni: Elvis Presley, Barack Obama czy Justin Bieber, a ja miałem potem problemy jak wyjaśnić dyrekcji, że nie prowadzimy zajęć otwartych dla sław.
Teraz to nawet Anka musiała się zaśmiać. Żywicki nie podobał jej się tylko fizycznie. Podobało jej się to co mówił, w jaki sposób się przechadzał wokół nich, jak żartował. Był komunikatywny i beztroski, a ona miała coraz większą ochotę by poznać go lepiej. I nie tylko od tej cielesnej strony.
Kiedy wszyscy wpisali się już na listę i wróciła ona do nauczyciela, Żywicki puścił w obieg kilka kolorowych broszur. Anka wzięła do ręki jedną z nich i chwilę przypatrywała się okładce ze zdjęciem centrum pomocy.
– To nasze zadanie na ten tydzień. Pojutrze wybieramy się do tego centrum, gdzie pomożemy w wydawaniu posiłkom potrzebującym.
W klasie podniósł się harmider, szeptom i narzekaniom nie było końca.
– Ostrzegałem. – Żywicki rozłożył ręce. – Ale jak mówiłem, to zajęcia nadprogramowe, nikogo nie będę przywiązywać do krzesła. Droga wolna, a drzwi otwarte. Kto chce, może wyjść już teraz – wskazał na drzwi – nim zdążę wam się potem dobrze przyjrzeć. Przynajmniej nie będę mógł was gnębić.
Anka zaśmiała się. Nikt nie ruszył się z miejsca, ale dałaby sobie rękę uciąć, że kilka osób już nie pojawi się na kolejnych spotkaniach. Póki co, robią dobrą minę, do złej gry.
Pół godziny później Anka Sobczak była bogatsza o wiedzę na temat ludzi, którzy potrzebowali pomocy, a którzy nie mieli tyle szczęścia co ona. Los zgotował im życia, o jakich nie miała bladego pojęcia. To nie znaczy, że natychmiast zaczęła obchodzić ją dola tych wyrzutków. Szczerze, to byli by jej obojętni. Gdyby nie okoliczności, nawet nie splunęłaby na ich widok. Jednak kiedy Żywicki z pasją i natchnieniem opowiadał o swojej potrzebie pomagania ludziom skrzywdzonym przez los, mogła przysiąc, że sama zaczynała w to wierzyć. Że ludzka życzliwość jest tym, co może zbawić świat. Oczywiście, gdy spotkanie dobiegło końca, nie pamiętała już bezdomnych. W pamięci miała jedynie obraz czarnych, intensywnych oczu, które wpatrywały się w nią teraz.
– Chciałam tylko powiedzieć, że to co pan robi, jest szalenie dzielnie – powiedziała, ściskając profesorowi rękę, jakby mu gratulowała. Inni wyszli już z sali, ale ona stała teraz na katedrze, ramię w ramię z miłością swojego życia. A przynajmniej jedną z nich.
– To bardzo miłe z twojej strony. Jak masz na imię?
– Anna.
– Piękne imię, moja mama tak się nazywa.
– Rzeczywiście piękne, nie zaprzeczam. – Zaśmiała się. – A jeśli chodzi o zajęcia to cieszę się, że na nie trafiłam, i wcale nie żałuję. Nie chodzi mi wcale o lepszą ocenę.
– Bardzo cieszę się z tego powodu.
– Chodzi o to, że to co pan mówi, otwiera szerzej moje spojrzenie na los tych ludzi. Zaraża pan dobrą energią i motywuje do działania. To naprawdę świetne.
– Bardzo ci dziękuję, Anno. – Uśmiechał się do niej tak niesamowicie, że kolana się pod nią uginały i prawie nie mogła stać o własnych siłach. – I proszę, mów mi Piotr. Na fakultetach pozwalam studentom tak się do siebie zwracać, żebyśmy bardziej się przed sobą otworzyli i poczuli tę atmosferę równości. Chcę być waszym kolegą, nie panem. Ale to tajemnica – puścił jej perskie oko – w normalnych godzinach jestem wciąż profesorem.
Uśmiechnęła się do niego i dygnęła lekko.
– A więc niech będzie. Jeszcze raz dziękuję za zajęcia. Do zobaczenia, Piotrze.
Skinął do niej głową i pożegnał ją uśmiechem. Kiedy wychodziła z klasy, jej serce waliło tak mocno, że musiała przytrzymać się za klatkę piersiową w obawie, że jej wyskoczy. Była przeszczęśliwa.

***

- Tam są wolne miejsca. – Klaudia wskazała Sabinie kilka pustych krzeseł w ostatnim rzędzie. Aula po brzegi była już wypełniona studentami uczelni, jako, że za parę minut miał odbyć się zapowiadany od kilku dni apel.
Na sali panował gwar i tłok. Ludzie śmieli się, dyskutowali i przekrzykiwali, by cokolwiek usłyszeć. Było tutaj również strasznie duszno, mimo otwartych okien.
Klaudia przeprosiła studentów, którzy zajęli przedostatni rząd, by wraz z Sabiną dostać się do wolnych krzeseł. Była zirytowana, z racji, że nie lubiła tłumów i tak wielkiego hałasu.
Kiedy wreszcie usiadły, odetchnęła. W tłumie dostrzegła blondwłosą głowę Emila Kaliszewskiego i mimowolnie zacisnęła dłonie w pięści.
– Mam nadzieję, że to będzie krótka przemowa – nachyliła się w stronę Krysik, która i tak nie dosłyszała tych słów. Klaudia machnęła ręką.
Na podeście znalazł się w tej chwili szkolny woźny, który wziął się za ustawianie mikrofonu i sprawdzanie sprzętu. Kiedy skończył, gwar z wolna ucichł, bo na scenę wszedł właśnie rektor uniwersytetu, Juliusz Karpiński. Wyglądał komicznie w robionej na drutach kamizelce i zielonych spodniach, ale gdy zaczął przemawiać, nikt nawet nie pisnął.
– Witam wszystkich zgromadzonych. Dla tych którzy jeszcze nie mnie nie znają, chciałbym się przedstawić i jednocześnie powitać nowych studentów. Nazywam się Juliusz Karpiński, jestem rektorem tej szkoły, a także waszym opiekunem i zarządcą akademika. Do mnie możecie zwracać się w razie problemów, jak również do moich zastępców. W tej szkole nikogo nie negujemy i żyjemy zasadą, że sprawiedliwość na pierwszym miejscu. Tworzymy tutaj jedno społeczeństwo i staramy się żyć według zasad społeczeństwa zgodnego.
– Pieprzenie – burknął go kolegi chłopak siedzący przed Klaudią. Miała ochotę go kopnąć.
– Dzisiaj mija tydzień od kiedy tutaj jesteście. W związku z tym chciałbym zrobić takie krótkie podsumowanie mijającego tygodnia, jak również przestawić, pokrótce, plan na kolejne dziewięć miesięcy.
Rektor wyjął mikrofon ze statywu i zaczął przechadzać się z nim po scenie, obserwując z uwagą swoich studentów.
– W tym tygodniu zaczyna się nabór do naszych dwóch stowarzyszeń – Różyczki i Strong, co dla niektórych jest chwilą, na którą czekali. Poza tym wciąż trwają zapisy na zajęcia dodatkowe, jak choćby kółko teatralne i sportowe. Jest tego mnóstwo, więc na pewno każdy znajdzie coś dla siebie.
Ale wracając do stowarzyszeń, które już od wielu lat stanowią tradycję uczelni, chciałbym nadmienić, że do zapisy trwają jedynie do dzisiaj, do północy. Głosiliśmy o tym od tygodnia i jestem wręcz pewny, że ten kto chciał, już dawno się zapisał, jednakże to takie przypomnienie dla zapominalskich gap: jutro możliwości zapisu już nie będzie. A dlaczego? Kto mi powie?
– Bo jutro rozpoczyna się nabór! – Krzyknął pewien chłopak z pierwszego rzędu, śmiejąc się w głos, jakby było to cholernie zabawne. Klaudia wychyliła się z krzesła, by ujrzeć rzezimieszka, chłopaka raczej przeciętnego, z morzem pryszczy na twarzy. Dla takich osób studenckie bractwo to jedyna szansa na lepsze, uczelniane życie.
– W rzeczy samej. – Karpiński przyznał rację chłopakowi. – Szefowie stowarzyszeń, panna Piaskowska i pan Piotrowski, wraz ze swoimi pomocnikami, przeprowadzą jutro nabór, zgodnie z zasadami panującymi w szkole. Proszę się nie obawiać, jestem pewien, że to nie takie skomplikowane. – Puścił oczko to zgromadzonych. – Po naborach odbywają się tak zwane otrzęsiny, które trwają około tygodnia, w zależności od wyobraźni stowarzyszeń. Proszę się nie obawiać, uczelnia czuwa nad przebiegiem tych otrzęsin i zapewniam, że to nic niezdrożnego.
Ktoś przed Klaudią zaśmiał się w głos. Kilka osób też pohukiwało z niedowierzaniem, jakby mówili „akurat”. Kasprzyk co nieco słyszała o chrzcinach na uczelni, ale traktowała je z przymrużeniem oka. Teraz jednak była totalnie przerażona, jako, że była kandydatką do Różyczek. Otrzęsiny mogłyby wydobyć na światło dzienne niewygodne informacje o niej, czego by nie chciała. Miała nadzieję, że Monika nie wymyśliła zabawy w Prawdę czy wyzwanie.
– Kolejna przyjemna sprawa – ciągnął przemowę Juliusz Karpiński. Miał przemiły, stonowany głos, więc słuchanie go było przyjemnością. Klaudii przypomniał się głos jej ojca, który był niebywale podobny. To było jej najprzyjemniejsze wspomnienie o nim.
W tej chwili Emil Kaliszewski odwrócił głowę i odnalazł jej spojrzenie. Zamachał do niej, jakby byli przyjaciółmi. Pokazała mu środkowy palec, ale on tylko zaśmiał się wesoło. Poważnie działał jej na nerwy i wpędzał w zły humor. Przede wszystkim dlatego, że sprawa zemsty wciąż stała w martwym punkcie. Bała się konfrontacji z Lucyną.
– Pod koniec miesiąca odbędzie się, jak co roku, bal z okazji Halloween. Nie jest to nasze święto, ale mimo to bal stał się taką naszą uczelnianą tradycją, chociaż nie mam bladego pojęcia, dlaczego. W każdym razie wszelka okazja do przebieranek jest dobra. – Karpiński zaśmiał się, ale niewiele osób do niego dołączyło. – A więc jeśli od zawsze marzyłeś by być Supermanem, piratem lub złoczyńcą, masz teraz ku temu niebywałą okazję!
– Żenada – szepnęła Klaudia do swojej współlokatorki. Dziecinne przebieranki już dawno przestały ją bawić. Najchętniej przespałaby cały ten bal.
– I na koniec sprawa mało przyjemna, a właściwie nieprzyjemna. – Głos rektora zmienił się; teraz był stanowczy, poważny, a nawet zasępiony.
– Od kilku dni dochodzą do mnie wieści o kradzieżach.
Na auli przed moment zrobiło się głośno, lecz rektor uciszył wszystkich podniesieniem dłoni. – Przyznam, jest to trochę niepokojące, zważywszy, że wcześniej tego typu zdarzenia nie miały tutaj miejsca.
– A nie mówiłam? – Spytała cicho Kasprzyk. Sabina wzruszyła ramionami.
– Mam nadzieję, że cała sprawa okaże się jedynie fatalnym zbiegiem okoliczności, lub jedną wielką pomyłką, jednakże proszę was o roztropność i o uwagę, uważajcie na swoje cenne rzeczy, zamykajcie pokoje na klucze, nie zostawiajcie toreb i plecaków bez opieki. Jednakże jeżeli rzeczywiście ktoś z was kradnie, to wierzcie mi, jak tylko złapię tę osobę, spotka ją najsurowsza z możliwych kar. Doradzam więc o opamiętanie i o zdrowy rozsądek. To tyle, jesteście wolni, życzę przyjemnej nocy.
Wszyscy na te słowa, jak na komendę, poderwali się z miejsc. Nagle z każdej strony zaczęli napierać na Klaudię ludzie, pragnący wydostać się za auli.
– Spokojnie, pomału! – Warknęła na chłopaka który wpadł na nią. Poczuła się nagle jak w potrzasku, jak zgnieciona w imadle. Chociaż nie ruszała nogami, poruszała się do przodu, jakby niesiona przez tłum. Było jej gorąco i miała ochotę bić ludzi na oślep. Już dawno straciła z oczu Sabinę, a teraz nic nie mogła zrobić by zapanować nad wybuchem gniewu, który się w niej wzbierał.
– Uważaj jak leziesz! – Wrzasnęła na dziewczynę, która weszła jej pod nogi, a z którą się zderzyła. Najchętniej zaczekałaby, aż te zwierzęta wyjdą, ale bała się, że jak tylko się zatrzyma, tłum ją zgniecie albo przewróci i podepta. Kiedyś widziała taką scenę w jednym filmie, kiedy to młoda kobieta zginęła zadeptana przez setki ludzi. Kasprzyk rozparła się więc łokciami, by móc oddychać i ruszyła przed siebie, nie spuszczając z oka drzwi.
– Może ci pomóc? – Podskoczyła, gdy ktoś położył jej ręce na biodrach i szepnął do ucha. Nie była w stanie odwrócić się i zobaczyć, kto za nią stał ani tym bardziej rozpoznać głosu w tym hałasie. Pozwoliła się jednak schwycić za rękę i pociągnąć w drugą stronę. Na ułamek sekundy zamknęła oczy, modląc się by ten koszmar się skończył i jak ślepiec dała się prowadzić między ludźmi. Ten, kto ją prowadził, wiedział co robi, rozpychał się łokciami torując im drogę. W końcu chłopak wyprowadził Klaudię z auli i wraz z nią przywarł do ściany, by wychodzący z audytorium tłum ich nie rozniósł. Klaudii przypominała się przeraźliwie smutna scena z „Króla lwa”, nim wreszcie otworzyła oczy.
Przed nią stał nie kto inny jak Emil Kaliszewski. Nie była w stanie nic powiedzieć, ani ruszyć się. Wpatrywał się w nią niebieskimi oczami, przypierając do ściany i ściskając za biodro. Myślała, że ją pocałuje, ale po chwili mierzenia ją wzrokiem, po prostu odszedł. Nie zdążyła mu podziękować. Była zdruzgotana tym, co właśnie się wydarzyło.